Ochota, by krzyczeć

gato

 

Życie nigdy nie wraca do normalności. Nie wraca do tego momentu przed tragedią, który teraz, iluzorycznie, wspominamy jako okres spokoju. Otwieram notes, staram się zacząć moje życie od nowa, blog, wiadomości na Twitterze… ale nic mi nie wychodzi. Te ostatnie dni były zbyt intensywne. W głowie mam tylko spowitą mrokiem twarz Reiny Tamayo, stojącej przed kostnicą, gdzie przygotowała i ubrała swego syna na najdłuższą z podróży. Następnie pojawiają mi się przed oczami obrazy ze środy: zatrzymania, razy, przemoc, cela więzienna, w której zapach uryny mieszał się z innymi, gdzie Eugenio Leal i Ricardo Santiago domagali się swoich praw. Resztę czasu spędziłam chodząc jak manekin, patrząc i nie widząc, z furią stukając w klawiaturę.

 

Nie ma nikogo, kto napisałby coś spójnego i wyważonego. Mam ochotę krzyczeć, ale ochrypłam 24 lutego.

tłumaczenie: Karolina Popović

korekta: Anna Pawłowska

Świadectwo matki Orlanda Zapaty Tamayo

 

Tego popołudnia, parę godzin po śmierci Orlanda Zapaty Tamayo, Reinaldo i ja zdołaliśmy znaleźć się w pobliżu wydziału Medycyny Sądowej na ulicy Boyeros.

Kordon ludzi z urzędu bezpieczeństwa strzegł miejsca, ale udało nam się zbliżyć do Reiny, matki zmarłego, i zadać jej te pytania.

 

Ból, gniew w nas… smutek i determinacja w niej.

Zostawiam wam tu nagranie, alternatywne i prawie bez światła, ale będące łamiącym serce świadectwem udręczonej matki.

 

Transkrypcja nagrania:

 

Yoani Sanchez: Jesteśmy tutaj, aby wyrazić nasze kondolencje. Chcielibyśmy wiedzieć, o której godzinie zmarł, co Pani wie o jego ostatnich chwilach, co Pani czuje w tej chwili i co się stanie po jego zwolnieniu przez koronera?

 

Reina Luisa Tamayo Dangier: Jestem Reina Luisa Tamayo Dangier, matka więźnia sumienia Orlanda Zapaty Tamayo, który został internowany w więziennym szpitalu Habana del Este. Ostatniej nocy został przeniesiony do szpitala Hermanos Ameijeiras, gdzie zmarł o godzinie trzeciej po południu.

 

Mogę powiedzieć, że czuję straszny ból, ale nie poddaję się, wytrzymuję ten ból. Udało mi się być u jego boku aż do jego odejścia, a teraz mam nadzieję, że znajdę odwagę, by ubrać syna Orlanda Zapatę Tamayo.

 

Pojedziemy do Banes, prowincji Holguin, drogą Embarcadero, do domu numer sześć, gdzie będziemy czuwać przed naszym ołtarzem rodzinnym, w moim domu, tak długo, jak trzeba.

 

Chcę powiedzieć światu o moim bólu. Myślę, że śmierć mojego syna była zabójstwem z premedytacją. Mój syn był torturowany w czasie swojego pobytu w więzieniu. Jego los przyniósł mi wielki ból i był bolesny dla całej rodziny. Zanim został przeniesiony do tego więzienia, trzymano go najpierw w Camaguey bez wody przez 18 dni. Mój syn umarł po 86-dniowym strajku głodowym. Jest on drugim Pedrem Boitel na Kubie. [Pedro Luis Boitel zmarł w 1972 roku podczas strajku głodowego podczas odbywania kary 10 lat więzienia na Kubie]

 

Wśród głębokiego bólu wzywam świat, by zażądał wolności dla innych więźniów i braci niesłusznie skazanych, tak, by to, co stało się z moim chłopcem, moim drugim dzieckiem, które nie pozostawia po sobie żadnego fizycznego dziedzictwa, żadnego dziecka ani żony, nie powtórzyło się. Dziękuję!

 

 

Szansa

yoyi 

Mogłaś zostać zarówno prostytutką, sprzedającą swoje wdzięki, jak i śledczym w służbie bezpieczeństwa. Zapotrzebowanie było tak wielkie, że sprzedaż twojego ciała za butelkę szamponu czy mydło było na wyciągnięcie ręki. Tyle, że twoja figura była zbyt wątła, by ją sprzedać i miałaś zbyt białą skórę dla tych cudzoziemców, którzy przyjeżdżali w poszukiwaniu cynamonowego odcienia z ofert turystycznych. Brakowało ci „tego czegoś”, aby ubrać się w obcisłe ubranie wymiany seksu na pieniądze i stanąć na tyłach hotelu w poszukiwaniu szansy wyciągnięcia rodziny z kłopotów.

 

Byłaś też o krok od przyodziania munduru, kiedy kończąc dziewiątą klasę myślałaś o pójściu do akademii wojskowej im. Camila Cienfuegos, by uciec z domu, gdzie aż nadto było zakazów i nędzy. Myślałaś, że jesteś gotowa stać się żołnierzem o zaciśniętych ustach, by w zamian za to uzyskać dostęp do tych małych przywilejów, którymi, jak widziałaś, cieszą się członkowie MINFAR (Ministerstwo Obrony) i MININT (Ministerstwa Spraw Wewnętrznych). Rychło w czas rada przyjaciela pozwoliła ci zrezygnować z okrzyków „Baczność!” i stałego turkotu kałasznikowa. Ale gdybyś tego popołudnia roku 1990 nie usłyszała pytania: „Co będziesz robić, wciśnięta między rozkazy a okopy?”, być może zastraszałabyś kogoś w zamkniętym pokoju Villa Marista (miejsce przetrzymywania więźniów politycznych – przyp. tłum.).

