Siedem wniosków po przejściu Sandy

Zdjęcie wzięte z UNPACU

Czwartkowy świt nigdy nie zostanie zapomniany przez tysiące mieszkańców żyjących na wschodzie Kuby. Wiatr, latające dachy, silna ulewa i drzewa spadające na ulice i domy będą permanentnym wspomnieniem huraganu Sandy. Wielu nie uda się też zapomnieć pierwszej nocy po katastrofie, kiedy z rozklekotanego łóżka czy chwiejnej kanapy docierało do nich, że nic nie oddziela ich twarzy od gwiaździstej nocy.

Są tacy, którzy stracili wszystko, a nie było tego dużo. Ludzie, którym wichura zabrała skromny dobytek, nagromadzony w ciągu ich życia. Ten ludzki dramat rozgrywa się w przestrzeni, która już wcześniej dotknięta była brakami materialnymi, stałą emigracją na zachód i wybuchami epidemii chorób, takich jak denga czy cholera. Dla poszkodowanych to, co się dzieje, to trafienie z deszczu pod rynnę, dosłownie i w przenośni. Natura intensyfikuje załamanie gospodarcze i problemy socjalne tego regionu. Trzeba więc podwoić solidarność, zakasać rękawy i pomóc wybudować na nowo czyjś dom, podzielić się kawałkiem chleba i wesprzeć mieszkańców dotkniętych skutkami Sandy w stawaniu na nogi.

Sądzę, że wszyscy wiemy, co możemy dać i zrobić, ale pozwolę sobie wystosować pewne propozycje skierowane do władz kubańskich. Decyzje, które podejmą władze w najbliższych dniach będą kluczowe dla skrócenia i złagodzenia skutków tragedii. Oczekuję, że rządzący będą umieli zostawić na boku różnice ideologiczne i posłuchają nas, którzy z solidarności obywatelskiej chcemy pomóc w odbudowie naszego kraju. Solidarność nie musi być instytucjonalnym monopolem, nigdy nim nie była. Z tego przekonania wynikają propozycje uczynienia jej bardziej skuteczną , a oto one:

– Znieść cło na wwóz do kraju produktów żywnościowych, lekarstw, sprzętów AGD i materiałów budowlanych.

– Umożliwić obywatelom zrzeszanie się w celu zbiórki, transportu i rozparcelowania ubrań, leków i innych produktów potrzebnych w dotkniętych rejonach.

– Stymulować i zezwolić na gromadzenie funduszy i środków finansowych ze strony kubańskich emigrantów w celu wwiezienia ich na Wyspę w formie bezpośredniej lub w formie zorganizowanej i zinstytucjonalizowanej.

– Zgodzić się na współpracę z międzynarodowymi organizacjami, które dostarczają pomoc, pożyczki i doradztwo w celu przezwyciężenia katastrofy.

– Uelastycznić, w najbardziej dotkniętych rejonach, procedury pozyskiwania licencji na konstrukcje i dzierżawy nieużytków.

– Uchwalić moratorium w sprawie zbierania podatków od pracujących na własny rachunek w regionach, w których Sandy zniszczył sporą część infrastruktury ekonomicznej i rolnej.

– Odrzucić instytucyjny monopol na dystrybucję solidarności, wspieranie i poszanowanie istnienia obywatelskich kanałów niesienia pomocy.

tłumaczenie: Karolina Popović
redakcja: Anna Pawłowska

Przed Rewolucją czy podczas Rewolucji?

Zdjęcie Roberta Segre – Zaczerpnięte z vitruvius.com.br

Tabliczka jest mała i skromna, zwisa z balkonu kilka metrów nad ziemią. Proste „na sprzedaż”, nie przyciągałoby uwagi, gdyby nie fakt, że mieszkanie obok ma wymalowane na oknie to samo zdanie,. Wyżej, sąsiedzi z mieszkania numer 6 byli bardziej kreatywni i umieścili informację na kawałku akrylu, na którym widniała nawet wielkość mieszkania na sprzedaż, by zmotywować tym kupujących. Jednak sprzedającym nie jest lekko. Budynek jest brzydki, szary, jest jednym z tych skonstruowanych w latach osiemdziesiątych w systemie „mikrobrygad”. Wielu z czytających ogłoszenia na stronach internetowych jak Revolico.com i Cubisima.com, docierając na miejsce nawet nie pukają do drzwi, bo widzą, że chodzi o jeden z tych betonowych mastodontów w kiepskim guście architektonicznym, które skonstruowano w czasach sowieckich subsydiów.

