Przerwa techniczna

Drodzy czytelnicy polskiej strony Yoani Sanchez!

Chciałabym poinformować, że z powodów osobistych muszę zawiesić na kolejne dwa miesiące tłumaczenie tego blogu. Jeśli to komuś pomoże, nadal dostępne będzie angielskie tłumaczenie. Polska wersja ruszy ponownie od ostatniego tygodnia września. Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie i dziękuję za wyrozumiałość.

 

Karolina Popović

Reklamy

Przekroczyć limity

 Siedem miesięcy po tym, kiedy w ponurym komisariacie oświadczono mi „przekroczyła pani wszelkie limity”, nadal jeżdżę do Pinar del Río, by prowadzić Podróż Blogera. Zakaz zgromadzeń tamtego 6 grudnia, zamiast położyć koniec wirusowi wyrażania swoich opinii online, wywołał – u wielu – chęć zarażenia się.

Zostawiam wam kilka zdjęć z niedzieli na zachodzie kraju, kiedy uczyłam o wnętrzu WordPress i sposobach, by aktualizować blog.

itinerario_01

itinerario_021

itinerario_03

itinerario_04

tłumaczenie: Karolina Popović

Nowy typ oszczędności

ducha_electrica

 

Jeden sklep na ulicy Neptuno zamknięto wczoraj, by nie włączać klimatyzacji po przekroczeniu surowego planu zużytych kilowatów. W pięciogwiazdkowym hotelu opowiada się turystom o naprawie urządzeń klimatyzacyjnych, choć w rzeczywistości wyłącza się je po to, by elektryczny licznik nie kręcił się tak szybko. Pracujący w obu miejscach oddychają dusznym powietrzem a niewielu klientów odważa się na zakupy na dużym rynku lub zostanie w lobby luksusowego miejsca zakwaterowania.

 

Wszędzie słychać wachlarze, w planie oszczędnościowym, który kosztuje kraj cyfrę, której prasa nie publikuje. Panie domu unikają dołączenia się do tej klejącej atmosfery sklepów w wymienialnych pesos; ci, którzy chcieli zdeponować pieniądze w banku uciekają po spędzeniu pół godziny we wnętrzu oddziału bez okien; kafejki odnotowują spadek obrotów; prywatni właściciele kantorów mają okres żniw, bo CADECAS (Państwowy Punkt Wymiany Walut – przyp. tłum.) zamykają w południe a w kinach nie wiadomo, czy krzyczeć przez monstrum, które chce pożreć bohatera, czy z powodu nieznośnego gorąca. Każdej kropli zaoszczędzonego paliwa odpowiada nieoceniona strata w przyjęciu dewiz, co zdaje się nie być wzięte pod uwagę w tym „nowatorskim” planie oszczędnościowym.

 

Podjęte środki pochodzą z pewnością z któregoś klimatyzowanego biura „tam z góry”; przyszły do głowy tym, którzy – o trzeciej po południu – nie muszą czekać na dokument w miejscu gdzie zbiera się i poci ponad dwadzieścia osób. Chciałabym wysunąć architektom tego programu propozycję, by rozszerzyli te cięcia na pewne nietykalne miejsca, gdzie termometr wciąż wskazuje mniej niż 25 stopni. Byłoby dobrze poprosić na przykład członków Zgromadzenia Narodowego – którzy zbierają się pierwszego sierpnia – by dotarli na posiedzenie za pomocą transportu publicznego, by nie zużywać benzyny w swoich przydzielonych autobusach. Powinni, zgodnie z ograniczeniami dostaw prądu, z którymi żyjemy my wszyscy, debatować przy świetle świec, wypić ciepły napój w przerwie i ograniczyć swoją sesję do kilku godzin, by uniknąć wydatków na użycie mikrofonu i transmisję telewizyjną. Jednomyślna zgoda i zagorzały aplauz – które pojawiają się zawsze – nie wymaga dużo czasu na zebranie ani rozkoszy odprężającej klimatyzacji.

ducha_electrica2

tłumaczenie: Karolina Popović

Ocalona

pilon

 

Prezentuję wam dziś najstarszą neonową reklamę z mojej dzielnicy w Centro Hawana. Wraz ze swymi czerwonymi literami, reklama zachęca do wypicia filiżanki kawy Pilón, chociaż w tym lokalu oferuje się teraz jedynie ciepłe pomyje z niezidentyfikowanego proszku.

