Dotrzemy czy nie?

rostro.jpg

Na ulicy wyczuwam nastrój napiętych smyczy, ogólnego duszenia się. Dziwny ten grudzień, nie słychać nikogo, głoszącego prognozy na nowy rok. Nawet skromnych przepowiedni, że być może rok 2008 przyniesie nam „coś lepszego”. Oczekiwania zużyliśmy już podczas zeszłej nocy sylwestrowej, kiedy przypuszczaliśmy, że wraz z 2007 nadejdą upragnione otwarcie ekonomiczne i konieczne zmiany polityczne.

Pod koniec lipca było już jasne, że zmiany następują dużo wolniej, niż się spodziewaliśmy. Ostatnie tygodnie grudnia pozostawiły nas w przekonaniu, że „tam na górze” gra się „na zwłokę”. Zawiadomienia o pitnej wodzie każdego dnia, o remontach dróg i nowych omnibusach, jeżdżących po mieście są stałym repertuarem dawanych nam obietnic. Wszystkie te cele przypominają mi oczekiwane podboje sprzed czterdziestu czy pięćdziesięciu lat, tyle, że teraz wydaja się tak ograniczone, spóźnione i fałszywe.

Z braku dzielonych nadziei i ogłoszonych propozycji, zrobię swoją własną listę życzeń. Rozsądne i jasne wypunktowanie pragnień na ten przestępny rok, który zaczyna się jutro. Na czele tych oczekiwań stanie jedno, byśmy wraz z kolejnym grudniem nie mieli tego poczucia, że „oto mija kolejny rok, który nie przyniósł nam tego, czego tak bardzo pragniemy”.

Szczęśliwego Nowego Roku 2008!

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Reklamy

Puste krzesło

adolfo.jpg

Dziś będę obchodzić Wigilię z moją rodziną i z moimi przyjaciółmi. Przy pomocy starych drzwi od windy i prześcieradła, służącego za obrus, przygotujemy zaimprowizowany stół. Każdy przyniesie coś, by świętować. Nie będziemy mieć winogron, cydru (napój alkoholowy, przefermentowany sok z dojrzałych jabłek, niedoprawiany cukrem, o wyglądzie od mętnego po klarowny, o zawartości alkoholu 4-6% – przyp. tłum.) ani turrón (słodka masa, uzyskana poprzez gotowanie mleka, cukru i białka jajka, zawiera obrane i prażone migdały, zazwyczaj w formie prostokąta, turron serwuje się na Święta Bożego Narodzenia w Hiszpanii i krajach hiszpańskojęzycznych, obecnie oprócz tradycyjnego smaku można znaleźć inne modyfikacje – przyp. tłum.), ale będziemy razem i w harmonii, co samo w sobie jest już luksusem. Dzieci dostaną obiecane napoje chłodzące, podczas gdy szklaneczka rumu z cytryną lub miodem będzie nektarem dla dorosłych. Moja mama opowie, jakim skomplikowanym procesem był dziś zakup pomidorów, a moja siostrzenica przypomni mi, że we wtorek 25. wystąpi jako aniołek na mszy w swojej parafii.

Na szczycie stołu zostawimy puste miejsce, pozostające bez swojego właściciela od Świąt Bożego Narodzenia 2003 roku. To jest miejsce Adolfa Fernandez Saínza, skazanego podczas „Czarnej Wiosny” (fale represji wojskowych, na czele z Fidelem Castro, jakie nastąpiły 18 marca 2003, skierowane przeciw niezależnym dziennikarzom, członkom związków zawodowych i opozycjonistom, w wyniku procesów sądowych skazano 65 osób na karę pozbawienia wolności od 6 do 30 lat – przyp. tłum.) na piętnaście lat wiezienia. Smutno będzie stwierdzić, po raz piaty, jego nieobecność. Jeżeli strażnicy więzienni na to pozwolą, będziemy mogli usłyszeć w słuchawce jego głos, dodający nam animuszu (Jak ironiczne bywa życie! On, siedzący w więzieniu, ma jeszcze siły na to, by dodawać nam odwagi).