Wybór i ilość domów na sprzedaż wydaje się przewyższać w chwili obecnej realne możliwości finansowe kubańskich portfeli. Wiele domów pojawiło się nagle na rynku nieruchomości, który przez dekady był nielegalny i pomimo potrzeb mieszkaniowych brakuje tego, co najważniejsze: pieniędzy na ich kupno. Niesamowitym jest zobaczyć posiadłości, które wystawia się na sprzedaż za ćwierć czy pół miliona wymiennych pesos w kraju, w którym przeciętna pensja nie przekracza 20 CUC miesięcznie. Dlatego też największy ruch w branży widzi się w przypadku najtańszych nieruchomości, które należą do tych najmniejszych, usytuowanych w najgorszej lokalizacji czy w najgorszym stanie. Podczas gdy w sektorze domów luksusowych wszystko przebiega dużo wolniej, w przypadku pokoju w kamienicy czy mieszkanka bez okien ruch jest spory, głównie wśród osób z głębi kraju, które wykorzystują tę okazję, by zamieszkać, choćby na kilku metrach w Hawanie.

Ciekawe są też bezpośrednie i pragmatyczne oceny, zawarte w każdym z ogłoszeń. Reklamy stają się wyrafinowane, dołącza się do nich zdjęcia i zachęcające opisy o „dobrym dostępie do wody”, jaki ma nieruchomość, jej wspaniała lokalizacja w spokojnej dzielnicy czy możliwość rozbudowy. Jest jednak coś, czego nikt nie pomija w swoich ogłoszeniach jeśli tylko może, mianowicie, że dom jest „konstrukcją kapitalistyczną”, zbudowaną przed 1959 rokiem. Istnieje jasny podział między tym, co zostało zbudowane przed Rewolucją i tym, co zostało stworzone podczas jej trwania. Jeżeli budynek, w którym znajduje się mieszkanie, jest z lat 40. czy 50., ceny rosną. Za to te , które zostały wzniesione przez mikrobrygady, budujące z prefabrykowanych elementów w czasach sowietyzacji, pojawiają się w ofertach z niższą ceną. Rynek nieruchomości pokazuje w swej brutalności skalę wartości, oddalonej w znacznym stopniu od oficjalnej linii i przypisuje każdej rzeczy nową wartość, inny sposób pomiaru jakości.

tłumaczenie: Karolina Popović
redakcja: Anna Pawłowska

Trzy wybory, jeden kraj

– Jak brzmi głos Henrique Caprilesa? – zapytał mnie niedawno sąsiad. Nie wiedziałam czy mam mu powiedzieć, że jest wysoki czy niski, delikatny czy energetyczny, bo kubańskie media unikają przekazywania jego głosu. Zamiast niego, mieliśmy możliwość posłuchania podekscytowanych okrzyków Hugo Cháveza, jego werbalnych ataków, przepuszczonych na młodego kontrkandydata podczas kampanii wyborczej. Tak więc dziś rano widzieliśmy prezydenta, który jest u władzy już 13 lat i świętuje swój wyborczy triumf. Jasne jest, że kolejne sześć lat przy władzy jest też gwarancją przetrwania hawańskiego rządu.

Rząd Raúla Castro zbyt mocno igrał z wyborami z 7 października. Mógł stracić nieocenione wsparcie swojego najbardziej oddanego sojusznika. Dzięki wenezuelskim subsydiom Generał Prezydent był w stanie wprowadzić, na właściwy sobie powolny i opieszały sposób, zmiany, ograniczające się do strefy ekonomicznej. Ale ten typ zależności, kiedy raz się ustabilizuje, zmienia się w ostateczności w sytuację chroniczną. Ani umożliwienie rolnikom wydzierżawienia nieużytków, ani umożliwienie zdobycia licencji tym, którzy chcą pracować na własny rachunek nie sprawiły, że Kuba zaczęła podążać w kierunku finansowej autonomii czy ekonomicznej niezależności. To nie koniunktura, a potrzeba wsparcia z zewnątrz jest sednem rządów Castro, bezpośrednim owocem jego niezdolności do tego, by w sposób skuteczny kierować narodową ekonomią. Nie zapominajmy o subsydiach płynących z Kremla… zastąpionych obecnie tymi z pałacu Miraflores. Po raz kolejny Plaza de la Revolución podpisała czek in blanco, na kolejne sześć lat.

54% Wenezuelczyków wybrało Hugo Cháveza na lidera kraju, reżim Raula Castro może więc odetchnąć. Wysoka polaryzacja w ojczyźnie Bolivara utrudni jednak publiczne utrzymanie dotacji dla Kuby. Dla kubańskiego rządu nadchodzą skomplikowane miesiące. Wybory w Wenezueli były pierwszymi z cyklu trzech, które w mniejszym czy większym stopniu będą miały wpływ na życie naszego narodu. Kolejnymi, które nas dotyczą są wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Mitt Romney zapowiedział politykę twardej ręki wobec władz Wyspy, ale Barrack Obama również może być groźny dla systemu kubańskiego, o ile pogłębi swoją politykę dotyczącą łączenia rodzin, pracowników naukowych i ludzi kultury.