 

Zaskakujące, jej struktura przetrwała kamienie rzucane przez dzieci i intencję państwową, by wymieść wszystkie marki przypominające nam o przeszłości. Ta „skamielina” nadal wisi na ulicy Galiano, chociaż jej wewnętrzne światło od lat nie jest w stanie się zapalić a na małej ladzie poniżej już nie można napić się kawy bez cieciorki.

tłumaczenie: Karolina Popović

Kurczak za rybę

la_sardina

 

W sobotę rano dowiedziałam się, że dostarczono kurczaka na rynek towarów racjonowanych i poszłam do sklepu mięsnego, gdzie zazwyczaj sprzedaje się jajka i picadillo z soi (picadillo jest potrawą typową dla państw Ameryki Łacińskiej, najczęściej z siekanej wołowiny – przyp. tłum.) Jednak nie było żadnego klienta. Pracownik, milcząc w stylu tych, którzy obsługują klientów, wskazał mi palcem na setkę osób, stojących w kolejce przed sklepem rybnym.

 

Już od dawna brakuje produktów morskich i naturalne źródła pozyskania fosforu są zaginione bardziej niż arka z filmów o Indiana Jonesie. Dlatego na kwadraciku, na którym powinni zaznaczać porcję makreli czy morszczuka, zapisują teraz udko i podudzie z kurczaka. Spędziłam dwie godziny w oczekiwaniu i w końcu weszłam do tego miejsca, gdzie nie pozostaje już nic z zapachu wybrzeży Afryki, gdzie kubańska flota połowowa łapała ryby, tam… w wyidealizowanych czasach realnego socjalizmu.

 

Sprzedawczyni stała na dywanie z kartonów, gdzie można było przeczytać – z całą jasnością – pochodzenie produktu: „Made in USA”. Staruszkowi o niewyparzonym języku nie umknął ten detal i skomentował on: „Te amerykańskie kurczaki na pewno są dobrze odżywione”. Pani wzięła naszą książeczkę z kartkami, gdzie sprecyzowano, że jest nas trójka, wrzuciła na wagę 33 uncje – bez piersi – i powiedziała mi, że cena wynosi jeden peso i pięćdziesiąt centavos. „Kiedy przyjdzie ryba? – zagadnęłam – ale nie odpowiedziała mi słowami, tylko skierowała palec wskazujący w kierunku nieba.

tłumaczenie: Karolina Popović

Pracownicy socjalni: efemeryczne ciało działań

batalla_ideas

 

W czerwonych swetrach pojawili się pewnego dnia w mojej dzielnicy, by inwentaryzować stare północnoamerykańskie lodówki i sowieckie urządzenia klimatyzacyjne. Przyszli w pełni władz i pewnego świtu pojawili się również na stacjach benzynowych, w ramach operacji skończenia z nielegalną sprzedażą paliwa. Byli to młodzi ludzie, którzy nie zdołali dostać się na uniwersytet i plan – stworzony przez wyższe instancje – zmienił ich w grupę gotową do wszelkich zadań, z obietnicą miejsca w szkolnictwie wyższym. Przydzielono im zmianę ubrania i zaczęli poruszać się po całym kraju w kupionych niedawno chińskich autobusach, rzucających się w oczy i imponujących. Ich uprawnienia, by przyjść do jakiegokolwiek zakładu pracy i poprosić o księgi, zrobić audyt, a nawet zastąpić pracowników sprawiły, że zyskali alarmujący przydomek „dzieci Komendanta”.

 

Niektórzy porzucili dziesięcioletni kontrakt, który podpisali, i dla nich odejście było trudne a plama w ich aktach pewna. Zarówno zmieniali żarówki na ulicach Caracas, jak również kontrolowali sprzedawców w sklepach w wymiennych pesos. Byli nowymi oczami władzy między nami i z pewnością należeli do pokolenia najbardziej dotkniętego przez Okres Specjalny, dwoistość monetarną i upadek mitu. Stało się więc powszechne widzieć ich, jak zamieniają pewność siebie na posłuszeństwo i hasła na słowa obrzydzenia. Ich splendor był tak krótkotrwały jak materiał spodni, jakie im przydzielono na początku pracy.

