“Y” do władzy

vigilantes_combativos.jpg

Przeprowadzam proste i imienne badanie: Ile osób z Generacji „Y” obraca się dziś w mechanizmach władz kubańskich? Mam wrażenie, że jeśli podniosę kamień, zewsząd pojawiać się będą Yunieskys, Yordankas i Yusimí. Na ulicy odwracam głowę za każdym razem, gdy ktoś woła jakąś osobę o imieniu podobnym do mojego, ale nie widzę tej obfitości “igreków” na stanowiskach decydujących o losach kraju. Lista Zgromadzenia Narodowego (parlament kubański – przyp. tłum.), które zbierze się za parę tygodni, ledwie zawiera tę szacowną literę poprzedzającą „z”. Podobnie w przypadku kierowników, administratorów czy dyrektorów firm – i tam nie można znaleźć tego rozkapryszonego „igreka”.

A co gdybyśmy podnieśli krzyk z tego przedostatniego miejsca w abecadle, z tej ekstrawaganckiej litery, tak rzadko używanej w naszym języku hiszpańskim, tak, by dotarł do tych wpływowych samogłosek i spółgłosek w pierwszych rzędach. Powiemy im coś w stylu: „Czas „Igreków” nastąpił! Już czas, by alfabet zaczynał się od końca!”

Zmienić szyld

socialismo_o_muerte1.gif

Istnieją definicje, wytyczne i formy nazywania rzeczy, używane czysto mechanicznie, choć w rzeczywistości nie ma żadnego uzasadnienia ich nazewnictwa. Mówi się o obojętności społecznej, której nie udało mi się nigdzie napotkać, o suwerenności kontrastującej z naszą rzeczywistą zależnością od rynków zagranicznych i o ideologii, która nie ujawnia swych zasad wobec „pseudokapitalizmu państwa”.

Możemy mieć wciąż ten sam szyld nad drzwiami, ale to nie sprawi, że rzeczywistość będzie podobna do tego, co on głosi. Na przykład zdjęcie z góry – drzewo urosło i zakryło część opcji „Socjalizm albo śmierć”. Życie ostatecznie ośmieszyło ten ekstremalny wybór, jakiniesie slogan. Parę grubych, liściastych gałęzi ukryło znaczenie „przesłania” i stworzyło alternatywę inną od tego, co do nas krzyczano z trybuny w najcięższych latach „specjalnego okresu”.

Mała latorośl zagraża też zakryciem słowa „socjalizm”. Nie czas na zmianę szyldu?

Festiwal kina francuskiego

festival_cine_frances.jpg

Wielkie pytanie sobotniego wieczoru nie brzmi „co robić?”, tylko „jak zapłacić za rozrywkę, głownie w  pesos convertibles?”. Dla pary młodych ludzi fakt wyjścia do dyskoteki może oznaczać koszt przynajmniej dziesięciu “chavitos” (potoczne określenie pieniędzy, dawniej o równowartości pięciu peset hiszpańskich – przyp. tłum.). Tak oto prywatki i sobotnie filmy okazują się łaskawsze dla kieszeni. Moją rozrywką są spotkania z przyjaciółmi, przychodzącymi do domu, a czasem idę na malecón (promenada hawańska  – przyp. tłum.), który wciąż jest dostępny za darmo. Czasem dołączam się do młodych ludzi, spotykających się na skrzyżowaniu 23 i G, aby spędzić wieczór na rozmowach, śpiewie pełną piersią i spacerach „wte i wewte”.

Dlatego jestem szczęśliwa, kiedy nadchodzi Festiwal Kina Francuskiego i muszę uiścić tylko niewielką sumę dopłaty do dotacji, abym mogła rozerwać się przez parę wieczorów. To i owszem, ale nic z wypicia piwka po wyjściu z filmu “99 F” lub komedii „Pan jest naprawdę przystojny”, ponieważ to mogłoby oznaczać wydatek rzędu dziennego wynagrodzenia. Po seansie zatrzymujemy się na tyłach „Chaplina” rozmawiając albo idziemy do domu. Ogłoszenie tygodnia kina niemieckiego mnie uspokaja: przynajmniej przez parę dni rozrywka nie będzie jednoznaczna z popełnieniem harakiri.

