Z muzeum żydowskiego do muzeum Stasi

museo_judio-300x300Budynek posiada formę przesuniętej gwiazdy Dawida. Jest szary,  powleczony cynkiem i z małymi otworami, które wywołują uczucie klaustrofobii. Muzeum nie jest tylko tym, co wystawia się na jego ścianach i w gablotach, muzeum to jest wszystkim, każda przestrzeń, którą można zwiedzić, a także puste przestrzenie – bez obecności człowieka – które można dostrzec przez niektóre szczeliny. Znajdują się tutaj zdjęcia rodzinne, książki w złotych oprawach, narzędzia medyczne i obrazy młodych w strojach kąpielowych. To jest życie, życie niemieckich Żydów przed holokaustem.  Można by oczekiwać, że zobaczy się tylko świadectwa horroru, ale jeszcze bardziej dramatyczne jest  spotkanie się z codziennym życiem. Śmiech  – pochwycony lata przed tragedią – jest równie bolesny do oglądania, co wychudzone ciała i stosy zwłok. Dowód chwil szczęścia , sprawia, że towarzyszący im płacz i ból są bardziej przerażające.

Po czasie w wąskich korytarzach tego miejsca i pośród jego zdumiewającej architektury, wyszłam i odetchnęłam. Ujrzałam zieleń wiosny w Berlinie i pomyślałam: nie możemy dopuścić, aby ta przeszłość kiedykolwiek powróciła.

I niedaleko stąd wznosi się muzeum Stasi. Wchodzę do jego cel, do pokoi przesłuchań. Przychodzę z perspektywy Kubańczyka, który był przetrzymywany w takim samym miejscu, gdzie okno z widokiem na zewnątrz staje się nieosiągalnym marzeniem.  Cela była wyłożona gumą, zadrapania na ścianach pozostawione przez więźniów  wciąż widnieją. Jednak bardziej złowrogie wydają mi się pokoje, gdzie wydzierano – lub fabrykowano – zeznania od aresztowanych. Znam je, widziałam je. Są kopią swojego odpowiednika na Kubie. Zostały sprytnie skopiowane przez uprzywilejowanych studentów, które Służba Bezpieczeństwa NRD utworzyła w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych na Wyspie. Bezosobowe, z krzesłem zakotwiczonym do podłogi, tak że więzień nie może się ruszyć i rzekomą zasłoną, za którą ukrywa się mikrofon lub kamera. I ciągłe hałasy metalu wywoływane przez grzechot zamków i krat, aby przypominać więźniom  o tym, gdzie się znajdują i że są na łasce strażnika.

Po tym wszystkim  muszę ponownie zaczerpnąć powietrza, wydostać się z tych ścian. Opuszczam to miejsce z przekonaniem, że to, co dla nich jest muzeum przeszłości, dla nas jest wciąż teraźniejszością. ,, Teraz’’, któremu nie możemy pozwolić, aby przetrwało do jutra.

10.05.2013

Mój ojciec i Berlin

BJkavekCcAAaO8o.jpg_largeZa oknem słychać dudnienie pociągu. W Berlinie zawsze słyszy się gdzieś jakiś pociąg. Wyglądam przez okno i widzę rzeczywistość tak inną od tej, którą widział mój ojciec w 1984 r., kiedy po raz pierwszy przyjechał do tego miasta. Maszynista, który  dzięki  dobrowolnym godzinom i ciężkiej pracy, zasłużył  na podróż do przyszłości.  NRD było bowiem, w tamtej epoce, horyzontem, do którego  aspirowało wielu Kubańczyków, aby pewnego dnia się do niego zbliżyć. W ten sposób ów człowiek lokomotywy i rąk brudnych od smaru, dostał także bon towarowy na kupno jakiś ubrań przed wyjazdem do Europy. Przysługiwała mu kurtka, spodnie i ogromna walizka, która służyła mi i siostrze do zabawy w chowanego. Do Niemiec przybył w środku zimy i przebywał tylko 2 tygodnie na wycieczce z przewodnikiem, której głównym celem było pokazanie szczęśliwym podróżnikom zalet tamtego modelu. Mój ojciec powrócił z takim też przekonaniem.