Pamiętam dzień, w którym powiedzieliśmy naszemu synowi, że Adolfo został aresztowany. Mój mąż powiedział mu: „Teo, twój wujek Adolfo jest w wiezieniu, ponieważ jest odważnym człowiekiem”, na co mój syn odpowiedział zgodnie ze swą dziecięcą logiką: „A więc wy pozostajecie na wolności, bo jesteście trochę tchórzliwi”. Co za bezpośredni sposób mówienia prawdy mają dzieci! Tak, Teo, masz rację: podczas tych świąt grzejemy nasze krzesła, bo jesteśmy „tchórzami”, życzymy sobie w zaciszu domowym, by nowy rok przyniósł wolność, ale nie zdołamy przekształcić tych życzeń w rzeczywistość. Zadowalamy się mitami narodowego fatum, bo daliśmy za wygraną w sprawie zmiany stanu rzeczy.

Puste krzesło Adolfa będzie najbardziej wolnym terytorium naszego zaimprowizowanego świątecznego stołu.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Koncert na zamknięcie tego wymęczonego 2007 roku

pedro_luis.jpg

Zgnieceni na patio Centro Pablo, wróciliśmy, by posłuchać Pedra Luísa Ferrer. Wieczorem w sobotę 22 grudnia osunął się przed nami na podłogę, podczas gdy słuchaliśmy jego wierszy i piosenek, szczęśliwi, że jest z nami znowu nasz „Grubas z gitarą”. Pedro wrócił jednocześnie zmieniony i taki sam. Wprowadził nowe tematy, przenoszące nas na ulice Madrytu i wymieszał je ze swymi znanymi akordami „guajiro”, dźwiękami i rymami.

Piosenka, którą zadedykował swojemu przyjacielowi Jesúsowi Díaz, gdzie wyznaje „jeśli nie odejdę z Kuby, nie zrozumiesz, że zostaję”, utwierdziła mnie w moim szaleństwie pozostania tu, by „zgasić światła Morro” (twierdza w Santiago de Cuba – przyp. tłum.) (a może ponownie zapalić? Kto wie?). To i wiele innych rzeczy zawdzięczam temu trubadurowi, który po siedmiomiesięcznym pobycie w Europie występuje przed swoją publicznością, która nie jest już ta sama, i sprawia, że się śmiejemy i rzuca nam porozumiewawcze spojrzenia wraz z: „dziadek ma rewolwer i nóż,/ i tak długo, jak go nie obalą, stwarza zagrożenie (…)/ choć myślisz „nie”, powiedz mu „tak”/ gdy się mu przeciwstawisz, gorzej dla ciebie.”

Pedro, ty byleś najlepszą rzeczą tego nudnego i bezbarwnego roku. Czymś dużo bardziej realnym niż tostowany chleb, maniok (gatunek rośliny uprawnej – przyp. tłum.) z mojo (rodzaj sosu – przyp. tłum.) czy ograniczona porcja wieprzowiny (wiem, że to porównanie ci się spodoba, bo tłuste kawałki zauważa się w twoich piosenkach i na twoim brzuchu). Wezmę więc za przesłanie na ten zbliżający się do nas 2008 rok kilka twoich wersów: „musimy stworzyć pełną demokrację,/ gdzie nikt mnie nie zmusi do mówienia tego, czego nie chcę”.

Zostawiam was z tekstem piosenki, która pojawia się w programie koncertu i jest zatytułowana:
Piosenka o końcu roku

Teraz, gdy pozwalają na krytykę:
Jak piękne są Twoje oczy, moje życie!
Podoba mi się, jak tańczysz,
I szczególny powód Twojej radości.

Teraz, gdy pozwalają na krytykę:
Idę na Malecón i czekam na nadejście dnia;
Chcę się oddać wypoczynkowi;
Kwiaty w ogrodzie są tak piękne…

Teraz, gdy pozwalają na krytykę:
Włożę spodnie i koszulę;
Zawiesimy przy wejściu hamak
I dzwonek (chodzi o dzwonek przy drzwiach – przyp. tłum.) w kształcie dzwoneczka.

