Śmiertelne ogłoszenie

Sześć lat. Minęło aż tyle i tylko tyle. Z siedmiu nazwisk wymienionych w „Proklamacji Komendanta Głównego do narodu Kuby” tylko trzy zostały nietknięte. Zupełnie jakby tamten tekst nie był jedynie informacją o chorobie Fidela Castro, ale również rodzajem przekleństwa, które spadło na wyżej wymienionych. José Ramón Balaguer, którego schorowany człowiek postawił na czele Narodowego i Międzynarodowego Programu Opieki Zdrowotnej, opuścił stanowisko w tym sektorze w połowie 2010 roku. Wobec śmierci dziesiątek pacjentów szpitala psychiatrycznego w Hawanie, spowodowanej głodem i zimnem, ten bezkompromisowy funkcjonariusz został przeniesiony na inne stanowisko, być może po to, by uniknął procesu sądowego. Inny ze wspomnianych, Carlos Lage, stracił w sposób spektakularny pozycję Sekretarza Komitetu Wykonawczego w Radzie Ministrów. Przez wielu analityków był postrzegany jako możliwy sukcesor „na tronie kubańskim”, a jego obalenie było ciężkim ciosem dla tych, którzy wspierali linię reform wewnątrz samego rządu.

A co powiedzieć o Felipe Pérez Roque? Przydzielono mu w tym ogłoszeniu, czytanym wielokrotnie tego wieczoru 31 lipca 2006 roku, zarządzanie funduszami programów opieki zdrowotnej, edukacji i energii. Minęło zaledwie dwadzieścia miesięcy, a już oskarżono go o uzależnienie się od „słodyczy władzy”. Czar Proklamacji osiągnął efekt odwrotny od zamierzonego: w miejsce pięcia się w górę odnotowano upadek. Ten sam palec, który wskazał tych ludzi jako wiernych kontynuatorów swojego dzieła, później wskazywał na nich jak na zdrajców. Stare przysłowie, mówiące o tym, że bliskość władzy jest tak samo opłacalna, co niebezpieczna, szybko okazała się prawdziwa. Inny z wymienionych, Francisco Soberón, prezes Banku Centralnego, również został zastąpiony; wyszedł tylnymi drzwiami, po to, by, jak mówią niektórzy, spisać wspomnienia lub, jak zapewniają inni, by uniknąć publicznej kary.

Jedynie trzy osoby wspomniane w tamtym ostrzegawczym tekście nadal pozostają nietknięte. Jednym z nich jest José Ramón Machado Ventura, który zamienił się w drugiego człowieka u steru. Esteban Lazo również zachował stanowisko, ponieważ nauczył się, że nie należy nigdy świecić własnym światłem. Trzecim z tych, którzy „przeżyli” jest sam Raúl Castro. Główny beneficjent z „proklamacji-testamentu”, były minister Sił Zbrojnych jest też przez ten testament najbardziej przeklęty. Na jego konto trafiają bowiem nie tylko jego własne błędy, ale również błędy jego brata: spóźnione reformy, masowe zwolnienia, marabú, który dalej rośnie wzdłuż drogi, cięcia w podstawowym koszyku, przeklęta szklanka mleka, która nadal nie chce się zmaterializować na naszych stołach i jeszcze wiele innych rzeczy. Nie zdziwiłabym się, gdybym w najbliższych dniach usłyszała nową proklamację, w której Generał Prezydent zdaje swoje obowiązki na ręce kogoś o tym samym nazwisku. Kolejnego przeklętego prezydenta narodowej historii.

tłumaczenie: Karolina Popović

redakcja: Anna Pawłowska

Nakryto do stołu

Mimo, że dziennikarstwo poprzez swój bezpośredni związek z rzeczywistością i aktualność wydarzeń pochłonęło mnie dużo bardziej niż filologia, wiąże się też z nim gorzka prawda, której wolałabym sobie oszczędzić. Jedna z nich dotyczy konieczności oglądania wiadomości państwowych, pozostawania w zależności od wszelkich deklaracji rządowych i oczekiwania na kolejne publiczne przemówienie władz. Czasami, wspominam z nostalgią moje poprzednie życie, kiedy wyłączałam telewizję, wyciszałam głos i za nic na świecie nie obchodziły mnie żadne pseudouroczystości. Ale te czasy minęły. Wciąż usilnie otaczam się ludźmi, którzy nie mają pojęcia, ani jaki dziś dzień tygodnia, ani czy tego roku już odbyło się posiedzenie Zgromadzenia Narodowego czy nie. Otaczam się osobami, które unoszą się bezładnie w otaczającej je rzeczywistości, w informacyjnej próżni, i których apatia przeobraża się w najlepszą dla władzy hodowlę bakterii.