Na lotnisku,  po przylocie, miał uśmiech od ucha do ucha i podręczną torbę. Znajdowała się w niej para butów dla każdej z córek, które okazały się być największą zdobyczą z tamtej podróży. To i wspomnienia. Przez dziesięciolecia  opowiadał nam o swoim pobycie w NRD. Za każdym razem dodając szczegóły, aż przekształciło się w rodzinną legendę, której zmuszeni byliśmy słuchać  przy okazji  jakiś rocznic. W świetle dzisiejszym zdziwienie tamtego maszynisty można sprowadzić do faktu, że w Berlinie mógł siedzieć w kawiarni i zamówić cos do picia bez stania w długiej kolejce, był w stanie kupić pamiątki swoim dzieciom bez okazywania książeczka z kartkami reglamentacyjnymi,  a w hotelu, w którym przebywał,  zdołał wykąpać się w ciepłej wodzie. Dziwiła go najmniejsza rzecz.

Teraz ja znajduję się w Berlinie. Myślę, że mój ojciec nie rozpoznałby tego miasta, nie zdołałby się pogodzić z innym niż te, które odwiedził w roku tak Orwellowskim, jak wskazuje data. Z  muru, który dzielił na pół, pozostaje tylko muzealny kawałek pomalowany przez różnych artystów, hotel, w którym przebywał, prawdopodobnie zburzono, a imię kobiety, która była jego tłumaczką i pilnowała go, aby nie uciekł na zachód, nie widnieje w książce telefonicznej. Walizki też już nie ma, buty przetrwały tylko rok szkolny, a czerwonawe zdjęcia zrobione na AlexanderPlatz są już tak wyświechtane, że nic nie widać. Pomimo to, jestem pewna, że po powrocie mój ojciec będzie próbował wytłumaczyć mi Berlin, powiedzieć, jak wszedł do piekarni i zdołał zjeść pasztecik, nie okazując kartek żywnościowych. Uśmiechnę się i przyznam mu rację, są marzenia, których pomimo upływu lat, nie warto niszczyć.

08.05.2013

Pan Kapitol

closedcapitol1Kapitol w Hawanie zaczyna wychodzić ze swej długiej kary. Jak pokutujące dziecko, 54 lata czekał na odzyskanie statusu siedziby kubańskiego parlamentu. Przekształcony we wszystko, było tu muzeum nauk przyrodniczych z wypchanymi zwierzętami – dmuchane ćmy-a w jednym z jego korytarzy otworzono pierwszą publiczną kafejkę internetową  w stolicy Kuby. Podczas gdy turyści fotografowali ogromny pomnik Republiki, tysiące nietoperzy zwisało z jego wysokości i zdobionych sufitów. Spały w  ciągu dnia , ale w nocy trzepotały i pozostawiały swoje odchody na ścianach i gzymsach. Gromadziły się tu przez dziesięciolecia wobec obojętności pracowników i śmiechów nastolatków, którzy wskazywali na odchody i mówili: ,, patrz, gówno, gówno”. Jest to  budynek, który znam od dziecka, zhańbiony ale nadal okazały.

Przyjezdnych zawsze uwodzi historia diamentu, który wyznacza punkt zero głównej ulicy, ze swą dawką przekleństwa i żądzy. Obserwator tego neoklasycznego kolosa, a także ci sami podróżnicy potwierdzają – to, co wiemy, ale czego nikt głośno nie wypowiada – że jest bardzo podobny do Kapitolu w Waszyngtonie. To podobieństwo  jest jednym z powodów dla ignoranta polityka, który zmiażdżył nasz flagowy budynek. Za bardzo przypominający ten drugi, oczywisty kuzyn tego, który oznacza wizerunek wroga.  Mimo, że w drodze rozporządzenia nie powinno wznosić się symboli architektonicznych żadnego miasta, jego kopuła nadal formowała hawańskie oblicze , wzdłuż bulwaru Malecón i Morro, który wyrasta u wejścia do zatoki. Dla tych przybyłych z prowincji obowiązkowe jest zdjęcie przed szerokimi schodami tego wielkiego pałacu. Jego kopuła jest jeszcze bardziej uwidoczniona na obrazach, zdjęciach, rękodziele i wszystkich bublach, które ktoś chce mieć po powrocie do swego kraju, aby powiedzieć: byłem w Hawanie. Im silniej naciskali na umniejszenie jego roli,  ta stała się bardziej wiodąca. Im bardziej był zniesławiony, tym jego mieszanka piękna i dekadencji  czyniły go bardziej urzekającym. Innym z argumentów jest ten, że w późniejszych dekadach po jego budowie – i aż po dzień dzisiejszy – żadna inna konstrukcja na Wyspie nie przewyższyła jego splendoru.