Pierwszy pięcioletni mandat Raúla Castro kończy się w lutym 2013 roku. Mało kto uważa, że ma on zamiar wycofać się na rzecz kogoś młodszego. Te wybory, trzecie, które czekają nas w najbliższych miesiącach, są też ostatnimi pod względem ważności i wywołanych nimi oczekiwań. Już zaczęto proces nominacji na delegatów Zgromadzenia Narodowego, które aprobuje kandydaturę do Rady Stanu. O ile w urnach wenezuelskich ważył się los subsydiów wartych tysiące milionów dolarów, a od wyborów w USA zależy nasz z nimi stosunek, wybory kubańskie pachną jak scenariusz, który napisany został już wcześniej. Bezsensowne jest robienie ankiet i sondaży, dotyczących zamiarów wyborców. Nie ma tu miejsca na niespodzianki.

tłumaczenie: Karolina Popović
redakcja: Anna Pawłowska

Rumpelstiltskin

Rumpelstiltskin, rysunek Anny-Kafki. Zaczerpnięte z devianart.com

Pot tych trzech kobiet, które wepchnęły mnie do policyjnego wozu nadal czuję na mojej skórze i w nozdrzach. Wielkie, korpulentne, bezlitosne, zaprowadziły mnie do pokoju bez okien, gdzie uszkodzony wentylator, wiał jedynie w ich stronę. Jedna patrzyła na mnie ze szczególną pogardą. Być może moja twarz przypominała jej kogoś z przeszłości: wroga ze szkoły, despotyczną matkę, utraconą kochankę. Nie wiem. Za to na pewno pamiętam, że po południu 4 października to spojrzenie pragnęło mnie zniszczyć. To ona z rozkoszą grzebała pod moją spódnicą, podczas gdy pozostałe dwie w uniformach trzymały mnie, by zrobić mi „rewizję”. Bardziej niż znalezienie jakiegoś schowanego przedmiotu, ta rewizja miała na celu wywołanie u mnie poczucia naruszenia prywatności, bezsilności, gwałtu.

Co sześć godzin zmieniali moje strażniczki. Te ze zmiany po północy wydawały się mniej restrykcyjne, ale ja zamknęłam się w swoim milczeniu i nigdy nie odpowiadałam na ich pytania. Schowałam się w sobie. Pomyślałam: Zabrali mi wszystko, nawet spinkę do włosów, ale ci żałośni konkwistadorzy nie mogą obrabować mnie z mojego świata wewnętrznego. Postanowiłam więc uciec się podczas tych długich godzin nielegalnego aresztu do jedynej rzeczy, która mi została: moich wspomnień. Pomieszczenie, w którym się znajdowałam miało sprawiać wrażenie uporządkowanego i czystego, ale każda z rzeczy miała na sobie pewną dozę brudu i uszczerbku. Patrzyłam na figury, jakie tworzyły kamyki tkwiące w każdej z płytek i bałwanki kurzu. Po pewnym czasie z tej konstelacji zaczęły wyłaniać się twarze. Postacie usłały całą podłogę mojej celi na komisariacie policyjnym w Bayamo.

Wyskoczyło stamtąd wychudzone oblicze Don Kichota, podczas gdy w rogu udało mi się dostrzec prosty profil Boba Eduarda Abeli. Skośne oczy, ukształtowane z zaprawy i żwiru, przypominały do złudzenia bohaterów filmu Avatar. Ja się śmiałam, a moje niewzruszone strażniczki zaczynały wierzyć, że odmowa przyjmowania posiłków i wody rzuciła mi się na mózg. Dostrzegłam w nierównym granicie Dzwonnika z Notre Dame i szczupłą postać Gandalfa w pełnym rynsztunku. Lecz wśród tych wszystkich form, które przepływały po posadzce jedna była bardziej intensywna od innych i wydawała się mrugać do mnie i śmiać mi się w twarz. Być może był to efekt pragnienia lub głodu, doprawdy nie wiem. Krasnolud o długiej brodzie i cynicznym spojrzeniu, szydził ze mnie.

To był Rumpelstiltskin, bohater dziecięcego opowiadania, w którym królowa musi odgadnąć jego skomplikowane imię, bo w przeciwnym razie zmuszona zostanie do oddania despotycznemu krasnoludowi tego, co dla niej najcenniejsze: własnego syna. Co robił ten typ podczas mojego tymczasowego zatrzymania? Dlaczego widziałam go wyraźniej niż jakąkolwiek z rzeczy, które dane mi było widzieć przez całe życie? Natychmiast znalazłam odpowiedź. – Jesteś Rumpelstiltskin – powiedziałam do niego głośno, wzbudzając niepokój w moich strażniczkach. – Jesteś Rumpelstiltskin – powtórzyłam – i wiem, jak się nazywasz. Jesteś jak dyktatury, które, gdy nazwać je po imieniu, zaczynają się rozpadać.

tłumaczenie: Karolina Popović
redakcja: Anna Pawłowska

Mujica, rana na jego nosie i dziury w Hawanie

Zdjęcie zaczerpnięte z://subrayado.com.uy

To kawałek blachy z dachu, uniesiony wiatrem, rozciął urugwajskiemu prezydentowi, José Mujicy, nos. Kawałek metalu, który odczepił się, kiedy prezydent pomagał sąsiadowi wzmocnić pokrycie dachu jego domu. Anegdota obiegła media i portale społecznościowe jako przykład skromności osoby będącej u władzy, znanej już wcześniej ze skromnego stylu życia. Był tam, bardziej przypominając rolnika niż prezydenta, starając się, by nawałnica nie zabrała ze sobą dachówek z domu stojącego blisko jego własnego, w Montevideo. Jest to z pewnością anegdota pełna sugestii, które powinni wziąć sobie do serca inni rządzący.