Wczoraj, w czwartek rano, zmusiłam się, żeby wysłuchać przemowę pierwszego wiceprezydenta Rady Państwa i Rady Ministrów. Od kilku poprzednich tygodni, ulica grzmiała od pogłosek, że 26 lipca tego roku zostanie ogłoszona zamrożona dotychczas reforma migracyjna. Jednak, wystarczyło tylko sprawdzić, kto danego dnia miał zająć miejsce przy mównicy, a był to José Ramón Machado Ventura, i już wiadomo było, że nie będzie więcej nowin większego kalibru. Zamiast tego, skrajny polityk oświadczył, że „wrogowie Rewolucji, zarówno ci atakujący od środka jak i ci z zewnątrz – swoją krytykę wobec opieszałych reform ukrywają stosują jako przykrywkę dla swoich prawdziwych zamiarów przywrócenia na Kubie reżimu z haniebnego okresu do 1959”. Wedle mniemania tego pana, krytykujący Raula za powierzchowność i opieszałość jego reform, w rzeczywistości jawią się jako podstępni kłamcy porównywalni do samego Batisty. W takim razie, chyba jest ich wielu, bo nie słyszałam nikogo, komu by odpowiadało tempo zachodzących przemian. Szacuję liczbę wewnętrznych „wrogów” – zgodnie z ekstremistyczną terminologią – na około 11 milionów osób.

Kiedy już miałam wyłączyć telewizor, wpadło mi w ucho zdanie Raula Castro mówiącego „już nakryto do stołu”, ażeby prowadzić dialog ze Stanami Zjednoczonymi. Zdanie odzwierciedlające oportunizm oraz chęć przypodobania się zagranicy…w gruncie rzeczy obraźliwe dla nas wszystkich, którzy marzą o całkowicie niezależnej Kubie. Jak to możliwe, żeby rząd był otwarty na dialog z zagraniczną administracją, jednocześnie zatykając sobie uszy przed jakąkolwiek krytyką wyłaniającą się z jego własnego podwórka? Jakim cudem, system uznający taką krytykę za skrajnie „antyimperialistyczną”, woli zasiąść przy stole ze swoim sąsiadem z Północy, niż wysłuchać głosu własnych obywateli? Skrajności ostatecznie zawsze się zejdą i w tej pięćdziesięcioletniej batalii przeciwko Waszyngtonowi, polityka braci Castro zależała bardziej od woli Białego Domu niż głosu narodu.

No nic, czasem chciałabym wrócić do czasów, kiedy nie włączałam telewizora, nie słuchałam przemówień, ani nie śledziłam państwowych deklaracji. Czasów, kiedy nie wiedziałam, czy dziś mamy 26 lipca czy 15 sierpnia, ani nie słyszałam lokalnych polityków mówiących o ojczyźnie jak o obrusie, talerzu czy łyżce.

 

Spoczywaj w wolności, Oswaldo Payá

Oswaldo Payá (1952 – 2012)

Nikt nie powinien umierać, zanim nie spełni swoich snów o wolności. Wraz ze śmiercią Oswaldo Payá (1952 – 2012), Kuba ucierpiała po dwakroć, doznając ogromnej stratyę w teraźniejszości i niezastąpionego braku w przyszłości. Minionej niedzieli odszedł nie tylko przykładny człowiek, kochający ojciec i gorliwy katolik, ale również obywatel istotny dla tego społeczeństwa. Jego wytrwałość towarzyszyła mu od czasów gdy był nastolatkiem, kiedy to zdecydował się nie kryć swoich szkaplerzy, jak czyniło to wielu, a w zamian za to manifestować swoją wiarę. W 1988 roku jego obywatelska odpowiedzialność ugruntowała się w założeniu Chrześcijańskiego Ruchu Wyzwolenia, a lata później w inicjatywie znanej jako Projekt Varela.