Obecnie, Zgromadzenie Narodowe Władzy Ludowej zacznie obradować właśnie tutaj, gdzie raz zebrał się  Kongres Republiki Kuby, o czym tak mało mówiły oficjalne książki historyczne. Wyobrażam sobie naszych parlamentarzystów, siedzących w półkolach na  tapicerowanych siedziskach, otoczonych oknami  wychodzącymi na rejon portowy i w gzymsami, które w końcu udekorowano. Ponadto dostrzegam uniesione ręce, które  zatwierdzają ustawy jednogłośnie lub  przeważającą większością. Cisi, spokojni, jednorodni pod względem poglądów politycznych, chętni, aby nie zaprzeczać prawdziwej mocy. I nie wiem, co myśleć, prawda, czy jest to nowe upokorzenie – bardziej misterna kara, którą ponosi Kapitol Hawany; czy w przeciwieństwie, jest to jego zwycięstwo, najcenniejszy tryumf,  na który oczekiwał ponad pół wieku.

30.4.2013

Spotkanie


W ubiegły czwartek byłam w Hawanie, nie opuszczając Madrytu. Dzięki gitarze Borisa Larramendi’ego zrobiłam mały skok na Wyspę. Krótki, ale intensywny powrót, tylko uderzenie w akordy i dobra muzyka. W lokalu w hiszpańskiej stolicy spotkaliśmy się w grupie przyjaciół, niektórzy to absolwenci wydziału sztuk pięknych, ale także byli członkowie zespołów muzycznych, które istniały w latach 90-tych na Kubie. Poczułam się jak w domu, w pokoju naszego mieszkania mieliśmy jedno z tych spotkań, przedostatnie ,które zapamiętaliśmy. Przywołaliśmy napar z trawy cytrynowej i tę odrobinę cukru, dzięki której odzyskaliśmy siły po wnoszeniu rowerów na 14 piętro . Jednak ponad wszystko, wspominaliśmy piękne utwory, których się tam słuchało, przestrzeń wolności, którą udało nam się stworzyć chociaż na parę godzin. Poza refrenami i ryżem z fasolą bardziej cieszyło mnie spotkanie z rodakami. Wielu z nich wciąż jeszcze próbuje odnaleźć swoją drogę w Hiszpanii, wyniszczonej kryzysem ekonomicznym i pytaniami politycznymi. Niektórzy bezrobotni, inni przebywający nielegalnie, jeszcze inni z dziećmi urodzonymi tutaj, które nie znają kraju swoich rodziców; wszyscy czekający na to, co dzieje się na Kubie. Boris śpiewał tak długo , aż ochrypł, nasze dłonie poczerwieniały od oklasków – i było już po północy – nie opuszczał nas humor i dowcipy.

Telewizor na ścianie pokazywał obrazy nagrane na ulicach Hawany. Bulwar Malecón i róg 23 i L stały się tłem dla naszej ‘’ guarachy’’, zaimprowizowanej dookoła dwóch stołów. W pewnym momencie zorientowałam się, że to nagranie na ekranie pochodzi z kamery policyjnego systemu bezpieczeństwa. Materiał inwigilacji został przekształcony w czysty obraz zabawy. Banał oficjalnego oka, kontrola przekształcona w powierzchowny zapis codzienności. Lecz nawet to nie odwróciło naszej uwagi od tego, co było ważniejsze w tym pomieszczeniu: zbiegu. Spotkaliśmy się we wspólnym punkcie po długiej podróży i długim odosobnieniu. Byliśmy bardziej wolni niż podczas jakiegokolwiek hawańskiego spotkania , jednakże pozostaliśmy owocem tych wszystkich spotkań. Błogosławiona przeszłość, która czekała na nas tego poranka.

