Pilnować swojego, kraść cudze

rejas

W nocy pilnuje grządek z posadzoną na nich malangą (bulwiasta roślina tropikalna – przyp. tłum.) i stada owiec, mając w ręku strzelbę domowej roboty. Została ona wykonana przez rusznikarza amatora, który przyspawał kawałek rury o małej średnicy do rustykalnego magazynku, który trochę przeskakuje. Wystarcza dźwięk tego genialnego urządzenia w środku nocy, by przepędzić tych, którzy próbują okraść jego własność. Jeżeli świnia się prosi, dzwoni do brata żyjącego na wsi i w towarzystwie owego wytworu, powstałego z potrzeby, stoją na straży aż wstanie świt.

Wielu wieśniaków używa nielegalnej broni, kupionej lub wytworzonej metodą chałupniczą. Bez niej, owoce wielu miesięcy pracy mogłyby skończyć w rękach „łowców” ziarna, nieuchwytnych cieni poruszających się w ciemności. Bieda zwiększyła liczbę kradzieży na kubańskich wsiach i zmusiła ich mieszkańców do strzeżenia na własną rękę swych zasobów. Stąd pojawienie się agresywnych psów i produkcji strzelb, szczególnie w gospodarstwach, które mają krowy. Funt wołowiny sprzedaje się za dwa wymienne pesos (około 2 dolarów – przyp. tłum.) na czarnym rynku, który pożywia się kradzieżą i nielegalnym ubojem, mimo wysokich kar więzienia dla popełniających te przestępstwa.

Dla strzegących własnego mienia zaskoczeniem było oficjalne ogłoszenie mówiące o tym, że „w drodze wyjątku i tylko jednorazowo (…) osoby fizyczne i prawne mieszkające na wyspie i mające w swoim posiadaniu broń palną bez odpowiedniej licencji, mogą otrzymać właściwą rejestrację.” Istnieje jednak milczące przekonanie, że ten, kto zgłosi publicznie posiadanie broni, otrzyma w odpowiedzi konfiskatę. Ze względu na ten strach, niewielu przyzna się do przechowywania zimnego metalu w jakimś miejscu w domu i raczej wybierze ryzyko nie posiadania papierów niż niepewność pozostania bez ochrony. To, co nas niepokoi, to fakt, że ta rustykalna broń służy też tym, którzy nie mają ziemi ani zwierząt, które ochraniają, za to czają się po drugiej stronie ogrodzenia, nastawieni na to, by wystrzelić i zabrać to, co cudze.

tłumaczenie: Karolina Popović
korekta: Anna Pawłowska

Bez sensu

tropical_island

Przyzwyczailiśmy się do zawyżonych cyfr, tajemniczości, gdy coś idzie źle i do produktu krajowego brutto, który nigdy nie odpowiada zawartości naszych portfeli. Przez dekady, raporty ekonomiczne miały zdolność ukrywania powagi problemów za stronami wypełnionymi liczbami i analizami. Wśród absolwentów niepewnej dziedziny finansów byli tacy, którzy odważyli się zdemaskować fałszywość pewnych cyfr – jak Oscar Espinosa Chepe – i zostali ukarani „piżamowym planem” (ironiczne wyrażenie w mowie potocznej Kubańczyków, odnoszące się do przymusowego przejścia na wcześniejszą emeryturę członków rządu – przyp. tłum.) bezrobocia i stygmatyzacji.

W tym tygodniu lektura analizy, poważnej i dobrze uargumentowanej, opublikowana przez o. Borisa Moreno w czasopiśmie Nowe Słowo (Palabra Nueva), zwiększyła mój strach przed nadchodzącym upadkiem. Pod sugestywnym tytułem „Dokąd zmierza kubański statek? Spojrzenie na ekonomiczne otoczenie”, autor ostrzega nas przed upadkiem, dziobem w dół, stanu materialnego i finansowego wyspy. Słowa, które powinny nas przestraszyć, gdyby nie to, że nasze uszy stały się odporne na złe wiadomości od tego ciągłego nurkowania w wodach bezproduktywności i braków.