Historia Pepe Mujicy skłoniła mnie do refleksji na temat rozdźwięku, który istnieje pomiędzy życiem rządzących i kubańskiego narodu. Kontrast jest tak znaczący, tak ogromny, że jest przyczyną sporej części błędów, które popełniają rządzący w momencie podejmowania decyzji. Nie chodzi tylko o to, że mieszkają w lepszych domach, zamieszkują piękne dzielnice mieszkalne czy jeżdżą nowszymi samochodami. Nie. Ogromną różnicą jest zerowa niemal praktyka, którą mają władze w stosunku do problemów, które nękają nas w życiu codziennym. Nie znają uczucia czekania ponad godzinę na przystanku autobusowym, niepokoju związanego z brakiem zasilania elektrycznego w środku nocy, trudności, jakie przysparza chodzenie po ulicach bez oświetlenia czy pełnych dziur. Nie mają najbledszego pojęcia o zapachu potu, wypełniającego wnętrze ciężarówek, w których podróżują dziesiątki osób z jednej wioski do drugiej ani stukotu wozów o konnym zaprzęgu, które dla wielu są jedyną formą transportu. Nigdy nie spędzili nocy na terminalu La Coubre, na liście oczekujących na kupno biletu na pociąg ani nie musieli oddać sumy pieniędzy będącej odpowiednikiem miesięcznych zarobków strażnikowi, który sprzedaje bilety wstępu do rozklekotanego wagonu.

Kiedy komendant czy generał tego kraju wszedł do sklepu operującego w wymiennym peso, by zobaczyć, czy sprzedają akurat tańsze mięso mielone i musiał wyjść, ponieważ nie starczyło mu pieniędzy na kupno żadnego z towarów leżących na półkach? Od jak dawna żaden minister nie otwiera lodówki, by zobaczyć, że jest woda, ale brakuje jedzenia? Czy premier spał kiedyś na materacu zniekształconym przez mieszkającą z nim babcię? Czy zdarzyło mu się cerować bieliznę po to, by móc ją w dalszym ciągu nosić albo używał do mycia włosów octu kuchennego z braku szamponu? Czy dzieci tych stojących na czele wiedzą, jak wyglądają wilgotne poranki, kiedy trzeba rozpalać piecyk naftowy po to, by móc zaparzyć kawę? Czy widzieli z bliska twarz funkcjonariusza, któremu niemal sprawia przyjemność odmowa, gdy pyta się go o to, czy znany jest już wynik podania. Czy ktoś z nich sprzedawał orzeszki ziemne by przeżyć, jak wielu emerytowanych staruszków robi to w każdym zakątku tego kraju?

Nie mogą nami rządzić, bo nas nie znają. Nie są zdolni do znalezienia rozwiązania, bo nigdy nie stanęli przed trudnościami, których my doświadczamy. Nie reprezentują nas, bo od zbyt dawna żyją w świecie przywilejów, wygody i luksusu. Nie mają pojęcia, co to znaczy dziś być Kubańczykiem.

tłumaczenie: Karolina Popović
redakcja: Anna Pawłowska

Przeżyć

Martha Beatriz Roque. Zdjęcie zaczerpnięte z:

Światło jest nikłe, pokój wąski, a szept Santo Suáreza sączy się przez ściany. Na łóżku kobieta tak chuda, że wystają jej kości, o przerażająco zimnych rękach i ledwie słyszalnym głosie. Martha Beatriz Roque podjęła strajk głodowy tydzień temu. Przyszłam do niej otoczona zgiełkiem codzienności i pośpiechem informacji; ale jej twarz niesie ze sobą spokój czasu i doświadczenia. Jest tu, tak krucha jak mała dziewczynka, którą mogłabym wziąć na ręce i ukołysać. Jestem zaskoczona jasnością jej wypowiedzi, stanowczością z jaką wyjaśnia mi, czemu odmawia przyjmowania posiłków. Każde słowo, które zdoła z siebie wydobyć, swoją intensywnością wydaje się nie wychodzić z tego ciała, skurczonego postem.