27.04.2013

Lima i kurz

1366304602_Cielo_de_lima1-300x300

Każdemu miastu przypisujemy twarz, każdemu miejscu osobowość. Camagüey przypomina mi stateczną kobietę o długim rodowodzie, Frankfurt ma fryzurę w stylu punka i cienki krawat, Praga ma niebieskie oczy i niepoprawny uśmiech młodzieńca, który  tylko przez sekundę stanął na mojej drodze. Podczas gdy Lima posiada twarz nie do opisania, ale pokrytą kurzem.  Kurz Limy krąży i osiada na wszystkim dookoła. Przelatuje nad urwiskami, które gwałtownie wpadają do morza , które dla mieszkańców Karaibów wydaje się zbyt zimne i zbyt wzburzone. Najdrobniejsze cząstki ziemi i piasku wbijają się w ciało, w posiłek, w życie. Kurz na rodzimych owocach, świeżo podanym ceviche. Kurz na “pisco sour”, które pozostawia podniebienie z pragnieniami na więcej i na nigdy więcej jednocześnie. Złota warstwa, nierealna, która pokrywa przednie szyby samochodów i sprzedawcę gazet ignorującego czerwone światło sygnalizacji , aby sprzedać swój towar zanim zapadnie zmierzch.

Lima przypomina mi dziewczynę o miedzianej skórze. Skrytą, o tajemniczym  milczeniu tych, którzy zamieszkują góry. Ma też ręce, które leczą. W Limie odzyskałam zatem głos i nie jest to przenośnia. Przyjechałam wyczerpana ponad pięćdziesięciodniową, intensywną podróżą, bez głosu i z gorączką. Wyjechałam uzdrowiona, chroniona przez przyjaciół i z energią odzyskaną po ujrzeniu miasta, które przerosło samo siebie. Po raz pierwszy zanurzyłam stopy w Pacyfiku, wdrapałam się na wzgórza wsi El Salvador, aby zobaczyć ludzi uprawiających ziemię na przekór jałowości i ubóstwu. Widziałam historyczne centrum z jego kościołami, turystycznymi atrakcjami i religijnymi procesjami. Dlatego Lima jest  gospodarzem  miast, tych kapryśnie nałożonych na inne. Jest jak młoda kobieta, której ciało znacznie przybrało i nie służą już jej własne ubrania. Stąd też korki na drogach i żurawie wznoszące budynki ze wszystkich stron. To miasto posiada twarz uformowaną w pośpiechu, tu oko, tam usta, czoło zdobyte z dowolnie innego miejsca; jest Metyską, Indianką, Niemką, Szwajcarką, Chilijką i Hiszpanką … i dużo Limy.

18.04.2013

Siedem wniosków po przejściu Sandy

Zdjęcie wzięte z UNPACU

Czwartkowy świt nigdy nie zostanie zapomniany przez tysiące mieszkańców żyjących na wschodzie Kuby. Wiatr, latające dachy, silna ulewa i drzewa spadające na ulice i domy będą permanentnym wspomnieniem huraganu Sandy. Wielu nie uda się też zapomnieć pierwszej nocy po katastrofie, kiedy z rozklekotanego łóżka czy chwiejnej kanapy docierało do nich, że nic nie oddziela ich twarzy od gwiaździstej nocy.

Są tacy, którzy stracili wszystko, a nie było tego dużo. Ludzie, którym wichura zabrała skromny dobytek, nagromadzony w ciągu ich życia. Ten ludzki dramat rozgrywa się w przestrzeni, która już wcześniej dotknięta była brakami materialnymi, stałą emigracją na zachód i wybuchami epidemii chorób, takich jak denga czy cholera. Dla poszkodowanych to, co się dzieje, to trafienie z deszczu pod rynnę, dosłownie i w przenośni. Natura intensyfikuje załamanie gospodarcze i problemy socjalne tego regionu. Trzeba więc podwoić solidarność, zakasać rękawy i pomóc wybudować na nowo czyjś dom, podzielić się kawałkiem chleba i wesprzeć mieszkańców dotkniętych skutkami Sandy w stawaniu na nogi.