Królestwo Adidasa

adidas.jpg

Języczek tenisówek Nike wywołuje na jej twarzy grymas wyższości nad moimi sandałami ze skóry syntetycznej, podczas gdy jej włoskie okulary kosztowałyby mnie miesięczną pensję. Z torebki, kupionej w Vía Uno, wyciąga papierosy marki Marlboro i oferuje mi, choć wie, że nie palę. Idziemy razem aż do jej domu w Cerro – mieszkania w kamienicy zamieszkałej przez siedem rodzin. Wchodzę do salonu, a jej nieskazitelne buty kłócą się z siedzeniem bez oparcia, bezkształtnym materacem, pokrytym szarym prześcieradłem i ścianami, które nie były malowane od śmierci dziadka. Oferuje mi kawę w filiżance bez uszka, ale tylko oniemiewam na widok złotego pierścionka na jej palcu wskazującym. “Yadira, ganię ją, z całą tą przesadą w ubieraniu się nie masz nawet własnej łazienki!”. Uśmiecha się i udaje mi się dostrzec w jej lewym kle wstawiony mały rubin.

Po wyjściu z jej domu popadam w niesłychaną mieszankę ostentacji i mizerii, która „zdobi” nasze ulice. Pośród obdrapanych wejść alei Reina widzę wyjście i wchodzenie Adidasów, Kelme’ów i Wilsonów, do moich nozdrzy dociera jednocześnie odór studzienek kanalizacyjnych, nie działających na całej długości chodnika, który wzmocniony jest zapachem nie do pomylenia – perfumami Christiana Diora. Kolejki na zewnątrz butików świadczą o ilości pieniędzy napływających poprzez przelewy, nielegalne działania czy redukcje środków, a które wspierają te „pawie”. Nikt nie chce być pozbawionym markowych ubrań, fałszywych czy oryginalnych.

Powiedzieli mi, że sklep Adidasa znajdujący się na rogu 1szej i D, w Vedado, jest oddziałem z największym poziomem sprzedaży na metr kwadratowy w całej Ameryce Łacińskiej. Do tego stopnia, że myślą o przeniesieniu go do większego lokalu, aby podwoić zyski. Niektóre z produktów w nim sprzedawanych kupują osoby bez dachu nad głową lub takie, które zajmują się żonglerką, by moc zarobić na jedzenie. Oni wolą nosić to, co „najcenniejsze”, na własnych ciałach.

Spod szkieł okularów UV, ubrana w podkoszulek Point Zero, z włosami pachnącymi L´Oreal, Yadira nie widzi odpadających kafelek w swojej kuchni i piór sterczących z materaca. Dla tych, którzy ją znają, jest wspaniałą młodą kobietą, noszącą markowe ubrania, a nie sąsiadką z biednego osiedla, gdzie każdego dnia nosi wodę do małej, wspólnej łazienki.

Dostosować się lub zmienić

gota-aceite.jpg

W mojej sowieckiej windzie (z epoki Breżniewa) z wyjścia bezpieczeństwa, znajdującym się na suficie, zaczął kapać tłuszcz. Te nieustanne opady nie kłócą  się ze stanem technicznym windy, wręcz przeciwnie, komponują się z odpadającym sufitem, obscenicznymi graffiti i przyprawiającym o dreszcze hałasem, który towarzyszy otwieraniu drzwi. Wielu sąsiadom ta kapryśna substancja zniszczyła ubrania i zatłuściła włosy; rozwiązaniem było znalezienie przestrzeni, gdzie może sobie spadać według upodobania. Od paru miesięcy nie może już wsiąść do tego zardzewiałego reliktu naraz sześć osób, trzeba zostawić miejsce dla kapiącego tłuszczu.

W ten sam sposób, w jaki ustąpiliśmy tej niesfornej kropli, akceptujemy fakt, że w kinie z sześcioma pięknymi szklanymi drzwiami tylko jedne są otwarte. Ten konformizm powoduje, że zgadzamy się na to, że po skończeniu filmu wszyscy muszą przeciskać się aby przejść przez skrzydło, będące częścią   przepastnego wejścia. Podobnie przyzwyczailiśmy się do tego, że ekspedienci w sklepie źle nas traktują, produkty docierają przestarzałe i że punkty usług pogarszają się krótko po otwarciu. To wszystko z tym samym przyzwoleniem, z którym obserwujemy zaniedbywanie naszych praw obywatelskich.         

Bycie zobojętniałym jest w modzie. Oto więc sześciu sąsiadów i ja zaczęliśmy wierzyć, że tłuszcz z windy jest dobry na porost włosów, a plamy, jakie zostawia na ubraniu, są bardzo ładne. Jeśli kropla z mojej sowieckiej windy oczekuje naszej ingerencji, może być spokojna: damy jej kapać w spokoju. Kto wpadnie na szalony pomysł, by starać się zmieniać stan rzeczy? 