Teraz, gdy chcą mówić nawet niemi
I modny jest krzyk i kłótnia:
Chciałbym schrupać Twoje nogi,
Sposób, w jaki chodzisz i siadasz.

Teraz, gdy pozwalają:
Ulica jest zatłoczone,
Plotki i żarty,
Niebo i gwiazdy.

Teraz, gdy pozwalają na krytykę:
Kupiłem komputer i garnek;
Mój przyjaciel zapytał dla odmiany:
Księżyc jest okrągły i przyjemny.

Pedro Luís Ferrer

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Bez drzewa genealogicznego

la_gran_pregunta.jpg

Wśród setek wiadomości, które otrzymuję każdego tygodnia pojawia się wiele powtarzających się pytań i wątpliwości. Wielu intryguje „dla kogo pracuję?”, „czyją jestem córką?” lub „kto mi płaci za to, co robię?” Bez próby przekonania kogokolwiek (dlatego, że przedstawienie „mojej prawdy” przypomina bardziej wyznanie mea culpa) chcę wyjaśnić parę rzeczy:

Urodziłam się na podwórzu w Centro Habana, na jednym z rogów mojej ulicy napisane było “Jesús Peregrino”, a na drugim “Jesús Pelegrino” (dzięki czemu już jako mała dziewczynka nauczyłam się, żyć z wielokrotnością form, za pomocą których można nazwać jedną i tę samą rzecz).
Nie mam żadnego członka rodziny, który poręcza za mnie, poza umiejętnością używania śrubokrętu i naprawiania sprzętów elektrycznych, odziedziczoną po moim ojcu, maszyniście, który podczas kryzysu lat dziewięćdziesiątych zamienił swój niebiesko – biały mundur na budkę, gdzie naprawia dętki rowerowe.
Wielu z tych, którzy mnie znają, myśli, że mam „nierówno pod sufitem”, „brakuje mi piątej klepki” lub „mam coś z głową”. Wszystko to, co zrobiłam w moim skromnym życiu (prowokowanie problemów, pisanie pracy magisterskiej o literaturze okresu dyktatury w Ameryce Łacińskiej, związanie się z „wyklętym” dziennikarzem, powrót do kraju i założenie tego blogu) może być równie dobrze postrzegane przez specjalistę jako manifestacje zaburzeń psychicznych. Wszystko jest możliwe…
Wszystkim, którzy podejrzewają mnie o ukrywanie pod pseudonimem mojej przynależności do G2 (Agencja Bezpieczeństwa Narodowego – przyp. tłum.), chcę powiedzieć, że niewiele osób na Kubie nadal używa tej nazwy. Teraz mówimy „bezpieka”, „Aparat”, „machineria”, „Armagedon”, „łamacz”, „chłopaki” lub po prostu „oni”. Jeśli ktoś zapyta jakiegoś młodego człowieka „Słuchaj, wiesz co to jest G2?” może odpowie, że chodzi o grupę rockową albo markę obuwia
Ani myślę przedstawiać dowód zaprzeczający, że jestem „infiltrowana”. Tym, którym myślenie, że „mam odwagę, bo jestem chroniona albo wysłali mnie po to, bym mówiła to wszystko”, przynosi to ulgę i pozbawia poczucia winy powiem – śmiało. Każdy, przynajmniej w małej przestrzeni tego blogu, może myśleć i komentować to, co chce.
Jeśli chodzi o pieniądze, bazę materialną czy pensję, lubię cytować mojego męża, który mówi, że mam „duszę fakira”. Ubieram się w to, co się akurat pojawia, od lat nie mam więcej niż jednej pary butów i jem raz dziennie. Tylko jedna „konsumpcyjna” obsesja ogarnia teraz moje życie: pisanie bloga. Pieniądze, które zarabiam, tłumacząc z niemieckiego, oprowadzając po Hawanie kilku turystów i sprzedając moje stare podręczniki uniwersyteckie, zamieniam, o ile tylko mogę, na opłacenie półgodzinnego dostępu do internetu. Dlatego moje pojawianie się w „Generacji Y”  odbywa się „z doskoku”, a nie z częstotliwością dziennika pokładowego.
Dlaczego ja mam blog a inni nie? Ponieważ należę do generacji, która nauczyła się poruszać się w świecie technologii, nawet jeśli musi wyposażyć swój własny PC w części kupione na „czarnym rynku”. Jeden z paradoksów w dzisiejszej Kubie to fakt, że ci, którzy mają do powiedzenia dużo ciekawsze rzeczy, są informatycznymi analfabetami. Tak oto regularni czytelnicy blogów muszą zadowolić się ludźmi jak ja, bez pochodzenia, ale dla których myszka jest przedłużeniem ich własnego ciała.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