Sądzę, że wszyscy wiemy, co możemy dać i zrobić, ale pozwolę sobie wystosować pewne propozycje skierowane do władz kubańskich. Decyzje, które podejmą władze w najbliższych dniach będą kluczowe dla skrócenia i złagodzenia skutków tragedii. Oczekuję, że rządzący będą umieli zostawić na boku różnice ideologiczne i posłuchają nas, którzy z solidarności obywatelskiej chcemy pomóc w odbudowie naszego kraju. Solidarność nie musi być instytucjonalnym monopolem, nigdy nim nie była. Z tego przekonania wynikają propozycje uczynienia jej bardziej skuteczną , a oto one:

– Znieść cło na wwóz do kraju produktów żywnościowych, lekarstw, sprzętów AGD i materiałów budowlanych.

– Umożliwić obywatelom zrzeszanie się w celu zbiórki, transportu i rozparcelowania ubrań, leków i innych produktów potrzebnych w dotkniętych rejonach.

– Stymulować i zezwolić na gromadzenie funduszy i środków finansowych ze strony kubańskich emigrantów w celu wwiezienia ich na Wyspę w formie bezpośredniej lub w formie zorganizowanej i zinstytucjonalizowanej.

– Zgodzić się na współpracę z międzynarodowymi organizacjami, które dostarczają pomoc, pożyczki i doradztwo w celu przezwyciężenia katastrofy.

– Uelastycznić, w najbardziej dotkniętych rejonach, procedury pozyskiwania licencji na konstrukcje i dzierżawy nieużytków.

– Uchwalić moratorium w sprawie zbierania podatków od pracujących na własny rachunek w regionach, w których Sandy zniszczył sporą część infrastruktury ekonomicznej i rolnej.

– Odrzucić instytucyjny monopol na dystrybucję solidarności, wspieranie i poszanowanie istnienia obywatelskich kanałów niesienia pomocy.

tłumaczenie: Karolina Popović
redakcja: Anna Pawłowska

Przed Rewolucją czy podczas Rewolucji?

Zdjęcie Roberta Segre – Zaczerpnięte z vitruvius.com.br

Tabliczka jest mała i skromna, zwisa z balkonu kilka metrów nad ziemią. Proste „na sprzedaż”, nie przyciągałoby uwagi, gdyby nie fakt, że mieszkanie obok ma wymalowane na oknie to samo zdanie,. Wyżej, sąsiedzi z mieszkania numer 6 byli bardziej kreatywni i umieścili informację na kawałku akrylu, na którym widniała nawet wielkość mieszkania na sprzedaż, by zmotywować tym kupujących. Jednak sprzedającym nie jest lekko. Budynek jest brzydki, szary, jest jednym z tych skonstruowanych w latach osiemdziesiątych w systemie „mikrobrygad”. Wielu z czytających ogłoszenia na stronach internetowych jak Revolico.com i Cubisima.com, docierając na miejsce nawet nie pukają do drzwi, bo widzą, że chodzi o jeden z tych betonowych mastodontów w kiepskim guście architektonicznym, które skonstruowano w czasach sowieckich subsydiów.

Wybór i ilość domów na sprzedaż wydaje się przewyższać w chwili obecnej realne możliwości finansowe kubańskich portfeli. Wiele domów pojawiło się nagle na rynku nieruchomości, który przez dekady był nielegalny i pomimo potrzeb mieszkaniowych brakuje tego, co najważniejsze: pieniędzy na ich kupno. Niesamowitym jest zobaczyć posiadłości, które wystawia się na sprzedaż za ćwierć czy pół miliona wymiennych pesos w kraju, w którym przeciętna pensja nie przekracza 20 CUC miesięcznie. Dlatego też największy ruch w branży widzi się w przypadku najtańszych nieruchomości, które należą do tych najmniejszych, usytuowanych w najgorszej lokalizacji czy w najgorszym stanie. Podczas gdy w sektorze domów luksusowych wszystko przebiega dużo wolniej, w przypadku pokoju w kamienicy czy mieszkanka bez okien ruch jest spory, głównie wśród osób z głębi kraju, które wykorzystują tę okazję, by zamieszkać, choćby na kilku metrach w Hawanie.

