Bezrobocie wśród młodych

sentados_calle.gif

Pewnych upartych statystyk nigdy nie ogłasza się w programach telewizyjnych; chowają się raczej mimo zakresu swojego oddziaływania. Wraz z numerem samobójstw, aborcji i rozwodów, zatuszowana jest również rzeczywista liczba niezatrudnionych. Programy informacyjne i tablice ogłoszeń chcą, byśmy uwierzyli, że mieszkamy w społeczeństwie, w którym wszyscy mają okazję znalezienia pracy, a wszyscy bezrobotni są nimi przez własne lenistwo. Tyle bezproduktywnych rąk jest bez wątpienia esencją systemu, który zamienił pracę w pozór a pensję w kiepski żart.

Przed paroma dniami krótki program telewizyjny poruszył temat bezrobocia wśród młodych, ale bez wspomnienia liczby aktualnych bezrobotnych. Hawana o dziesiątej rano w powszedni dzień jest najlepszym przykładem tego, ile osób nie ma pracy, z której mogliby się utrzymać. Parki, chodniki i każdy róg zapełniają w godzinach pracy tłumy, co jest bardziej wiarygodne niż niskie wskaźniki braku zatrudnienia w corocznych statystykach. Dla ostrożnej specjalistki, która mówiła przed kamerami, wielu młodych źle szacuje swój potencjał i dlatego nie przyjmują oni pewnych prac. Pokazano potem wywiad na fakultecie studiów socjologiczno – kulturowych w prowincji Granma, gdzie świeżo upieczeni absolwenci skarżyli się na posady „sprzątaczy podłóg” czy inspektora komarów, jakie zostały im zaproponowane.

Cała ta werbalna żonglerka, by nie uznać, że tak długo, jak długo pensje pozostają tak niskie, młodzi nie będą zmotywowani do pracy. Nie chodzi o wezwanie do bezinteresowności czy ratowania ojczyzny swoim codziennym wysiłkiem, tylko o płacenie takiej ilości i w monecie, która pozwoli im na przyzwoitą egzystencję. Naszkicowany „Nowy Człowiek” nie jest tak różny od reszty ludzkości: chce zainwestować swój czas i energię w coś, co zaowocuje pomyślnością i dobrobytem. To nie powinno być tak trudne do zrozumienia dla specjalistów, ani tak systematycznie ignorowane przez statystyki.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Kto teraz podpisuje listy?

carro.jpg

Kupno samochodu jest jedną z tych przygód a la Indiana Jones, która równie dobrze może zakończyć się zawałem serca albo długim, dziesięcioletnim oczekiwaniem. Przez wiele lat możliwe było jedynie otrzymanie samochodu z dystrybucji opartej na zasługach. Wyróżniony pracownik, z tysiącami godzin wolontariatu i misją jako żołnierz w Angoli czy Etiopii, mógł czuć się szczęśliwym, jeśli pozwolili mu nabyć Moskwicza czy Ładę. Profesjonaliści wyższej rangi walczyli, na uniwersytetach i centrach kształcenia, o ograniczony przydział samochodów. W tym samym czasie funkcjonariusze rządowi mogli aspirować do nowocześniejszych modeli, które były naprawianie w warsztatach samego państwa.

Kiedy popsuła się rura, która przewodziła dopłaty z Kremla aż dotąd, skończyła się dystrybucja według zasług sprzętów AGD i samochodów. Ponownie zaczął funkcjonować pieniądz jako środek wymiany, by uzyskać samochód. Jednak zachował się filtr selekcjonujący otrzymywanie prawa zakupu niedawno przybyłych Citröenów, Peugeotów czy Mitsubishi. Owszem, można sprzedawać stare samochody, nabyte przed 1959, ale istnieje zakaz przekazania innemu właścicielowi tych, które zostały otrzymane za jakości pracownicze czy ideologiczne. Regulacje skończyły się na uznaniu, że to, co osiągnięto w czasach „socjalizmu realnego” było tylko połowiczną własnością, nieprzekazywalną i łatwą do skonfiskowania.