Pamiętam, jakby to było dziś, zdjęcie Payá na zewnątrz Zjednoczenia Narodowego Władzy Ludowej 10 marca 2002 roku. Pudełka z 10 tysiącami podpisów na jego ramionach, które przedstawiał niesławnemu kubańskiemu parlamentowi. Oficjalną odpowiedzią była reforma prawna, patetyczna „mumifikacja konstytucjonalna”, która związywała nas w sposób „nieodwołalny” do obecnego systemu. Ale dysydent tysiąca i jednej bitwy nie dał się zniechęcić i dwa lata później wraz z inną grupą aktywistów przedstawił jeszcze 14 tysięcy rubryk. Uzyskali tym samym pozwolenie na referendum w sprawie pozwolenia na wolność zgromadzeń, słowa, prasy, gwarancji ekonomicznych i amnestii, która miałaby uwolnić więźniów politycznych. Z charakterystyczną dysproporcją rząd Fidela Castro odpowiedział falą aresztowań podczas Czarnej Wiosny 2003 roku. Ponad 40 członków Chrześcijańskiego Ruchu Wyzwolenia zostało skazanych na więzienie tego pamiętnego marca.

Chociaż nie został on aresztowany podczas tych wydarzeń, Payá cierpiał przez lata z powodu bezustannej obserwacji swojego domu, arbitralnych aresztowań, wieców wykluczenia i gróźb. Nigdy nie stracił ani minuty okazji, by mówić o sytuacji więźniów, ani o niesprawiedliwości wobec nich. Nigdy nie widziałam, by się załamał, krzyczał czy obrażał swoich politycznych przeciwników. Zostawia po sobie dla nas wielką lekcję ekumenizmu, pacyfizmu, etyki ponad podziałami, przekonanie, że za pomocą akcji obywatelskich i odpowiedniego prawa Kuba może być nam bliższa. Spoczywaj w pokoju, a może lepiej, spoczywaj w wolności.

 tłumaczenie: Karolina Popović

redakcja: Anna Pawłowska

Silikonowa wyspa


 

„Te implanty mi wszczepił jeden doktor podczas swojego dyżuru”, opowiada, dotykając z dumą przez bluzę swojego biustu. Po chwili demonstruje swój tyłek i ze skwaszoną miną dodaje „ten mi już tak nie pasuje, bo chirurg jeszcze nie nabrał praktyki”. Kiedy ją pytam, skąd wytrzasnęła silikonowe implanty, które wyraźnie wyraźnie rysują się na jej ciele, odpowiada, że „nosi tylko markowe rzeczy” i dlatego poprosiła swojego chłopaka Włocha, żeby je jej przywiózł. „Kolejna część już nie była taka trudna do załatwienia, no sama wiesz, wystarczyło zapłacić doktorowi, żeby zrobił operację”. Zwierzam się jej, że nie jestem za bardzo w temacie, sale operacyjne napędzają mnie strachem i już od dawna pogodziłam się ze swoim pozostawiającym wiele do życzenia odbiciem w lustrze. Jednak mimo wszystko, dalej drążę temat, a ona tylko potwierdza to, co już wcześniej podpowiadała mi intuicja: funkcjonowanie nielegalnego podziemia chirurgów plastycznych, którzy wykonują swoje zabiegi w tych samych szpitalach, w których normalnie przeprowadza się darmowe operacje.

 

Praktyka ta przyjęła się pod koniec lat dziewięćdziesiątych i początkowo z tego rodzaju usług korzystały głównie prostytutki, których zagraniczni sponsorzy pokrywali wszelkie koszty. Obecnie jednak, trend ten udzielił się zarówno kobietom jak i mężczyznom, którzy są gotowi zapłacić fortunę, żeby osiągnąć sylwetkę swoich marzeń. Zazwyczaj, idą do szpitala przedstawiając fałszywą historią choroby, a po kilku godzinach są odsyłani z powrotem do domu z zaleceniem wypoczynku. W rejestrze szpitalnym nie ma ani śladu po przeprowadzonych zabiegach, a na dodatek personel szpitalny w dużej części sam bezpośrednio zaopatruje się w sprzęt medyczny na czarnym rynku. Wszystko musi się odbyć bez najmniejszej usterki, ponieważ jakakolwiek reklamacja ujawniłaby sieć zamieszanych osób. Dyskrecja to podstawa, a pacjent rzadko kiedy zostaje pod obserwacją, żeby nie doszło do jakichś komplikacji. „Jesteśmy dorośli, więc każdy jest odpowiedzialny za siebie”, doktor ostrzegł moją znajomą zanim znieczulenie zaczęło działać.