Ciekawe są też bezpośrednie i pragmatyczne oceny, zawarte w każdym z ogłoszeń. Reklamy stają się wyrafinowane, dołącza się do nich zdjęcia i zachęcające opisy o „dobrym dostępie do wody”, jaki ma nieruchomość, jej wspaniała lokalizacja w spokojnej dzielnicy czy możliwość rozbudowy. Jest jednak coś, czego nikt nie pomija w swoich ogłoszeniach jeśli tylko może, mianowicie, że dom jest „konstrukcją kapitalistyczną”, zbudowaną przed 1959 rokiem. Istnieje jasny podział między tym, co zostało zbudowane przed Rewolucją i tym, co zostało stworzone podczas jej trwania. Jeżeli budynek, w którym znajduje się mieszkanie, jest z lat 40. czy 50., ceny rosną. Za to te , które zostały wzniesione przez mikrobrygady, budujące z prefabrykowanych elementów w czasach sowietyzacji, pojawiają się w ofertach z niższą ceną. Rynek nieruchomości pokazuje w swej brutalności skalę wartości, oddalonej w znacznym stopniu od oficjalnej linii i przypisuje każdej rzeczy nową wartość, inny sposób pomiaru jakości.

tłumaczenie: Karolina Popović
redakcja: Anna Pawłowska

Trzy wybory, jeden kraj

– Jak brzmi głos Henrique Caprilesa? – zapytał mnie niedawno sąsiad. Nie wiedziałam czy mam mu powiedzieć, że jest wysoki czy niski, delikatny czy energetyczny, bo kubańskie media unikają przekazywania jego głosu. Zamiast niego, mieliśmy możliwość posłuchania podekscytowanych okrzyków Hugo Cháveza, jego werbalnych ataków, przepuszczonych na młodego kontrkandydata podczas kampanii wyborczej. Tak więc dziś rano widzieliśmy prezydenta, który jest u władzy już 13 lat i świętuje swój wyborczy triumf. Jasne jest, że kolejne sześć lat przy władzy jest też gwarancją przetrwania hawańskiego rządu.

Rząd Raúla Castro zbyt mocno igrał z wyborami z 7 października. Mógł stracić nieocenione wsparcie swojego najbardziej oddanego sojusznika. Dzięki wenezuelskim subsydiom Generał Prezydent był w stanie wprowadzić, na właściwy sobie powolny i opieszały sposób, zmiany, ograniczające się do strefy ekonomicznej. Ale ten typ zależności, kiedy raz się ustabilizuje, zmienia się w ostateczności w sytuację chroniczną. Ani umożliwienie rolnikom wydzierżawienia nieużytków, ani umożliwienie zdobycia licencji tym, którzy chcą pracować na własny rachunek nie sprawiły, że Kuba zaczęła podążać w kierunku finansowej autonomii czy ekonomicznej niezależności. To nie koniunktura, a potrzeba wsparcia z zewnątrz jest sednem rządów Castro, bezpośrednim owocem jego niezdolności do tego, by w sposób skuteczny kierować narodową ekonomią. Nie zapominajmy o subsydiach płynących z Kremla… zastąpionych obecnie tymi z pałacu Miraflores. Po raz kolejny Plaza de la Revolución podpisała czek in blanco, na kolejne sześć lat.

54% Wenezuelczyków wybrało Hugo Cháveza na lidera kraju, reżim Raula Castro może więc odetchnąć. Wysoka polaryzacja w ojczyźnie Bolivara utrudni jednak publiczne utrzymanie dotacji dla Kuby. Dla kubańskiego rządu nadchodzą skomplikowane miesiące. Wybory w Wenezueli były pierwszymi z cyklu trzech, które w mniejszym czy większym stopniu będą miały wpływ na życie naszego narodu. Kolejnymi, które nas dotyczą są wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Mitt Romney zapowiedział politykę twardej ręki wobec władz Wyspy, ale Barrack Obama również może być groźny dla systemu kubańskiego, o ile pogłębi swoją politykę dotyczącą łączenia rodzin, pracowników naukowych i ludzi kultury.