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Wymuszony półmrok

bombillo.jpg

Przed dwoma laty do drzwi zapukali pracownicy socjalni. Przyszli, żeby wymienić tradycyjne żarówki na inne, energooszczędne, w ramach bombastycznej kampanii pod pseudonimem „Rewolucja Energetyczna”.  Mi podobało się ciepłe i żółte światło, jakie dawała lampa w salonie, ale szybka inspekcja wytrenowanych młokosów ujawniła rozrzutność elektryczności i musiałam się podporządkować. W zamian dali mi inną, o bladej poświacie, która wytrzymała trzy tygodnie. Moje oczy ucieszyło to krótkie życie ekonomicznej żarówki, bo wieczorami nie dało się rozróżnić detali skąpanych w jej przytłumionym świetle.

Aby zastąpić tą zepsutą musiałam zrobić maraton po sklepach dewizowych, gdzie nie sprzedają już wyklętych tradycjonalnych żarówek, tych, które przez cale życie mieliśmy na stoliku nocnym. Zrezygnowana stanęłam przed wyborem kupna krótkowiecznych światełek punktowych lub innych, zwanych „zimnym światłem”, które nadają pokojowi wygląd sali operacyjnej. Ale od dwóch miesięcy nie pojawiają się nawet one. Nie ma żadnego typu żarówek w hawańskich sklepach.

Niczym żart brzmi to, co mówią mi sprzedawcy – statek przywożący je z Chin jeszcze do nas nie dotarł. Obwieszczają mi, że w małym sklepiku w dzielnicy Cerro sprzedają jakieś, czemu towarzyszy tumult kupujących. Krótki rzut oka na moje mieszkanie wskazuje, że „strefy cienia” przeważają już nad oświetlonymi. Jeśli więc kaprysy dystrybucji się utrzymają, będę musiała wyostrzyć swój zmysł przestrzenny, bo inaczej będę się zderzać z każdym meblem.

Jednak, o czym nie wie nikt , i co piszę tylko w prywatnym pamiętniku jak ten, udało mi się ukryć przed pracownikami socjalnymi egzemplarz ściganych żarówek. Jedną okrągłą i trwoniącą energię, która towarzyszyła mi przez ponad pięć lat żółtawą poświatą swoich 40 watt. Nie chodzi o to, że marnotrawstwo elektryczności mnie cieszy, ale chcę wierzyć że przynajmniej mogę decydować, jaki typ oświetlenia towarzyszy mi podczas czytania, jedzenia kolacji i oglądania telewizji.
 
Trzymam się twardo żarówki jak sztandaru, jakby mogła ona oświetlić i rozjaśnić nie tylko mój salon, ale także idiotyzm handlowców i woluntaryzm kampanii energetycznych.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Męskie sprawy

caribe_orbita11.jpg

W tym Hawańskim Centrum przystojniaków* i burzycieli, gdzie się urodziłam, nauczyłam się, że istnieją limity, których kobieta nigdy nie powinna przekraczać. Spędziłam życie naruszając te zabawne zasady „macho”, ale dziś – już bez wyjątków – podporządkuję się jednej z nich.

Dokładnie mówiąc, tej, która najmniej mi odpowiada. Tej, która stwierdza: ”kobieta potrzebuje mężczyzny, który będzie ją reprezentować i stawi czoła temu, który ją atakuje i znieważa. Czując się atakowana przez kogoś, kto ma nieporównywalnie więcej siły niż ja, a ile dwa razy tyle lat, a poza tym, jak mawiały moje sąsiadki z okresu dzieciństwa, jest „kwintesencją męskości”, postanowiłam, że tym, który mu odpowie będzie mój mąż, dziennikarz Reinaldo Escobar.

Mam na myśli obraźliwe komentarze, jakie Fidel Castro wygłosił o mnie w prologu książki “Fidel, Bolivia y algo más” („Fidel, Boliwia i coś jeszcze – przyp. tłum.). Nawet tak „znaczący” atak nie sprawi, że porzucę swoje postanowienie nie wchodzenia w krąg riposty i obrony własnej. Z przykrością  muszę zakomunikować, że wciąż pozostaję skoncentrowana na temacie „Kuba”.

Zostawmy kłótnię Reinaldo i Fidelowi. Ja, mimo plotek, będę kontynuować moja „kobiecą” pracę tkania obdartego gobelinu naszego społeczeństwa.

Przystojniacy z mojej dzielnicy będą wiedzieć, że „czegoś” się od nich nauczyłam.

*Proszę nie mylić kubańskiego przystojniaka z dobrze wyglądającym i eleganckim mężczyzną. To mogłoby nas kosztować spoliczkowanie lub – w gorszym przypadku – bijatykę. 

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html