Zgadzam się z Magistrem Nauk Ekonomicznych, że pierwszym i najważniejszym krokiem, który należy podjąć, jest „formalny kompromis rządu w uznaniu zdolności opiniowania wszystkich obywateli bez stosowania jakiegokolwiek typu represji. Należałoby usunąć z naszego otoczenia wyznaczniki, które ograniczają wymianę myśli i opinii.” Po przeczytaniu tego, wyobraziłam sobie moją sąsiadkę, emerytowaną księgową, wypowiadającą na głos swoje kryteria o potrzebie zezwolenia na otwarcie prywatnej firmy bez zorganizowania wiecu odrzucenia pod drzwiami tego, który się na to odważył. Wyobrażenie sobie czegoś takiego jest pracochłonne, zdaję sobie z tego sprawę, ale żywię przekonanie, że któregoś dnia, bez strachu, że zostaną oskarżeni o bycie „najemnikami na usługach obcego mocarstwa”, tysiące ludzi wyrazi swoje poglądy i będzie planować rozwiązania. Niech ogromny kapitał odnowi Kubę!

Chociaż kasy nie zapełnią się jedynie propozycjami i rozumowaniem, nasze doświadczenie pokaże nam, że woluntaryzm i wykluczenie doprowadziło jedynie do ich opróżnienia.

tłumaczenie: Karolina Popović
korekta: Anna Pawłowska

„Aniołowie stróże”

legal_sonar11

Wszędzie widzę policjantów. Nie wiem, czy mam ich przyklejonych do siatkówki, czy też wzrosła w ostatnich miesiącach, w sposób niepokojący, ich liczba. Poruszają się ciężarówkami marki Mercedes Benz, zatrzymują się trójkami na rogach ulic, a nawet prezentują swoje owczarki niemieckie w różnych punktach miasta. Podczas gdy setki nowoczesnych i zaokrąglonych kamer patrzy na nas z góry, ci umundurowani ludzie kontrolują nas z poziomu ulicy i jej zniszczonych chodników. Pojawiają się znikąd i znikają, gdy są nam najbardziej potrzebni. Są przebiegli w odkrywaniu worka cementu, transportowanego bez pozwolenia, rzadko zaś pojawiają się w nocy w nieciekawej dzielnicy, gdzie liczba przestępstw stale rośnie.

Istnieją też ci ubrani po cywilnemu, „aniołowie stróże”, którzy zajmują stałe miejsce w jakiejkolwiek kolejce, centrum kulturalnym czy zgromadzeniu ludzi. Nie jest ich już tak łatwo rozpoznać, bo zmienili swetry w paski, kraciaste koszule i wojskowy styl fryzur na kolorowe opaski z pomponikami i majtki, wystające ze spodni. Mają teraz telefony komórkowe, okulary przeciwsłoneczne, skórzane sandały, ale nadal można zauważyć ich oderwanie od miejsca, wyraz twarzy kogoś, kto nie utożsamia się z sytuacją, o której donosi. Idą na Festiwal Kina, ale nigdy nie widzieli żadnego z filmów Felliniego, są w galeriach, ale nie są w stanie określić, czy obraz, który widzą, należy do malarstwa figuratywnego czy abstrakcyjnego. W końcu nauczono ich kamuflażu, ale nie udało się im zetrzeć uśmiechu pogardy, który pojawia się na ich twarzach wobec tych „drobnomieszczańskich delikatności”, jakimi są sztuka i jej manifestacje.