 

Dziś prawie się o nich nie wspomina. Chociaż nie ogłoszono, że pracownicy socjalni zostali oddelegowani, wydaje się przynajmniej, że pozostali bez treści swojej pracy. Już nie ma elektrycznych garnków do rozparcelowania, ankiet dotyczących opinii narodu do przeprowadzenia i wydaje się, że ta ogromna infrastruktura materialna schronisk, posiłków i autobusów, która wspierała ich pracę nie może być już zagwarantowana. Rzadko natykam się na któregoś na ulicy, ale ci, których widuję, już nie roztaczają wokół siebie atmosfery arogancji ani nie pokazują swoich dawnych poz należenia do elit.

tłumaczenie: Karolina Popović

Kultura dla grupy wybranych

tras_la_verja1

 

Mieliśmy zamiar spędzić urodziny Reinalda słuchając piosenek Pedra Luísa Ferrer na koncercie zatytułowanym „Velorio” („Czuwanie przy zmarłym” – przyp. tłum.) w Muzeum Sztuk Dekoracyjnych w Vedado. Tyle, że policji kulturalnej przyszło do głowy nie wpuścić nas, przy użyciu ich ciał jako barykady między drzwiami a strefą siedzeń. Oskarżyli nas o domniemaną prowokację, którą chcieliśmy tam zorganizować, chociaż dla nas największy rozruch wywołali oni i kamera oficjalnej telewizji, którą wezwali (sic!), by nas filmowała. Myślę, że ci niespokojni chłopcy z ochrony oglądają dużo sobotnich filmów, bo nasz plan był bardzo rodzinny, wzięliśmy nawet ze sobą naszego syna, i polegał na słuchaniu piosenek znanego muzyka i skoczeniu do domu przyjaciela.

 

Przy wejściu do Muzeum czekał na nas prawdziwy miting odrzucenia (chodzi o demonstracje osób przychylnych rządowi, protestujące przeciw konkretnym osobom, „kontrrewolucjonistom” – przyp. tłum.), któremu brakowało tylko jajek i razów, by osiągnął swą pełnię. Człowiek, który się nie wylegitymował – nie ujawnianie twarzy nadal jest w modzie – krzyczał, że chciałam „zniszczyć kubańską kulturę” i że to miejsce było „tylko dla narodu”. Zdaje się, że to, co wydarzyło się na występie Tanii Bruguera nadszarpnęło nerwy biurokratów spektaklu. Boją się, że znowu chwycimy za mikrofon, jakby nie było lepiej postawić głośnik na każdym rogu dla każdego, kto chce coś powiedzieć. Muszę wspomnieć, że wielu z tych, którzy byli świadkami tego nadużycia instytucjonalnej władzy nie przywitało się z nami w obliczu sporej grupy policjantów, krążących na miejscu. Jednak inni, których imiona zachowam dla siebie, by ich chronić, pokazali swoją solidarność bez strachu, że są widziani razem z nami.

 

Zostaliśmy po tamtej stronie krat, a na patio dziwna publiczność, pełna emerytów i mężczyzn o wojskowych fryzurach, wydawała się nie znać piosenek Pedro Luísa, by móc je nucić. Kilku przyjaciół, między nimi Claudia, przybyło, by solidaryzować się z naszym wymuszonym „wypędzeniem” i zostaliśmy na zewnątrz aż do ostatniego akordu. Gdy wszystkie muzyczne instrumenty były w swoich futerałach i trubadur wyszedł, był zaskoczony tym, co się zdarzyło i powiedział, że porozmawia o tym z wiceministrem. Nie chcieliśmy zniechęcać go do pomysłu, ale nie sądzę, że ten funkcjonariusz wysokiej rangi może zrobić coś, by powstrzymać działania organu represji, który go przewyższa i którego część być może tworzy.

 

Ponieważ wiem, że czytają mój blog – ci, którzy uniemożliwili mi przekroczyć kratę zdawali się mnie znać – chciałabym im powiedzieć, że nie zmuszą mnie do zamknięcia się w domu. Ani myślę przestać chodzić na koncerty, do klubów, na przedstawienia kulturalne czy humorystyczne. Jestem człowiekiem kultury, chociaż oni chcą zarezerwować to określenie dla grupy wybranych i przefiltrowanych ideologicznie. Będą musieli postawić ochronę w drzwiach każdego teatru, klubów i sal muzycznych. Mogę pojawić się w którymkolwiek z nich. Kto wie, czy nie wejdę na scenę i nie wezmę mikrofonu?

afuera2

tłumaczenie: Karolina Popović