O tele – lekcjach i innych bzdurach

Teo, tak ma na imię mój syn, nie należy do „Generacji Y”, jednak jest niekończącym się źródłem anegdot dla tego blogu. Jego szkolne opowieści wywołują u mnie uśmiech, troskę i ten czy inny post (którego on nigdy nie czyta, bo to jest „sprawa starych”). Bycie na bieżąco z tym, co się mówi w jego klasie, z muzyką, do której tańczy i ze słowami, które wymyśla, łączy mnie z tym młodym pokoleniem, które pewnego dnia wyrzuci nam w twarz „to wszystko”, co im szykujemy.

Przed paroma tygodniami mój syn wrócił ze szkoły z zadaniem z geografii. „Na jakie porcje podzielona jest Ameryka Środkowa?” brzmiało pytanie, które kazało nam kopać w pamięci i leksykonach. Starałam się wyjaśnić Teo, że za czasów mojej szkoły średniej, używało się innych kategorii, jak „strefy”, „obszary” czy „ekosystemy”, ale nie tej definicji, która raczej przypominała kawałek ciasta niż odcinek terytorium. Spytałam go więc, skąd pochodzi tak nowatorska kategoria i otrzymałam jako odpowiedz: „Powiedzieli tak na tele – lekcji”.

Dla tych, którzy nie są na bieżąco z „nowymi metodami edukacyjnymi” na poziomie kubańskiej szkoły średniej wyjaśniam, że telewizor, znajdujący się w każdej klasie, pełni przez około 60% czasu poświęconego na naukę funkcję nauczyciela. Młodzież się nudzi, nie może powiedzieć „Panie Profesorze, niech Pan to powtórzy, bo nie zrozumiałem” i kopiuje bez przerwy to, co dyktują z ekranu. Za pomocą tej nowej techniki pedagogicznej próbuje się ukryć kryzys kadry nauczycielskiej, spowodowany niskimi pensjami i małym szacunkiem społecznym i instytucjonalnym.

Mając obiekcje co do „porcji” poszłam do szkoły i zapytałam profesora (z krwi i kości, a nie wirtualnego, z ekranu telewizora), co oznacza ta nowa definicja geograficzna. Usłyszałam coś dobrze znanego: „Ach, nie wiem, powiedzieli tak na tele – lekcji”. Tak oto postanowiłam siadać każdego poranka i notować to, co mówią w programach edukacyjnych transmitowanych przez telewizję. Jeśli tego nie zrobię, jak będę w stanie pomóc Teo w zadaniach i odpowiedzieć na jego pytania?

Już zaangażowana w rolę tłumacza nudnych wywodów „telewizyjnego profesora” dla mojego syna, kupiłam nawet kasetę VHS. Zaraz jutro zaczynam nagrywać tele – lekcje!

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Wyjść z szafy

Mój przyjaciel Miguel, gej i osoba zaangażowana w protesty, czuje się pełen nadziei dzięki nowym środkom, forsowanym przez Marielę Castro, które pomogą mu w dostępie do operacji zmiany płci. Marzy mu się dowód tożsamości, w którym będzie napisane, że jest „nią” a nie „nim” i bycie traktowanym jako kobieta, którą się czuje. Oczywiście wie, że będzie musiał poczekać o wiele dłużej, by legalnie zapisać się do partii socjaldemokracji, aby umieścić plakat manifestujący jego prawa pracownicze czy głosować, w wyborach bezpośrednich, na innego prezydenta.