Po dziś dzień, chociaż niektóre sklepy prezentują na wystawie nowoczesne samochody na wszelkie tereny i klimatyzowane minibusy, żaden Kubańczyk nie może zwrócić się do nich i kupić samochodu, mając tylko pieniądze. Trzeba otrzymać przedtem list autoryzacyjny, który dostaje się po latach papierkowej roboty. Proces zawiera wnikliwe badanie pochodzenia funduszy i potwierdzenie „czystości” ideologicznej kupującego. Przez niemal dekadę tę przepustkę podpisywał Carlos Lage, wiceprezydent Rady Ministrów, odwołany przed paroma tygodniami. Tak oto wśród oszołomienia jego zastąpieniem, niektórzy się pytają: Kto będzie teraz podpisywał listy uprawniające do otrzymana wytęsknionego samochodu?

tłumaczenie: Karolina Popović

Burza mózgów

braimstorm.jpg

Ostatni film krótkometrażowy Eduarda del Llano należałoby zademonstrować w redakcjach gazet i mediów informacyjnych w całym kraju. Przy okrągłym stole, rada wydawnicza debatuje na temat tego, które wydarzenie znajdzie się na okładce następnego wydania. Trzeba wybrać z licznych wiadomości: nadzwyczajny rekord sportowy, spadek meteorytu, który zabił na miejscu malarza, wielu bohaterów pracy i kilku żołnierzy sił międzynarodowych. Posłuszni redaktorzy czekają na telefon z góry, który powie im, którą wiadomość mają ustawić na uprzywilejowanej pozycji. W międzyczasie odgrywają pantomimę, jakoby mogli zdecydować, przedstawienie polegające na tym, że zachowują się tak, jakby gazeta rzeczywiście do nich należała.

„Burza mózgów” jest filmem krótkometrażowym z postaciami wcale nie karykaturalnymi, ale odzwierciedlającymi rzeczywistość, która jest w swej esencji przesadzona i groteskowa. Świat póz, zawodowych tchórzostw, wynikających z widoku autodestrukcji bardziej odważnych kolegów. To, czego oczekuje się od tych dziennikarzy, to nie mieć swoją własną opinię, tylko śledzić i przewidywać, jakie będzie kryterium władzy. Każdy dobry „rewolucyjny” informator powinien wiedzieć, co powiedzą jego liderzy, zanim wypowiedzą jakiekolwiek słowo, umieć interpretować gesty rządzących i nie popełniać błędu odzwierciedlania ich.

O tym i innych dziennikarskich nieszczęściach opowiada tej film krótkometrażowy, który dołącza się do listy, rozpoczętej przez klasyk Monte Rouge. Z serii filmów nakręconych przez Del Llano ów jest tym, który najbardziej mnie poruszył, ze względu na bliskość tematyczną i ukazanie knebli prasy oficjalnej. Oglądając go utwierdziłam się w ogromnym przywileju, z jakiego korzystam, nie mając szefa redakcji, cenzora ani nikogo, kto mi dyktuje, o czym mam pisać i jaką nadać temu ważność. Moim największym koszmarem zawodowym byłoby spotkanie przy takim stole, gdzie nikt nie nadstawia karku, by zachować drobny przywilej pracowania w Granmie, Juventud Rebelde czy prowincjonalnej gazecie.

Jak w finałowej scenie filmu, której przed wami nie odsłonię, żebyście mogli się rozkoszować, dzieje się coś na zewnątrz, a nasze media nadal to ignorują. Tysiące zdarzeń ma miejsce każdego dnia, ale zdyscyplinowani korespondenci telewizyjnych wiadomości nie mają pozwolenia na poinformowanie nas. Zamiast tego pokazują nam Kubę pełną rolniczych sukcesów, wygranych konkursów, wizyt prezydentów, zgody na poddanie się i uśmiechniętych pionierów. Telefon pozwalający na relacjonowanie rzeczywistości jeszcze nie zadzwonił w żadnej redakcji gazety.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Pod parasolem

glorieta.jpg

Wielu z nas doszło do przekonania, że jeżeli nie znajdujemy się pod parasolem ciał państwowych, nie istniejemy. W drzwiach ministerium albo naprzeciw sekretarki jakiegoś funkcjonariusza zawsze dostajemy to samo pytanie: A Pan skąd jest? Nie chodzi o ciekawość naszego regionalnego pochodzenia, tylko o wnikliwe śledztwo wokół instytucji, która nadaje nam wartość. Jeśli nie ma się akredytacji z pieczęciami państwowej firmy, niewiele zdoła się zrobić w tych oficjalnych zależnościach. My, którzy jesteśmy „niezależnymi obywatelami” albo „indywiduami na własny rachunek”, przyzwyczailiśmy się do długich oczekiwań i odmów.

