Niech teraz mówi ulica, aż do następnej debaty

1_38.jpg

Być może są to tylko moje pragnienia, by wierzyć, że coś się zmienia, które pozwoliły mi zauważyć pewną tendencję do kolektywnego katharsis. Gdzie wcześniej wzruszano ramionami i odwracano twarze, widzę teraz palce wytykające problemy i usta wyrażające niezadowolenie. Przy pierwszej okazji która może się nadarzyć przy zebraniu rodziców w szkole czy przy rozmowie w kolejce po chleb, zaczyna się rozmawiać. Ostre słowa niweczą to, czego wiarygodność kosztuje media oficjalne coraz więcej pracy.

Mur skarg rozszerza się w ostatnich dniach na całej wyspie. Zmotywowane częściowo przez wezwanie do dyskusji nad wystąpieniem Raula Castro z 26 lipca (chodzi o wystąpienie, w którym przywódca obiecał szereg zmian, mających na celu poprawę sytuacji na Kubie – przyp. tłum.), ale w największym stopniu przez wyczerpanie się „cyklu milczenia”, który zaczął się łamać Powoli przyzwyczajamy się do mówienia publicznie o naszych problemach. Zaczynamy odczuwać ochotę do zmiany rządu, podczas gdy lament mas zaraża nas i zachęca.

Jest też wiele sceptycyzmu ze strony tych, którzy przeżyli już inne próby debaty i nie doszli do niczego. Wspomnienie dyskusji, które poprzedziły czwarty Kongres PCC (Komunistyczna Partia Kuby – przyp. tłum.) i ich późniejsze przemilczenie są argumentem, który wysuwają ci, którzy się nie wypowiadają. Chciałabym jednak wierzyć, że to, czego dziś doświadczamy, nie da się zatrzymać. Ci, którzy zaczęli wyrażać swoje niezadowolenie z powodu niskich pensji, korupcji i rozpadającego się systemu zdrowia, dojdą bez wątpienia do zakwestionowania systemu politycznego, władzy pozwalającej na podejmowanie decyzji za naród, a nawet stosunków międzynarodowych.

Może jest to moja czysta iluzja, ale wydaje mi się, że to, co zaczęło się po cichu zakończy się krzykiem.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

„Przeklęte okoliczności…”

1_39.jpg

Ulica Infanta zaskakuje nas największym rynkiem pirackich kopii muzyki i filmów w całym mieście, swym ogromnym kościołem, którego portal konkuruje z ilością uryny na tyłach Centrum Asturyjskiego, obecnie Muzeum Sztuki Uniwersalnej i swoimi dziwnymi graffiti, które jak ten tutaj mogą ilustrować obsesję Wergiliusza o „wodzie wszędzie” („mar” to po hiszpańsku „morze” – przyp. tłum.).

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

„Podczas wojny i w czasie pokoju utrzymamy komunikację”

1_37.jpg

Chłopcy z Omni-Zona Franca (grupa artystów z różnorodnych dziedzin, używająca wielu form ekspresji, jak malarstwo, muzyka, poezja, teatr, taniec, traktująca sztukę jako część życia codziennego – przyp. tłum.) znaleźli rozwiązanie problemu dotyczącego budek telefonicznych, głosiku, który mówi „połączenie z numerem nie może zostać zrealizowane z powodu przeciążenia linii” i apetytu telefonu, który połyka nasze monety bez cienia współczucia.

Jeżeli to, czego chcemy, jest telefonem, to znajduje się tu: namalowany, dwuwymiarowy, niepojęty i bez cienia nadziei jak słodycze za szybą wystawową. Tak jak w przypadku graffiti z jaskiń, gdzie kontur jelenia przywoływał innego, który pasł się na łąkach, te telefony zbliżają nas do tego, co nam ucieka. Malowanie ich jest formą ich ujarzmienia, uczynienia ich naszymi, ostatecznego schwycenia i „udomowienia w dzikim porcie technologii”.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Udawana ślepota

1_36.jpg

My, Hawańczycy, żyjemy między zdziwieniem a radością obserwując „zawieszenie broni dla taksówkarzy”, które pozwoliło kierowcom nie posiadającym licencji na transport pasażerów bez narażenia się policji. Nikt dokładnie nie zna daty, kiedy zaczęły obowiązywać owe przepisy. Zdaliśmy sobie z tego sprawę na podstawie krótkiego czasu, jaki zajmuje przywołanie ręką „almendrón” (potoczna nazwa amerykańskiego samochodu z lat 50. – przyp. tłum.).

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Technika ślimaka

1_35.jpg

Wiele jest sposobów na to, by odejść, łącznie z zostaniem. Zauważam to każdego dnia, napotykając się od ludzi, których nie widzę przez jakiś czas i którzy opowiadają mi, że siedzą w swoich domach, że prawie nie wychodzą, że prawie nie słuchają wiadomości i nie włączają telewizora. Już nie wspierają „życia zewnętrznego”, ulicy, sytuacji. Zaprojektowali sobie świat, który równie dobrze mógłby znajdować się w Bangladeszu czy Sydney (gdyby nie kilka drobnych szczegółów o dużej przejrzystości).      