Jednakże to, czego najbardziej się boję, to nie grupa tych, którzy noszą na piersi metalową tabliczkę z numerem, ani też tych, którzy w przebraniu piszą raporty, ale przymusową policję, którą nosimy w każdym z nas. Tę, która podnosi do ust gwizdek strachu, by zasugerować nam, byśmy się nie odważyli i która zakłada nam kajdanki obojętności za każdym razem, gdy otaczają nas krytyka i opinie. Przeszła przez Akademię autocenzury i jest wykwalifikowanym żołnierzem w pokazywaniu nam dróg, które nie przysporzą nam kłopotów. Jej kodeks karny ma może z dwa krótkie artykuły: „Nie wplątuj się w problemy” i drugi: „To, co Ty zrobisz, niczego nie zmieni”. Jeżeli obudzimy się któregoś dnia z ochotą na uciszenie tego kopania butów w naszej głowie, przypomni nam o kratach, sądach, chłodzie prowincjonalnego więzienia. Nie musi podnosić pałki przeciw naszym żebrom, bo wie, jak dotknąć zasobów strachu i wykonać ruchy karate, które zostawią nasze ciało obolałe, unieruchomione, postawione przed zdaniem: „Zachowaj spokój, lepiej jest poczekać”.

tłumaczenie: Karolina Popović
korekta: Anna Pawłowska

Dwie waluty i cztery rynki

bucanero

Ma osiem lat i jest strasznie zdezorientowany. Dziś rano mama położyła mu na dłoni monetę o wartości 25 centów i powiedziała „masz tu pięć pesos”. Patrzył na błyszczącą powierzchnię z godłem republiki wybitym na awersie i strzelistą bramą miasta Trinidad na rewersie. Chociaż urodził się w kraju cierpiącym na ekonomiczną schizofrenię, do tej pory nie udawało mu się przeliczyć kubańskich pesos na ich wymiennych krewnych. Nauczycielka w szkole nic nie mówiła na ten temat; aby to wyjaśnić, potrzebne byłyby wszystkie zajęcia z całego semestru. Również w jego domu niewiele się wyjaśnia, jakby dorosłym wydawało się normalne, że w kieszeniach mieszają się dwa typy monet.

Na Kubie istnieją cztery formy rynku i dwa różne typy pieniędzy, by na nich płacić. Każdego ranka panie domu układają sobie w głowie, bez większego problemu, plan, których z nich użyją, by płacić w jakim miejscu. Jest to działanie arytmetyczne, które zajmuje kilka sekund, za nim kryje się piętnaście lat, odkąd wprowadzono do obrotu dolara i jego późniejsze „widmo”, wymienne peso. Przeliczeń dokonuje się nieustannie i są sprzedawcy, którzy akceptują zarówno te symboliczne banknoty, w których wypłacane są nasze pensje, jak i inne, o 24-krotnej wartości. Za jednego ananasa możemy zapłacić 10 pesos w monecie narodowej – równowartość dniówki – jak i pięćdziesiąt centów, zwanych powszechnie „chavito” (gra słów, słowo pochodzi od nazwiska prezydenta Argentyny, Hugo Chaveza – przyp. tłum.). Niektórzy turyści nie są świadomi tej komplikacji i kupują tego króla owoców za dziesięć wymiennych pesos. Tego dnia handlarz szybko zamyka stoisko i wraca do domu szczęśliwy z powodu pomyłki.

Pokolenie mojego syna nie potrafi pojąć, jak to jest żyć z jedną walutą. Myślę, że mają rozwiniętą specjalną strefę w mózgu, która umożliwia zaakceptowanie tego absurdu – w połączeniach neuronów, które zajmują się tym, co nie do przyswojenia. Przeliczają monety z łatwością kogoś, kto nauczył się w dzieciństwie dwóch języków i przeskakuje pomiędzy nimi bez większego wysiłku. Tyle, że nauczenie się wielu języków jest czymś wzbogacającym, a traktowanie dualizmu monetarnego za naturalny stan rzeczy to tyle, co zaakceptować, że istnieją dwa możliwe życia. Jedno z nich jest płaskie i szare, jak narodowe centy, a drugie – zakazane we wszystkich jego aspektach dla sporej części społeczeństwa – wydaje się pełne kolorów i znaków wodnych w stylu banknotu wysokości dwudziestu wymiennych pesos.