Myślałam, że już nigdy nie będę musiała stać przy łóżku kogoś, kto podjął strajk głodowy. Fałszywy optymizm, że to, co będzie w przyszłości, musi być lepsze, pozwolił mi uwierzyć, że Guillermo Fariñas o wystających żebrach i wyschniętych ustach był ostatnim dysydentem, który musiał zastosować strajk głodowy jako formę protestu publicznego. Lecz dwa lata po tych 134 dniach bez przyjmowania posiłków, znowu widzę zapadnięte oczy i ziemisty kolor skóry kogoś, kto odmawia jedzenia. Tym razem jest ich już 28 osób w całym kraju, a powodem głodówki jest znowu bezsilność jednostki wobec prawa zbyt napiętnowanego ideologią. Pozbawieni innych sposobów postawienia swoich warunków rządowi, puste jelita jawią się im jako sposób buntu. Szkoda, że naszym jedynym słyszalnym głosem pozostają skóra, kości i ściany żołądka.

Zanim opuściłam dom Marthy Beatriz powiedziałam jej: „Musisz to przeżyć, ten typ reżimów trzeba przetrwać”. Wyszłam na ulicę, owinięta tą winą i odpowiedzialnością, które musi odczuwać każdy Kubańczyk w obliczu tak smutnego wydarzenia. „Przeżyć, przeżyć” myślałam, kiedy rozmawiałam z rodziną Jorge Vázquez Chaviano, który miał zostać uwolniony 9 września. To właśnie żądania jego natychmiastowego uwolnienia są przyczyną tej fali strajków głodowych. „Przeżyć, przeżyć” powtarzałam sobie nadal, dostając raporty o fizycznym osłabieniu innych strajkujących. „Przeżyć, przeżyć” mówiłam do siebie, oglądając w telewizji twarze tych, którzy zamienili inny sposób myślenia w zbrodnię, a protest cywilny w zdradę. „Przeżyć, przeżyć, przeżyć ich”, obiecałam sobie. Ale być może będzie zbyt późno, by to się udało.

tłumaczenie: Karolina Popović
redakcja: Anna Pawłowska

Zarozumiali

Zatłoczone korytarze, rolety, które wpuszczają upał i niemal nie przepuszczają świeżego powietrza. Jest dziesiąta w każdym z biur, w każdym miejscu obsługi obywatela na tej Wyspie długiej i wąskiej jak lista oczekujących. Jeden z urzędników wzywa po imieniu tych, którzy wytrwali i przegląda ich papiery, po czym każe im przejść do małego pomieszczenia o gipsowo-kartonowych ścianach. Około południa kobieta w nieskazitelnym ubraniu i obuwiu wchodzi do sali i sam dyrektor wpuszcza ją do swojego biura przed wszystkimi. Kiedy wychodzi, ktoś szepcze: „Ona jest córką tego i tego… dlatego nie musi czekać”.

Nuevo Vedado, brzydkie betonowe budynki przeplatają się z willami o przestrzennych ogrodach i wysokim ogrodzeniu. – A ta jest czyja ? –pyta z ciekawością dziecko, które pierwszy raz przechodzi tą ulicą. Odpowiedź rodziców poprzedza chichot i podniesione brwi : – Tę dali matce komendanta, który poległ na Sierra, ale teraz mieszkają tu jego wnuki. A gdy mijają kolejną przecznicę, widzą pewnego staruszka rozmawiającego na chodniku ze swoim sąsiadem. Kiedy się zbliżają, ciekawy chłopczyk podsłuchuje: – Pójdę spotkać się z moim bratankiem, komendantem policji, by pana nastraszył, może w końcu przestanie pan puszczać tak głośno muzykę. Kiedy ciekawska rodzina skręca na ulicę Tulipán, przejeżdżający samochód nie ustępuje im pierwszeństwa. Za kierownicą siedzi kolejny zarozumiały o „niebieskiej krwi”, który wie, że nigdy nie dostanie mandatu za niezatrzymanie się na znaku STOP.

Pochodzenie, drzewo genealogiczne, dzielenie z kimś genów, jest dziś na Kubie przepustką do niemal wszystkiego. Nepotyzm nie ujawnia się jedynie w strukturze pracy czy dostępie do pewnych stanowisk politycznych. Bycie „z rodziny…” usprawnia procedury, czyści kartotekę kryminalną, stawia na początku listy oczekujących na mieszkanie czy samochód, natychmiastowe przyjęcie do najlepszych szpitali, dostęp do najlepszych szkół, a nawet szybką kremację w przypadku śmierci bliskiego. Pochodzenie może być przyczyną triumfu lub porażki, czynnikiem, z powodu którego wiele szkół toleruje postawę jednego ucznia, podczas gdy nie tolerowałoby jej u innych. Bo któż chciałby drażnić wpływowego ojca? Po co komplikować sobie życie, odmawiając kapryśnej siostrze generała? Kto opóźni procedurę wnukowi wysoko postawionego urzędnika? Wszyscy wiedzą, że gniew, kiedy nadciąga od strony Olimpu, przybiera formę piorunu, który może pozbawić kogoś pracy, wpędzić w kłopoty i zrujnować obiecującą karierę.