 

Implanty piersi, których cena waha się w granicach od 750 do 900 wymienialnych peso, są najbardziej pożądanym towarem w podziemiu chirurgicznym. Na stronach takich jak Revolico.com każdy może znaleźć rozmiar dla siebie oraz nabyć implanty najpopularniejszych marek, tj. Mentor i Femme. W cenie od 500 do 700 wymienialnych peso powinna też się zamknąć „robocizna”, oczywiście jeżeli mowa o fachowcach. Niektórzy początkujący w zawodzie obniżają cenę za usługę, ale wówczas jej efekt końcowy pozostawia wiele do życzenia. Dla kubańskiego chirurga, którego miesięczna pensja sięga zaledwie 30 wymienialnych peso, możliwość dodatkowego zarobku dzięki operacjom plastycznym wydaje się bardzo kusząca. Naturalnie, zdaje sobie sprawę, że jeżeli sprawa wyjdzie na jaw, zostanie mu odebrane prawo wykonywania zawodu. Dlatego też, lekarze otaczają się siecią kontaktów sięgającą aż administracji i dyrekcji szpitala. Zaangażowani są wszyscy, od noszowych i wizażystów po pielęgniarki i urzędników ds. zdrowia publicznego. Najgorsze, co może się przytrafić, to śmierć pacjenta na stole operacyjnym; wówczas trzeba mu na prędko wymyślić jakąś chorobę, żeby uzasadnić powód zgonu.

 

Kilka tygodni temu, blogerka Rebeca Monzó ujawniła na Twitterze jeden ze skandali dotyczących nielegalnej chirurgii. Tym razem za scenerię robił szpital Calixto García, ale równie dobrze mogło się to zdarzyć w każdym innym miejscu. Bez wchodzenia w szczegóły zdarzenia, mowa jest o ukrytej sali przeznaczonej dla pacjentów zagranicznych i Kubańczyków, których stać na kosztowny zabieg. Krążą plotki, że sprawa wyszła na jaw, kiedy świeżo operowana turystka dostała krwotoku na lotnisku przed wylotem z Kuby, ale równie dobrze może to być tylko legenda. Pewne jest jednak, że tak jak reszta naszej rzeczywistości, medycyna również żyje własnym życiem na dwóch zupełnie różnych poziomach. Pierwszy, obejmuje pacjentów, których nie stać na prezenty czy płacę dla lekarzy. Drugi, z kolei, dotyczy tych, którzy w każdej chwili są gotowi wykosztować się na dany zabieg. Pieniądze mogą przyspieszyć czas oczekiwania na zabieg i polepszyć jego jakość, ponadto dzięki nim cała aparatura medyczna staje się natychmiast dostępna.

 

Wszystko zaczyna się od mydła, które dajemy w prezencie naszej dentystce w podziękowaniu za wyleczenie próchnicy, a kończy się na wysterylizowanej sali, w której zagraniczna turystka dokonuje aborcji lub Kubanka funduje sobie parę nowych piersi.


Żal mi przegranych biurokratów

Nie żal mi przegranych burżujów.

I kiedy myślę, że będzie mi ich żal,

Zaciskam zęby i zamykam oczy…

Nicolás Guillén

Nie widziałam go przez lata. Niemal pół dekady. Chadzaliśmy razem do kina, kiedy ja miałam siedemnaście lat, a na wielkim ekranie kina Yara wyświetlano film “JFK”. Pierwsze dźwięki jego gitary rozbrzmiewały w salonie naszego domu, w dniu, który mam jeszcze w mojej pamięci. Pamiętam go też z tych ciężkich lat, kiedy zbierał z podłogi niedopałki, by zrobić sobie papierosa owiniętego w cienki papier książek telefonicznych. Śmialiśmy się, chociaż były to czasy braków, wielkich braków, bo mieliśmy luksus bycia paczką przyjaciół, pełnych wyobraźni, solidarnych… rewolucyjnych. Później nasze drogi się rozeszły, jak to często się zdarza. Jego ojciec miał sporo pieniędzy, a rodzinie nie podobało się to, że zadaje się „z tymi szalonymi opozycjonistami z 14. piętra”. Ostatni raz, kiedy go spotkałam, prowadził markowy samochód i mieszkał już w Vedado.