Pierwszy pięcioletni mandat Raúla Castro kończy się w lutym 2013 roku. Mało kto uważa, że ma on zamiar wycofać się na rzecz kogoś młodszego. Te wybory, trzecie, które czekają nas w najbliższych miesiącach, są też ostatnimi pod względem ważności i wywołanych nimi oczekiwań. Już zaczęto proces nominacji na delegatów Zgromadzenia Narodowego, które aprobuje kandydaturę do Rady Stanu. O ile w urnach wenezuelskich ważył się los subsydiów wartych tysiące milionów dolarów, a od wyborów w USA zależy nasz z nimi stosunek, wybory kubańskie pachną jak scenariusz, który napisany został już wcześniej. Bezsensowne jest robienie ankiet i sondaży, dotyczących zamiarów wyborców. Nie ma tu miejsca na niespodzianki.

tłumaczenie: Karolina Popović
redakcja: Anna Pawłowska

Rumpelstiltskin

Rumpelstiltskin, rysunek Anny-Kafki. Zaczerpnięte z devianart.com

Pot tych trzech kobiet, które wepchnęły mnie do policyjnego wozu nadal czuję na mojej skórze i w nozdrzach. Wielkie, korpulentne, bezlitosne, zaprowadziły mnie do pokoju bez okien, gdzie uszkodzony wentylator, wiał jedynie w ich stronę. Jedna patrzyła na mnie ze szczególną pogardą. Być może moja twarz przypominała jej kogoś z przeszłości: wroga ze szkoły, despotyczną matkę, utraconą kochankę. Nie wiem. Za to na pewno pamiętam, że po południu 4 października to spojrzenie pragnęło mnie zniszczyć. To ona z rozkoszą grzebała pod moją spódnicą, podczas gdy pozostałe dwie w uniformach trzymały mnie, by zrobić mi „rewizję”. Bardziej niż znalezienie jakiegoś schowanego przedmiotu, ta rewizja miała na celu wywołanie u mnie poczucia naruszenia prywatności, bezsilności, gwałtu.

Co sześć godzin zmieniali moje strażniczki. Te ze zmiany po północy wydawały się mniej restrykcyjne, ale ja zamknęłam się w swoim milczeniu i nigdy nie odpowiadałam na ich pytania. Schowałam się w sobie. Pomyślałam: Zabrali mi wszystko, nawet spinkę do włosów, ale ci żałośni konkwistadorzy nie mogą obrabować mnie z mojego świata wewnętrznego. Postanowiłam więc uciec się podczas tych długich godzin nielegalnego aresztu do jedynej rzeczy, która mi została: moich wspomnień. Pomieszczenie, w którym się znajdowałam miało sprawiać wrażenie uporządkowanego i czystego, ale każda z rzeczy miała na sobie pewną dozę brudu i uszczerbku. Patrzyłam na figury, jakie tworzyły kamyki tkwiące w każdej z płytek i bałwanki kurzu. Po pewnym czasie z tej konstelacji zaczęły wyłaniać się twarze. Postacie usłały całą podłogę mojej celi na komisariacie policyjnym w Bayamo.

Wyskoczyło stamtąd wychudzone oblicze Don Kichota, podczas gdy w rogu udało mi się dostrzec prosty profil Boba Eduarda Abeli. Skośne oczy, ukształtowane z zaprawy i żwiru, przypominały do złudzenia bohaterów filmu Avatar. Ja się śmiałam, a moje niewzruszone strażniczki zaczynały wierzyć, że odmowa przyjmowania posiłków i wody rzuciła mi się na mózg. Dostrzegłam w nierównym granicie Dzwonnika z Notre Dame i szczupłą postać Gandalfa w pełnym rynsztunku. Lecz wśród tych wszystkich form, które przepływały po posadzce jedna była bardziej intensywna od innych i wydawała się mrugać do mnie i śmiać mi się w twarz. Być może był to efekt pragnienia lub głodu, doprawdy nie wiem. Krasnolud o długiej brodzie i cynicznym spojrzeniu, szydził ze mnie.