tłumaczenie: Karolina Popović
redakcja: Anna Pawłowska

Strajk zasilania

Hawana o 23.00 w dniu 9 września

W kraju, w którym przerwy w dostawie prądu stanowiły i stanowią nieodłączną część naszego życia, już nie powinno nas dziwić, że nie ma światła. Ale wczoraj o 20.08 zdarzyło się coś, co wywołało alarm. Najpierw straciliśmy sygnał telewizyjny, w pierwszych minutach nadawania głównego wydania wiadomości. Później Hawana w całej swej rozciągłości zgasła, na obszarze i w stopniu wyższym, niż podczas najgorszych huraganów. Zaczęły więc nadciągać wiadomości z różnych prowincji, by potwierdzić, że od Pinar del Río do części Camagüey, Wyspa pogrążyła się w ciemnościach. Ponad pięć milionów Kubańczyków zastanawiało się w ciemnościach, co takiego się wydarzyło.

Pięć godzin później prąd popłynął w dzielnicy, w której mieszkam. Nabazgrałam na kartce papieru kilka aspektów tego, co się stało. Oto one:

– Brak dostaw prądu połączony był z brakiem informacji. Podczas ponad czterech godzin oficjalne media nie powiedziały nic na temat tego, co się stało. Mając radia na baterie, sporo osób szukało jakiegoś wyjaśnienia, ale nadawcy krajowi milczeli. W Radiu Budzik, w którym minuta po minucie powinny pojawiać się informacje o wydarzeniach z kraju i zza granicy, mówiono o wszystkim oprócz tego, co najważniejsze. Musieliśmy słuchać o przepisie na medalion z ryby, plusach regularnej mammografii, pięknych brazylijskich legendach na temat wody… i odkryciu w miejscach wykopalisk „prehistorycznych butów”. Wszystko, oprócz tego, czego chcieliśmy się dowiedzieć: „Co się stało, że połowa kraju nie widziała dalej niż na wyciągnięcie ręki?”.

– Niektórzy zaczęli się bać. Patrole policyjne włączały swoje syreny na ulicach, a raz na jakiś czas słychać było wóz strażacki. Ciężarówki ze światłami ze „stanu oblężenia” patrolowały strefę Maleconu. To wzmogło strach, który połączony z ciszą informacyjną wywołał falę domysłów i spekulacji.

– Incydent zademonstrował brak przewidywalności Przedsiębiorstwa Energetycznego wobec takich sytuacji. W niewielu miejscach udało się włączyć generatory prądotwórcze, a na peryferiach pytano sąsiadów, czy mają zapas paliwa, by móc je uruchomić.

– Szczególne niedogodności wywołał fakt, że ta przerwa w dostawie prądu miała miejsce w bezwietrzny dzień, bez cyklonu uderzającego w Wyspę wraz z deszczem, nie było też burzy solarnej, skupiającej się na Antylach. Co było więc przyczyną awarii o takich rozmiarach?

– Sieć społeczna Twitter kolejny raz testowała swoją efektywność informacyjną. Godzinę po nadciągnięciu ciemności, po Internecie krążyli już alternatywni reporterzy tej szerokości geograficznej. Chwilę później mieliśmy już nawet etykietę określająca tę sytuację: Strajk Zasilania. Podczas gdy media oficjalne pokazywały jasno, że wolno im informować jedynie o tym, na co się im pozwoli, alternatywne drogi informacyjne zademonstrowały swoją skuteczność nie tylko w momencie wybuchu zamieszek czy też aresztowań, ale też podczas klęsk żywiołowych, zagrożeń klimatycznych i wypadków jakiegokolwiek typu.

– Tak nagłaśniana Rewolucja Energetyczna, która wśród swoich „osiągnięć” miała zapobiec tego rodzaju monumentalnym przerwom w dostawach prądu okazała się porażką. Nawet emblematyczny Morro (twierdza w Santiago de Cuba – przyp. tłum.) w Zatoce Hawańskiej utracił światło swojej latarni, który to fakt skojarzono z żartem „ostatni, który odejdzie, zgasi Morro…”.

– Ponad połowa zaniepokojonych osób, które do mnie dzwoniły podczas trwania ciemności wiązała brak prądu z problemem rządowym. Zdania typu „rząd padł…” słychać było ze wszystkich stron. Brak informacji w mediach wzmagał jeszcze to uczucie. Świadczy to o niestabilności politycznej i społecznej narodu, któremu kilka godzin przerwy w dostawie prądu może wystarczyć do myślenia o rozpadzie całego systemu. Sugestywne, prawda?

– Ktoś mi powiedział, że Generał Prezydent „domaga się głów ” dyrektorów Ministerstwa Przemysłu Podstawowego… Ograniczyłam się do powiedzenia, że lepiej by było, gdyby domagał się prądu, ponieważ łatwo jest zrzucać odpowiedzialność na innych, kiedy wszyscy wiemy, kto podejmuje najważniejsze decyzje energetyczne w tym kraju.