*Krótkie wyjaśnienie systemu monetarnego na Kubie: oficjalną walutą są pesos kubańskie, w których Kubańczycy dostają swoje wypłaty i za które kupić można pewne produkty; wymienne peso, mające skrót CUC, to waluta przeznaczona dla turystów, którzy muszą na nią wymienić swoje euro, dolary itd., jest to też waluta, w której sprzedawane są Kubańczykom pewne produkty; wprowadzono ją w 2004 roku w zastępstwie dolara amerykańskiego, który dopuszczony był do obrotu od 1993 roku – przyp. tłum.

tłumaczenie: Karolina Popović
korekta: Anna Pawłowska

Zakazana informacja

camara

Rozprzestrzeniające się pogłoski, szepty zamienione w oficjalne notatki i gazety, które piszą po kilku tygodniach to, co wie już cały kraj. Przeszliśmy od racjonalizacji informacji do prawdziwego „gejzeru”, który wybucha równolegle do cenzury oficjalnych mediów. Nasza głasnost nie wypłynęła z urzędów i ministerstw, lecz przyszła do nas wraz z telefonami komórkowymi, aparatami cyfrowymi i wymiennymi kartami pamięci. Ten sam czarny rynek, który zaopatrywał nas w mleko w proszku czy detergenty, oferuje nam teraz nielegalne połączenie z internetem i programy telewizyjne, które trafiają do nas za pomocą zakazanych anten satelitarnych.

W ten sposób dowiedzieliśmy się o wydarzeniach mających miejsce w Wenezueli w zeszłym tygodniu. Mój własny telefon komórkowy niemalże się popsuł od przyjmowania tylu wiadomości, donoszących mi o studenckich protestach i zamknięciu wielu kanałów. Kopie tych krótkich nagłówków wysłałam do całej listy moich kontaktów, jest to sieć działająca jak wirus: ja zarażam wiele osób, a oni ze swojej strony przenoszą pałeczki informacji setce innych. Nie ma sposobu na zatrzymanie tej formy transmisji wiadomości, bo nie używa ona stałej struktury, ale mutuje i dostosowuje się do każdych okoliczności. Nie jest hegemoniczna, choć to słowo przynosi inne skojarzenia w przypadku Kuby, gdzie hegemonię mają Granma, Okrągły Stół i DOR*.

Wiedzieliśmy o zgonach w szpitalu psychiatrycznym na wiele dni przed oficjalnym ogłoszeniem; o losie usuniętych w marcu 2009 roku (chodzi o wiceprezydenta Carlosa Lage i ministra spraw zagranicznych Felipe Perez Roque, usuniętych na fali zmian personalnych zapowiadanych przez Raula Castro – przyp. tłum.) dowiedzieliśmy się za pomocą Radia Bemba, a któregoś dnia dowiemy się, że nastąpił „koniec”, zanim pozwoli się prasie, by to ogłosiła. Przepływ informacji wzrósł pięciokrotnie, chociaż nie zawdzięczamy tego decyzji rządzących o dostarczaniu nam większej ilości informacji, a rozwojowi technologicznemu, który pozwolił nam na ominięcie triumfalistycznych nagłówków i wiadomości pozbawionych treści. Coraz mniej jesteśmy zależni od przeżutej papki i ideologizacji dzienników telewizyjnych. Znam setki osób, które od miesięcy nie włączają kanału Cubavisión i reszty kanałów państwowych. Oglądają tylko zakazaną telewizję.

Ekran Nokii czy Motoroli, świecąca powierzchnia CD czy malutkie ciałko karty pamięci strzępią naszą dezinformację. Z drugiej strony tego welonu pominięć i fałszerstw, tworzonych przez dekady, pojawił się nowy, nieznany obszar, który budzi nasz strach i przyciąga nas.

*Departament Orientacji Rewolucyjnej Komitetu Centralnego, który określa politykę informacji wszystkich mediów w kraju.

tłumaczenie: Karolina Popović
korekta: Anna Pawłowska