To był Rumpelstiltskin, bohater dziecięcego opowiadania, w którym królowa musi odgadnąć jego skomplikowane imię, bo w przeciwnym razie zmuszona zostanie do oddania despotycznemu krasnoludowi tego, co dla niej najcenniejsze: własnego syna. Co robił ten typ podczas mojego tymczasowego zatrzymania? Dlaczego widziałam go wyraźniej niż jakąkolwiek z rzeczy, które dane mi było widzieć przez całe życie? Natychmiast znalazłam odpowiedź. – Jesteś Rumpelstiltskin – powiedziałam do niego głośno, wzbudzając niepokój w moich strażniczkach. – Jesteś Rumpelstiltskin – powtórzyłam – i wiem, jak się nazywasz. Jesteś jak dyktatury, które, gdy nazwać je po imieniu, zaczynają się rozpadać.

tłumaczenie: Karolina Popović
redakcja: Anna Pawłowska

Mujica, rana na jego nosie i dziury w Hawanie

Zdjęcie zaczerpnięte z://subrayado.com.uy

To kawałek blachy z dachu, uniesiony wiatrem, rozciął urugwajskiemu prezydentowi, José Mujicy, nos. Kawałek metalu, który odczepił się, kiedy prezydent pomagał sąsiadowi wzmocnić pokrycie dachu jego domu. Anegdota obiegła media i portale społecznościowe jako przykład skromności osoby będącej u władzy, znanej już wcześniej ze skromnego stylu życia. Był tam, bardziej przypominając rolnika niż prezydenta, starając się, by nawałnica nie zabrała ze sobą dachówek z domu stojącego blisko jego własnego, w Montevideo. Jest to z pewnością anegdota pełna sugestii, które powinni wziąć sobie do serca inni rządzący.

Historia Pepe Mujicy skłoniła mnie do refleksji na temat rozdźwięku, który istnieje pomiędzy życiem rządzących i kubańskiego narodu. Kontrast jest tak znaczący, tak ogromny, że jest przyczyną sporej części błędów, które popełniają rządzący w momencie podejmowania decyzji. Nie chodzi tylko o to, że mieszkają w lepszych domach, zamieszkują piękne dzielnice mieszkalne czy jeżdżą nowszymi samochodami. Nie. Ogromną różnicą jest zerowa niemal praktyka, którą mają władze w stosunku do problemów, które nękają nas w życiu codziennym. Nie znają uczucia czekania ponad godzinę na przystanku autobusowym, niepokoju związanego z brakiem zasilania elektrycznego w środku nocy, trudności, jakie przysparza chodzenie po ulicach bez oświetlenia czy pełnych dziur. Nie mają najbledszego pojęcia o zapachu potu, wypełniającego wnętrze ciężarówek, w których podróżują dziesiątki osób z jednej wioski do drugiej ani stukotu wozów o konnym zaprzęgu, które dla wielu są jedyną formą transportu. Nigdy nie spędzili nocy na terminalu La Coubre, na liście oczekujących na kupno biletu na pociąg ani nie musieli oddać sumy pieniędzy będącej odpowiednikiem miesięcznych zarobków strażnikowi, który sprzedaje bilety wstępu do rozklekotanego wagonu.

Kiedy komendant czy generał tego kraju wszedł do sklepu operującego w wymiennym peso, by zobaczyć, czy sprzedają akurat tańsze mięso mielone i musiał wyjść, ponieważ nie starczyło mu pieniędzy na kupno żadnego z towarów leżących na półkach? Od jak dawna żaden minister nie otwiera lodówki, by zobaczyć, że jest woda, ale brakuje jedzenia? Czy premier spał kiedyś na materacu zniekształconym przez mieszkającą z nim babcię? Czy zdarzyło mu się cerować bieliznę po to, by móc ją w dalszym ciągu nosić albo używał do mycia włosów octu kuchennego z braku szamponu? Czy dzieci tych stojących na czele wiedzą, jak wyglądają wilgotne poranki, kiedy trzeba rozpalać piecyk naftowy po to, by móc zaparzyć kawę? Czy widzieli z bliska twarz funkcjonariusza, któremu niemal sprawia przyjemność odmowa, gdy pyta się go o to, czy znany jest już wynik podania. Czy ktoś z nich sprzedawał orzeszki ziemne by przeżyć, jak wielu emerytowanych staruszków robi to w każdym zakątku tego kraju?

Nie mogą nami rządzić, bo nas nie znają. Nie są zdolni do znalezienia rozwiązania, bo nigdy nie stanęli przed trudnościami, których my doświadczamy. Nie reprezentują nas, bo od zbyt dawna żyją w świecie przywilejów, wygody i luksusu. Nie mają pojęcia, co to znaczy dziś być Kubańczykiem.

tłumaczenie: Karolina Popović
redakcja: Anna Pawłowska