W tym szczególnym położeniu niezależnego elektronu, oddalonego od jądra jakiegokolwiek przywileju, władzy i istotnej posady, jestem znawcą przeszkód, specjalistą w zabiegach, które nigdy niczemu nie będą służyć. Setki razy zadawali mi to samo pytanie o państwowy parasol, który mnie ochrania, i wolę spalić się w słońcu mojej autonomii niż schować pod przywilejami. Oczywiście ta filozofia „nieprzynależenia” nie nadaje się do przedstawienia strażnikowi i nie pozwoli mi wejść, by rozwiązać jakiś zakazany kłopot.

Wychodzi na to, że nie istnieję, bo ani jedno ciało państwowe nie ma mnie w swoim inwentarzu, bo nie płacę składek związkowi zawodowemu, ani nie ma mnie na liście żadnej robotniczej jadłodajni. Chociaż chodzę, śpię, kocham i nawet się uskarżam, brak mi dowodu na istnienie, który dałoby mi zapisanie się do zredukowanej i nudnej liczby organizacji neorządowych. W praktyce jestem obywatelskim duchem, nie – bytem, kimś, kto nie może pokazać czujnemu oku portiera nawet najmniejszego dowodu istnienia w oficjalnych mechanizmach.

tłumaczenie: Karolina Popović

Krótkowzroczność y astygmatyzm

50aniv.jpg

Ubieram różowe okulary i rzucam okiem na to chyboczące się miasto, w którym mieszkam. W tych szkłach nadziei moje serce bije z większym spokojem, bez strachu. Dzięki nim rozumiem, że przemierzam po schodach czternaście pięter nie z powodu nieudaczności państwowej, niezdolnej do zamontowania po pięciu miesiącach windy, ale że równie dobrze jestem cwaną ekologistką, wystawioną na używanie tylko siły własnego ciała. Za pomocą tego nowego szkła, przez które widzę wszystko, dostrzegam, że na moim talerzu brakuje mięsa nie przez jego bajońską cenę rynkową, ale dlatego, że kocham zwierzęta i pozwalam im uniknąć cierpienia w rzeźni.

Nie mam dostępu do internetu w domu, ale różowe szkła maskją przede mną fakt, że ta usługa jest wyłącznie dla funkcjonariuszy i zagranicznych rezydentów. Może chcą mnie ustrzec przed „perwersjami” sieci, mówię sobie, tak jak robiłby to śmieszny Kandyd Woltera. Tak oto próbowałam widzieć przez króciutki czas pałace na miejscu ruder, liderów, którzy prowadzą nas do zwycięstwa, gdy w rzeczywistości doprowadzają nas do upadku i ludzi zahipnotyzowanych moimi włosami, choć wiem, że nadal mnie śledzą.

Problem się pojawia, gdy ściągam okulary i patrzę na to, co mnie otacza, w realnych kolorach kryzysu. Wraca ból łydek, jako odpowiedź na wysokie schody; zaczynam śnić o befsztyku, a mrugający modem staje się niemal erotycznym pragnieniem. Zrzucam moje optymistyczne okulary z balkonu, może ktoś tam na dole wciąż woli ich używać, ktoś, kto chce za ich pomocą zdeformować rzeczywistość.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

Nieszczęścia chodzą parami

paloma1.jpg

Tym razem byli bardziej bezpośredni: „nie jest Pani uprawniona do wyjazdu”, powiedziała mi niziutka pani, niemal uprzejma, ubrana w oliwkową zieleń. Moje starania o otrzymanie pozwolenia na wyjazd skończyło się bez wielkiej zwłoki i tą samą negatywną odpowiedzią. Zażądałam od funkcjonariuszki, by mi to wyjaśniła, ale ona była tylko murem oporowym między moimi żądaniami a jej tajemniczymi szefami.

Podczas gdy mówili mi „nie”, przypomniałam sobie deklaracje złożone przez Miguela Barneta (kubański pisarz i etnograf – przyp. tłum.) parę miesięcy temu. Prezydent Unii Pisarzy i Artystów Kuby (UNEAC) potwierdził, że wszyscy Kubańczycy mogą podróżować, oprócz tych, którzy mają kłopoty z prawem. Spędziłam dzień szukając prawnej przyczyny, tkwiącej w którymś miejscu, ale nie ma sposobu, bym sobie przypomniała. Nawet garnek do ryżu, który dostałam na kredyt na rynku towarów racjonowanych, został już spłacony, chociaż działał tylko dwa miesiące, zanim zupełnie się popsuł.