Zadzwonił kilka dni temu. Uprzejmy i serdeczny jak zawsze, starał się przybliżyć słowami przyjaźń, którą odległość i brak kontaktu osłabiły. Powiedział, że jego ojciec stracił posadę w jednej z tych fali walki z korupcją. Nie wsadzono go do więzienia, ale kazano przejść na wcześniejszą emeryturę zanim skończy przed sądem. Cała ta sieć wpływów i powiązań, tworzona przez całe lata przez poklepywanie się po ramionach z funkcjonariuszami i ambasadorami, zawaliła się. Ktoś, kto kiedyś był zaufanym człowiekiem, przechodzi kryzys emocjonalny; niektórzy sąsiedzi przestali mówić mu dzień dobry, a koledzy z Ministerstwa odwrócili się do niego plecami. Przestał być gwiazdą partii w swoim Komitecie Obrony Rewolucji, a stał się przedmiotem kontroli szefa służby bezpieczeństwa.

Jakby mało było tych nieszczęść, nasz stary znajomy powiedział nam, że zdiagnozowali u ojca, wśród całego tego zamieszania, raka. Jest teraz w trakcie leczenia i „musi stać w kolejce po cytostatyki jak każdy inny pacjent… już po przywilejach”, jak powiedział nam głos przez telefon. Ledwie starcza mu pieniędzy na benzynę, a jego żona nagle się postarzała. Żal mi się zrobiło jego rodziny, ale pomyślałam sobie jednocześnie, że teraz doświadczają na własnej skórze, z zupełnie innych powodów, tego, czego ci „szaleńcy z 14. piętra” doświadczali przez lata: stygmatyzacji, spoglądanie za siebie, śmiechu informatorów, bezsilności. Naprawdę żal mi tych przegranych biurokratów.

tłumaczenie: Karolina Popović

redakcja: Anna Pawłowska

Hydraulicy i informatycy

Zdjęcie zaczerpnięte z Internetu

Wszystko było zaplanowane od tygodni. Uciekniemy poza miasto, wyłączymy nasze telefony komórkowe, żeby Służba Bezpieczeństwa nas nie namierzyła i odpoczniemy po raz pierwszy od pięciu lat. Gdy już mieliśmy wychodzić i rozpocząć nasze dwudniowe wakacje, pękła rura w ścianie i zaczęła zalewać sąsiadkę z dołu. „To zły znak” powiedziałam do Reinalda. Zatkaliśmy nieszczęsny wyciek i byliśmy gotowi, by spędzić 48 godzin z dala od jakiejkolwiek klawiatury, ekranu czy myszki. Wybiegliśmy z domu, żeby przypadkiem nie pojawiło się znowu coś nieprzewidzianego… Niestety złe wiadomości zawsze trafią do człowieka jakby drogą telepatii, by zatrzymać go chociażby na drodze wirtualnej. Ledwie udało się nam spędzić dzień „dekompresji” od stresu dnia codziennego, dowiedzieliśmy się, że cały portal Desdecuba.com był nieczynny. W tym przypadku nasze zdolności hydrauliczne na nic się nie zdały, bo poprawienie niesprawnego serwera to nie to samo, co zapobiec wyciekowi.

Wróciliśmy do miasta z poczuciem winy, że nasza nieobecność została wykorzystana przez jakiegoś hakera, by zrobić nam coś takiego. Najbardziej przerażające w tym wszystkim jest to, że przy w miarę wydajnym połączeniu internetowym ja sama mogłabym poprawić sytuację w krótkim czasie. Rzeczywistość zaprzecza tym wszystkim teoriom o konspiracji, która wiąże ten dziennik z tyloma „wpływowymi” i „wyrafinowanymi”. W momencie, w którym pojawia się prosty problem techniczny, oczywiste stają się brak umiejętności i bezradność pomagającej mi grupy ludzi. To, czego ci „teoretycy konspiracji” nie biorą pod uwagę, to solidarność obywatelska, która w takich chwilach wystawiana jest na próbę. To jest bez wątpliwości mój najcenniejszy kapitał i najbardziej efektywna pomoc, jaką otrzymuję.

Maria, tłumacz na angielski, zadzwoniła do Karen, swojej przyjaciółki informatyka, a ja wysłałam jej na e-maila wskazówki, które, jak sądziłam, mogły rozwiązać problem. Co za komplikacje! Jakby nie było łatwiej mieć od początku blog ulokowany na krajowym serwerze i liczyć na lokalne połączenie internetowe, które umożliwiłoby mi poprawienie błędu. Ale nie. Życie Kubańczyków zawsze musi być bardziej skomplikowane. Portal z opiniami różnymi od tych, które podają oficjalne media nigdy nie mógłby liczyć na URL z rozszerzeniem „.cu”, a mój upragniony urlop będzie musiał poczekać na lepszy moment.