Zamkniecie się jest tak trudne jak wyjazd, bo dla niektórych wyizolowanie się jest ostatnią opcją po nieudanej próbie emigracji. Jeden z przyjaciół powiedział mi któregoś dnia, że przy małym kontakcie społecznym, jaki ma, równie dobrze mógłby mieszkać w szałasie w Tybecie, z przyczepionym do ściany zdjęciem z widokiem na plażę , jaki ma z okna.   

Gdy się mówi o tendencji zostawania w domu, pojawiają się argumenty typu: „już prawie nie mam przyjaciół, których mógłbym odwiedzić, wszyscy wyjechali”, „na ulicy jest ciężko”, „wszystko dużo kosztuje”, „nie warto wychodzić”, „boli mnie, gdy widzę wszystko tak zniszczone”. Są też tacy, którzy stwierdzają „po co mam wychodzić? Po to, by się zadręczać?”.

I ja miewam dni izolacji. Patrzę na miasto z mojego balkonu i wolę zostać z widokiem morza, chmur, przechodzących ludzi, ale odmawiam chowania się. Jednak alergia na świat zewnętrzny mija i wychodzę, pocieszając się mądrą piosenką, która mówi „to jest to, co mamy”.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Pod opieką

1_34.jpg

„Co się dzieje?” powinnam pytać się za każdym razem, gdy zauważam zwiększoną liczbę policjantów na ulicach, zwłaszcza w dzielnicach Centro Habana i Habana Vieja (Stara Hawana – przyp. tłum.). Jednak już sam widok kogoś w uniformie na każdym rogu lub Parku Centralnego i Kapitolu patrolowanych coraz częściej przez „czarne osy” czy „czerwone berety” z owczarkami niemieckimi wydaje się nam już tak znajomy, że nawet nas nie dziwi.

My Kubańczycy widzieliśmy, jak nasze miasta zapełniają się tymi kreaturami, pokazującymi swe pałki i nazywającymi nas „obywatelami”, chodzącymi parami i rozwożonymi ciężarówkami Mercedes Benz. Jest czymś powszechnym, że trzeba pokazać dowód tożsamości, kiedy chodzi się z zagranicznym kolegą albo że zatrzymuje się autobus na autostradzie, by przeszukać nasz bagaż, by sprawdzić, czy nie wieziemy parę funtów sera, ogona langusty czy niebezpiecznych krewetek, ukrytych w naszych rzeczach osobistych.

Obecność policjantów nie przyniosła jednak dostrzegalnego spadku przestępczości, ale raczej wyrafinowanie nielegalności. Ludzie nauczyli się ich unikać, nie przechodzić kolo rogów, gdzie często bywają i ukrywać lepiej ser przywieziony z prowincji.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Zaczyna się rok szkolny

1_33.jpg

Mój syn przymierzył w tym tygodniu mundurek w kolorze „groszku” w budynku szkoły średniej o architekturze Girón, oddalonego o pięć minut od naszego budynku w stylu jugosłowiańskim. Ostatnie dni wakacji naznaczone były bieganiną, by kupić buty, poszukiwaniem nowego plecaka i dyskusjami, o ile zwęzić szerokie spodnie o rozmiarze 18.

Ranek pierwszego dnia minął na gorączkowych słowach i obietnicach idealnego roku szkolnego. Później nadeszła godzina przyzwyczajania się do nowej dynamiki szkoły średniej, tak innej w stosunku do czasów, gdy ja chodziłam do szkoły średniego szczebla. Na przykład, od jakiegoś czasu dzieciaki ze szkoły średniej nie mogą iść do domu na obiad. W ten sposób szuka się zatarcia różnić między tymi, którzy jedzą porządne obiady a tymi, którzy dostają mniej albo nic. Chodzi też o unikanie kręcenia się po ulicach i popełniania wykroczeń.

Zgodnie z nowym systemem każdy uczeń otrzymuje w południe chleb z jakąś proteiną i szklankę jogurtu. W tym wieku tak zredukowana porcja powoduje tylko rozbudzenie ogromnego apetytu i burczenie w brzuchu przez kolejne lekcje. Tak oto od 12.20 do płotu okalającego szkołę zaczynają się zbliżać rodzice z garnkami, słoikami i sztućcami, by wesprzeć odżywianie swoich dzieci. W niektórych szkołach zabroniono przynosić uczniom jedzenie, w innych ogłoszono, że uczniowie mają przynosić już rano to, co będą jeść w obiad.

Każdego dnia zbliżam się po cichu do szkoły i przez płot podaję synowi siatkę z potrzebnym „wzmocnieniem”. Widzę, że wielu rodziców robi to samo, ale i to, że duża część dzieci nie dostaje dodatkowej porcji. Końcem końców, starając się uniknąć różnic stworzyło się inną, tak ewidentną, dostrzegalną i bolesną, że pytam się, czy nie byłoby lepiej uelastycznić owe przepisy i pozwolić, by młodzież jadła w swoich domach, zapewniając jednocześnie porządny posiłek tym, którzy zostają w szkole.

To wszystko, czego się wymaga, co jest obligatoryjne i surowe, kończy na byciu wyśmiewanym, naginanym i co gorsza odrzucanym.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html