Ze swoim nowym imieniem, o którym zdecydował już dawno temu, że będzie brzmiało Oliwia, nie uwolni się zupełnie od nietolerancji. Może uda mu się być zaakceptowanym w swojej inności, tak długo, jak będzie to dotyczyło „preferencji seksualnej”, a nie „skłonności ideologicznych”. Ujawnienie jego opinii politycznych zajmie mu więcej czasu i przypomną mu, w odpowiednim momencie, że to rewolucja pozwoliła mu zmienić płeć.

Nie bardzo wiem, jak można powoływać się na podzieloną i niepełną tolerancję. Jak można być postępowym w kwestii małżeństw homoseksualnych, a z drugiej strony nie pozwalać, żebyśmy „poślubili” inną tendencję polityczną czy doktrynę socjalną. Te tysiące Kubańczyków zamkniętych w swoich szafach podwójnej moralności, wstrzymujący się w wyrażaniu swoich prawdziwych opinii, jakby chodziło o kobiece gesty, czekają, aż Mariela Castro powie publicznie: „Również ich trzeba zaakceptować i tolerować w ich odmienności”. Miguel stanie się wówczas kobietą z kręgu socjaldemokratów, o czym marzył od zawsze.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

I Ty, Carlosie?

carlos_otero.jpg

Miniony wtorek spędziliśmy między dzwoniącym telefonem a przyjaciółmi, którzy przychodzili, by nam powiedzieć, że Carlos Otero, najbardziej znany prezenter telewizji kubańskiej, poprosił o azyl w Stanach Zjednoczonych. Była to wiadomość, która w ciągu ostatnich paru miesięcy rozniosła się najszybciej w vox populi, może dlatego, że chodziło o człowieka mediów. Stał się jedynym, który miał w naszej usypiającej ofercie telewizyjnej program ze swoim własnym imieniem: „Carlos i kropka”.

Przyzwyczajona do tego, że każdego roku kilkoro moich przyjaciół opuszcza kraj, nie jestem zaskoczona, że ten „człowiek sukcesu” wybrał drogę emigracji. Jego decyzja podobna jest do tej podjętej przez wielu innych, którzy zrozumieli, że tu nie mają przyszłości i którzy zdali sobie sprawę z tego, że Kuba nie jest krajem, gdzie można zrealizować swoje marzenia. Utwierdzam się w tym za każdym razem, gdy pytam moich znajomych o ich plany i dostaję jako odpowiedź w ponad połowie przypadków zdanie: „to, czego chcę, to wyjechać stąd”. Odpowiedź, której częstotliwość zwiększa się w sposób alarmujący, gdy pyta się młodsze osoby.

To ciągłe wykrwawianie się, które każdego miesiąca zabiera ze sobą coraz więcej młodych ludzi, tych najśmielszych i, czemu tego nie powiedzieć, najbardziej utalentowanych, jest demonstracją tego, że dobro społeczne nie leży w centrum zainteresowania rządu kubańskiego. Elementy polityczne, ideologiczne i obciążenia z przeszłości są priorytetami ponad „tu” i „teraz” naszych potrzeb. Tak długo, jak tam „na górze” nie przyznają, że nie udało im się stworzyć państwa, w którym ludzie chcieliby zostać i zainwestować swoją energię, nie może być rozwiązany dramat emigracji.

Ile osób musi jeszcze wyjechać, byśmy usłyszeli zdanie „zawiedliśmy, nie umieliśmy zapewnić przyszłości Kubańczykom”. Podejrzewam, znając już głupotę, panującą od lat, że nawet opłakany widok wyspy, zamieszkanej przez starych i zmęczonych ludzi, których dzieci żyją na innych szerokościach geograficznych, nie sprawi, że rząd kubański zmądrzeje. Wyobrażam sobie oskarżenia o „wyrzeczenie się państwowości”, „sprzedanie się imperializmowi” i „zdradę”, które usłyszymy w tych dniach w Instytucie Radia i Telewizji, dotyczące prezentera, który wyemigrował.

Oni nie wiedzą, że wraz z opuszczeniem kraju przez Carlosa Otero, my, którzy tu zostajemy, postrzegamy tę wyspę jako coraz bardziej pustą i okropnie nudną.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html