– Po długim milczeniu, o północy telewizja wydała krótkie oświadczenie o tak niejasnej treści, że wywołało ono jeszcze większą falę spekulacji. Przypisano zaistniałą sytuację zerwaniu linii o sile 220.000 Voltów blisko miejscowości Ciego de Ávila. Do tej pory nie ujawniono szczegółów.

– Stopniowo, nad ranem udało się przywrócić prąd w stolicy i większości innych obszarów. Nie ma doniesień o szkodach, ale na pewno było ich wiele.

– Na koniec pozostajemy w przekonaniu, że kraj jest w tak niepewnej sytuacji , że ten typ awarii może się powtórzyć. A co gorsza, krajowe media zachowają swoją standardową lakoniczność.

tłumaczenie: Karolina Popović
redakcja: Anna Pawłowska

Jak daleko może zajść ingerencja w prywatność?

Jak w wielu innych miejscach, w ostatnich latach również na Kubie bardzo popularne stały się seriale i filmy dotyczące śledztw kryminalnych. Rekonstrukcje zbrodni i programy z obecnością psów policyjnych biją rekordy popularności. W punktach sprzedaży DVD tego rodzaju filmy cieszą się największym zainteresowaniem wśród kupujących. Na liście propozycji dla abonentów pakietów telewizyjnych nie może zabraknąć kanałów z programami typu CSI, Doktor G – lekarz sądowy, Agenci NCIS, FBI: The Untold Stories… itd.. I wcale nie chodzi o to, że staliśmy się bardziej żądni krwi – chociaż sama nie wiem – ani, że znacząco poprawiła się jakość tych programów w ostatnich latach. Cały sekret polega na tym, że wrzuca się do jednego kotła wątek naukowy, policyjny, uczuciowy i kilka skomplikowanych wyjaśnień dotyczących funkcjonowania organizmu ludzkiego. W efekcie końcowym powstaje kompendium, któremu nie sposób się oprzeć, odrywając się od codziennej rutyny. Dalekie od jakiejkolwiek wartości artystycznej, seriale te przyciągają rzesze widzów, których im może tylko pozazdrościć niejeden kanał w równym stopniu epatujący ideologią i uderzający brakiem kreatywności.

Dziś nie mam zamiaru się rozwodzić nad serialowym patologiem, razem z którym odkrywamy mordercę, ani nad aktorem wcielającym się w rolę nowoczesnego detektywa w nieskazitelnie czystym laboratorium. To jest tylko część scenariusza, która ma dostarczać rozrywki i może się podobać lub nie. Bardziej mnie martwi inna rzecz: nieustanna infiltracja alternatywnych źródeł informacji w poszukiwaniu prawdziwych materiałów śledczych, które systematycznie wyciekają z departamentów podlegających Ministerstwu Spraw Wewnętrznych na Kubie. Zdjęcia z autopsji, filmy rekonstruujące przestępstwa, zdjęcia policyjne z miejsca zbrodni, deklaracje oskarżonych uwieczniane obiektywem kamery. Rzadko kiedy zdarza się miesiąc, żeby za pośrednictwem telefonów komórkowych i pamięci USB nie doszło do obiegu materiałów śledczych, które powinny być objęte tajemnicą i pozostać anonimowe. I wcale nie chodzi tu o zdjęcia zrobione przez przypadkowego intruza czy przez paparazzi, ale o zawartość policyjnego archiwum. Można sobie wyobrazić, że pewnego dnia tracisz kogoś bliskiego w tragicznym wypadku i – gdyby tego było mało – potem widzisz go w roli nieboszczyka niemalże jak ze snuff filmu, na stole w kostnicy z rozciętą klatką piersiową.
Ciekawe, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, którego praca o charakterze politycznym czy wywiadowczym jest owiana kłębkiem tajemnicy, nadzoruje archiwa dokumentalne z tak małym zainteresowaniem. Z pewnością, z powodu wielu zaniedbań czasem dowiadujemy się o sprawach, o których w innym razie nigdy byśmy nie usłyszeli, jak na przykład o śmierci dziesiątek pacjentów Szpitala Psychiatrycznego w Hawanie. Jednak w większości przypadków, brak zachowania tajemnicy nie niesie ze sobą większych rewelacji, ale wiąże się z głęboką ingerencją w życie – lub śmierć – pojedynczej osoby. Następnie wystawia na cierpienie rodzinę ofiary, która jest skazana na oglądanie wnętrzności swojego ojca lub brata na ekranach tysięcy komputerów w całym kraju. Martwi mnie, kiedy ktoś puka do moich drzwi, żeby mi pokazać na ekranie Nokii martwe ciało w kostnicy, uświadamiając mi, że zdjęcie zostało zrobione przez tych, którzy powinni zapewnić intymność zmarłemu. Przeraża mnie fakt, że takie postępowanie może być kolejną z wielu oznak braku szacunku dla prawa obywatela do życia w prywatności. Uważam za karygodne zachowanie cederisty donoszącego na swoich sąsiadów, nauczyciela ujawniającego poglądy polityczne własnych uczniów i lekarza opowiadającego w telewizji o wizycie pacjenta; opowieści te utrzymane w tonie seriali kryminalnych całkowicie odzierają z jakiejkolwiek intymności.