Nigdy nie byłam oskarżona przez trybunał, a jednak jestem skazana na nie opuszczanie wyspy. Ta restrykcja nie była podyktowana przez sąd, nie mogę też wnieść apelacji przed sędzią, pochodzi ona od wielkiego oskarżyciela, w pełni praw, który sam stał się państwem kubańskim. Ten surowy magistrat ustalił, że staruszka siedząca obok mnie nie dostanie białej karty, bo jej syn „zdezerterował” z misji lekarskiej. Także dziecko, czekające w rogu, nie może podróżować, bo jego ojciec, sportowiec, gra teraz pod inną flagą. Lista ukaranych jest tak długa i składa się z tak różnych powodów, że moglibyśmy założyć liczną grupę „wymuszonych wyspiarzy”. Szkoda, że znaczna większość przemilczy to, w oczekiwaniu, że któregoś dnia pozwolą im wyjechać, jak komuś, kto otrzymuje rekompensatę za dobre zachowanie.

Jednym z pierwszych miejsc przeznaczenia tych, którzy nie otrzymali pozwolenia na wyjazd, powinno być biuro naiwnego prezydenta UNEAC. Może umiałby nam wyjaśnić, z powodu jakiego przestępstwa nas skazują.

* Aby zwiększyć papiery w mojej kolekcji odmów, zostawiam wam ostatni dokument, otrzymany od SIE (biuro ds. Imigracji i Zagranicy – przyp. tłum.). Załączam też moje wizy, by przypomnieć wam, że nie mam problemów z wjazdem od innego państwa, tylko z wyjazdem z mojego.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

Maszynka do mielenia

maquina_de_moler_derechos1.jpg

Kiedy będziecie czytać ten post, ja będę siedzieć w poczekalni biura ds. Imigracji i Zagranicy w okręgu Plaza. W towarzystwie wojskowych uniformów mój paszport oczekuje na pozwolenie na wyjazd, którego odmówiono mi przy ośmiu okazjach. W zeszłym roku posłuszni żołnierze, zajmujący się ograniczeniem naszej wolności poruszania się nie pozwolili mi przyjąć międzynarodowych zaproszeń. W ich bazach danych i przy moim nazwisku musi znajdować się jakiś znak, który mnie skazuje na wyspowe zesłanie. Ta zaborcza logika tego państwa – taty postrzega za normalne to, że ja, za karę za pisanie tego bloga, niczym policzek za przekonanie, że jestem wolną osobą, nie otrzymam „białej karty”.

Tym, czego najmniej pragnę tego piątku pełnego biurokracji i oczekiwania, jest to, że skończę z kimś kładącym mi rękę na ramieniu, by mi powiedzieć: „Pomyliliśmy się co do ciebie, już możesz wyjechać”. Nie wierzę, że poprawią „błąd” zabronienia mi na wyjazd, nie żywię najmniejszej nadziei na to, że wsiądę do samolotu 29 marca. Będę siedzieć w zatłoczonym biurze na 17 i K tylko z dwóch powodów: by poprzeszkadzać im moim uporem i domagać się swoich praw. Pokazać im wizę, umożliwiającą mi wjazd do wielu miejsc na świecie, podczas gdy „oni” hamują mój wylot. Będę tam, pewna, że pewnego dnia cała ta maszyneria, służąca wyciąganiu profitów i produkowaniu wierności ideologicznej, w jaką zamieniło się pozwolenie na wyjazd, przestanie istnieć.

Wyznam wam, że nie chcę, by pozwolenie na wyjazd było mi dane jako prezent, raczej marzy mi się, że właśnie dziś, podczas gdy oczekuję trzeciego „nie”, ktoś wyjdzie, by ogłosić, że cała ta niesprawiedliwa regulacja rozpadła się. Przeczuwam, że wyjadę z Kuby, gdy wszyscy będą to mogli zrobić w sposób wolny, ale w międzyczasie nadal będę obciążać ich moimi żądaniami, postami i pytaniami.

Zostawiam wam tu formularz, który musiałam wypełnić, by ubiegać się o pozwolenie na wyjazd: str.1 i str.2.

Dodane w piątek, 20., o 14.15.
Wynik spotkania w urzędzie: Ponownie, odpowiedź brzmi Nie.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html