Prawdą jest to, że GY wróciła do życia dzięki pracy wielu takich obywateli jak ja. Nie było to tak proste jak naprawienie pękniętej rury, ale wystawiło na próbę pomysłowość i przyjaźń wielu. Dziękuję!

tłumaczenie: Karolina Popović

redakcja: Anna Pawłowska

O pracujących na własny rachunek i paczkach

Pieprzniczka zrobiona jest z rzeźbionego drewna, a na stojącym na stole pojemniku z sosem napisane jest zielonymi literami “Sedano´s”. Prywatna restauracja czeka na dostawę, która dotrze w sobotę w ogromnym transporcie przywożonym przez „muły”. Jeżeli dostawa spóźni się choć jeden dzień, wielu dań oferowanych w menu nie będzie można zamówić, ponieważ spora część „przypraw, garnków, nakryć stołowych, śmietany a nawet kawy” dostarczana jest z Florydy, jak wyjaśnia mi właściciel lokalu. Od momentu otwarcia restauracji utrzymali się oni dzięki dopływowi towarów i żywności, które docierały na lotnisko w Hawanie. „Nie to, że nie podobają się nam lokalne produkty, chodzi o to, że nigdy nie ma ich stałej dostawy, ani nie są one odpowiedniej jakości. Musimy kierować się tym, co jest pewne”, mówi mi kucharz, otwierając w tym czasie paczkę importowanego makaronu.

Niepokój szerzy się wśród małych przedsiębiorstw prywatnych, które powstały na przestrzeni kilku ostatnich lat. Nie wiadomo ilu z 387 275 pracowników na własny rachunek, którą to ilość wyliczono pod koniec maja, jest zależnych od zawartości walizek podróżnych. Manikiurzystce potrzebne są lakiery i zmywacz do paznokci, które wysyła jej jakiś krewny z Miami, a człowiek, który zajmuje się organizowaniem przyjęć dla dzieci otrzymuje balony i cukierki od brata żyjącego w Orlando. Teraz ta sieć na wpół alternatywnego handlu zaczyna być zagrożona przez nowe przepisy celne. Pierwszy z nich wszedł w życie 18 czerwca br. i przywrócił podatki na import żywności. Środek prawny, który w wielu krajach na świecie jest jednym z elementarnych przepisów, zamienia się w hamulec rozwoju małych firm w przypadku kraju, któremu brakuje środków żywności i rynku hurtowego i gdzie występują wysokie koszty produktów żywnościowych. Jeśli udało się nam zobaczyć wysyp kawiarenek na głównych ulicach stolicy i zapełnianie się żółtych stron ogłoszeniami, umożliwiły to paczki przysyłane z Północy.

Sytuacja stanie się trudniejsza w momencie, kiedy wejdzie w życie regulacja prawna ogłoszona w ten poniedziałek, według której od 3 września bieżącego roku nałożony zostanie podatek od importu materiałów użytku własnego, których wartość przekracza 50 kubańskich pesos. Jest to spory cios dla pracujących na własny rachunek i dla tych wszystkich Kubańczyków, których dieta i odzież miały się lepiej dzięki tym zagranicznym produktom. Jeżeli celem tych zmian jest większa efektywność w pobieraniu podatku celnego i uregulowanie prawne tego, co wymyka się spod kontroli, rząd prawdopodobnie osiągnie swój cel. Będzie to jednak miało negatywny i natychmiastowy wpływ na rozwój sektora prywatnego. Nic więc dziwnego jeśli za parę dni usłyszymy od wielu pracowników prywatnych zdania typu „już nie wykonujemy tych prac, bo jeszcze nie doszła do nas paczka z potrzebnymi materiałami” czy „to danie serwowaliśmy kiedyś, kiedy „muły” przychodziły częściej”. I dopiero wtedy uświadomimy sobie prawdziwe znaczenie tego handlu, bezcennego i niezbędnego, który podróżuje wewnątrz walizek.

———————————————-

Jeżeli koncept „mułów” istnieje na świecie jako określenie kogoś, kto przemyca narkotyki, na Kubie odnosi się do kogoś, kto wysyła, w szczególności ze Stanów Zjednoczonych, paczkę, która zawiera w większości przypadków ubrania, buty, konserwy, sprzęt AGD, jedzenie w proszku, leki i przedmioty gospodarstwa domowego. „Muł” otrzymuje miesięczną płacę a także często zwrot kosztu biletu, będącego częścią kontraktu podpisanego z zatrudniającą go agencją.

tłumaczenie: Karolina Popović

redakcja: Anna Pawłowska