Tym razem, to nie serial telewizyjny, ani kolejny odcinek, w którym Grissom łapie zabójcę po zbadaniu zawartości żołądka larwy. To rzeczywistość, faktyczny ból rodziny ofiary, szacunek przysługujący każdej zmarłej osobie. Nagość, rany, cierpkość śmierci, opuszczenie w chłodzie kostnicy, nikt wówczas nie ma prawa do nadużywania takiej sytuacji. Odnosi się to w szczególności do tych, których zadaniem jest czuwanie nad zmarłymi, ponieważ tak smutny moment nie może być pokazem ekshibicjonistów.

Coś więcej niż liczby

Dwoje uśmiechniętych młodych ludzi wyjaśnia w ogłoszeniu telewizyjnym plusy Powszechnego Spisu Ludności i Mieszkań 2012 roku. Mówią o potrzebie posiadania aktualnych i wiarygodnych statystyk dotyczących naszego społeczeństwa. Na zakończenie krótkiego spotu wygłaszają chórem zdanie, w którym zapewniają, że „między 15 a 24 września liczymy się na Kubie wszyscy”. Co daje do myślenia widzowi, który uświadamia sobie, że nie jest tym samym liczenie nas i liczenie się z nami. Ale poza tymi „freudowskimi pomyłkami”, które są widoczne w języku urzędowym, obawy przychodzą do nas z innej strony. My, Kubańczycy, nie ufamy inspekcjom, jesteśmy podejrzliwi wobec spisów i pytań dotyczących naszych domów. Nasza egzystencja podzielona jest na strefę legalną (publiczną) i drugą, pełną działań nielegalnych, umożliwiających nam przeżycie. To jest główna przyczyna, dla której nie zawsze mamy ochotę na sondaże.

W innych okolicznościach spis powinien nas cieszyć, a nie martwić. Chodzi przecież o narzędzie statystyczne, które dostarcza społeczności danych o niej samej. Liczba domostw, procent mieszkańców jednej płci w stosunku do drugiej, wskaźnik przyrostu naturalnego… i jeszcze inne liczby, które pokazują sukcesy i porażki narodu. W przypadku naszego kraju ciężko jednak rozdzielić zwykły spis od następującej po nim kontroli państwa. Niemożliwe jest oddzielenie sondażu, nawet najbardziej ogólnego i anonimowego, od jego najgorszego odpowiednika: nadzoru. Szczególnie w odniesieniu do wszystkich obiektów i zasobów o „wątpliwym pochodzeniu”, które są fundamentem naszej codzienności. Dlatego wielu Kubańczyków skłamie, odpowiadając na niektóre z pytań, podczas gdy inni nie dadzą się spisać. Ostateczne rezultaty będą więc mieszanką przybliżeń, pominięć i fałszywych danych podanych przez pytanych, by nie ujawnić prawdy o tym, kim są ani co posiadają.

Po wypytaniu sporej ilości przyjaciół i sąsiadów utwierdziłam się w przekonaniu, że ludzie nie są gotowi wyznać tego wszystkiego, co Narodowe Biuro Statystyczne chce wiedzieć. Jedna znajoma, która wyremontowała swój dom za pieniądze z nielegalnej sprzedaży ubrań wyjaśnia mi, co zrobi: „Schowam telewizor z płaskim ekranem do sypialni i powiem dziecku, żeby schowało swojego laptopa” mówi nie rumieniąc się przy tym. Po czym dodaje: „Kiedy mnie zapytają, z czego żyjemy, powiem, że z tych 420 kubańskich pesos (mniej niż 20 dolarów), które zarabia mój mąż. Aha… a jak zapytają, jakiej marki mam lodówkę, powiem, że Haier… chociaż z salonu widać, że to LG”. Najtrudniejsze będzie dla niej poproszenie brata, jego żonę i ich maleńką córeczkę, żeby nie było ich w domu podczas dni spisu powszechnego, ponieważ mieszkają w Hawanie bez papierów”. Kiedy człowiek dokonujący spisu wyjdzie z jej mieszkania, na pewno będzie miał inne wyobrażenie o poziomie i sposobie życia moje znajomej. Co jest dokładnie tym, czego ona chce – żeby myśleli, że to, co białe, jest czarne, tam, gdzie dużo, jest mało, a jutro jest dziś. Ponieważ od dzieciństwa jest nauczona, że mówienie prawdy i dawanie informacji Państwu jest aktem samooskarżenia.

tłumaczenie: Karolina Popović
redakcja: Anna Pawłowska