 

Mogłaś być żeglarzem, popełnić samobójstwo, stać się kochanką ministra, cenzorem lub więźniem politycznym, żandarmem albo ofiarą. Nie dało się przejść bez szwanku przez ten kryzys lat dziewięćdziesiątych, dotknął on też ciebie – upadek wartości i marginalny scenariusz, w którym wyrosłaś. Coś z ciebie zostało w czerwonej lycrze stojącej na rogu i w naramienniku porucznika; w tych potencjalnych osobach, którymi mogłaś się stać, a od czego uchroniły cię szansa, ewentualność i twoje własne zmęczenie.

tłumaczenie: Karolina Popović

korekta: Anna Pawłowska

GPS

gps

A propos rozmów migracyjnych między Kubą a Stanami Zjednoczonymi, które odbywają się dziś w Hawanie.

Carlitos dotarł w końcu do Atlanty, po tym, jak pięciokrotnie próbował przekroczyć Cieśninę Florydzką. Dwukrotnie przechwyciła go amerykańska straż nabrzeżna i zawróciła na Wyspę. Miesiącami zachowywał żółtą kopertę, którą mu dali, by ubiegał się w sposób legalny o wizę w Sekcji Interesów Stanów Zjednoczonych. Wolał jednak szybszą drogę zostawienia za sobą pokoju, który dzielił z babcią i nękających go policjantów z dzielnicy. Został też złapany przez stronę kubańską, 13 sierpnia przed trzema laty, kiedy zepsuł się napęd łodzi i podróż zakończyła się więzieniem w miasteczku Cojímar. Nałożono na niego karę i od tego dnia przychodził do niego agent w cywilu, by wymóc na nim znalezienie pracy.

Po zademonstrowaniu swoich niewielkich zdolności jako marynarz, ten trzydziestodwuletni człowiek zdołał wyjechać do Ekwadoru, jednego z niewielu krajów, które jeszcze nie wymagają wizy od Kubańczyków. Południowoamerykański naród stał się dla niego trampoliną, umożliwiającą dostanie się na teren Stanów Zjednoczonych, gdzie dziś stara się rozpocząć nowe życie. Zostawił swoim przyjaciołom GPS, który pomógł mu w jego podróżach i ów żółty formularz, którego nigdy nie wypełnił, by prosić o wizę humanitarną. Nie zmierzał do konkretnego celu, raczej obawiał się bycia sfrustrowanym czterdziestolatkiem. Nawet w chwilach największego optymizmu nie przewidywał, że pewnego dnia będzie miał własny dach nad głową albo pensję, która pozwoli mu na uniknięcie pobierania państwowych środków w celu przetrwania.

Jak wielu innych Kubańczyków, Carlitos nie mógł czekać, aż obietnice, dane nam, gdy byliśmy dziećmi, spełnią się. Nie chciał się zestarzeć siedząc na chodniku przed domem, uciszając swoją porażkę alkoholem i tą czy inną tabletką. Planował wszystkie możliwości ucieczki, ale w końcu wujek zapłacił za jego bilet do Quito, mając nadzieję, że uda mu się później sprowadzić resztę rodziny. Nadal śni o łodziach, które podpływają w środku nocy i zabierają go, skutego w kajdanki, pachnącego solą i benzyną, na Kubę,. Budzi się i rozgląda wokół by stwierdzić, że nadal znajduje się w małym mieszkanku, które wynajmuje z przyjaciółką. „Kto jest raz marynarzem, zostaje nim na zawsze”, nuci układając się na poduszce i starając się śnić o stałym lądzie.

tłumaczenie: Karolina Popović
korekta: Anna Pawłowska

Uniwersytecka autonomia

con_fidel

Słyszałam setki razy, że przestrzeń uniwersytecka, jak camposanto (z włoskiego, „święte pole”, rodzaj cmentarza otoczonego krużgankami, w których znajdowały się grobowce – przyp. tłum.), nie mogła być nawiedzana przez demony represji. Wyobrażałam je sobie latające dookoła klatki schodowej, nie mogąc wkroczyć w tę strefę liter i formuł matematycznych, gdzie schronili się studenci. Ale ta domniemana odporność żyła jedynie w mojej wyobraźni, bowiem kubańska historia pokazuje systematyczne łamanie prawa, przez które cierpiały uniwersytety w naszym kraju. Pod spojrzeniem Pałacu Ateny, ideologiczna kara włamała się nieskończoną ilość razy do miejsc przeznaczonych dla wiedzy i erudycji.

W pierwszej połowie XX wieku miało miejsce wiele protestów studenckich, łącznie z żądaniem obalenia prezydenta, pokazując siłę społeczną, emanującą z pulpitów biurek. W murach wokół Coliny wciąż widać malunki wyrażające nonkonformizm młodych ludzi, który późniejsze czystki rewolucyjne zredukowały do apatii. Uniwersyteckie Zrzeszenie Studentów (FEU) przestało być kolebką idei i działań, które niejeden raz wstrząsnęły miastem, zamieniając się w reprezentację władzy studenckiej. Organizacja straciła przez to cały swój rewolucyjny charakter, a jej przywódcy nie są już wybierani na podstawie swojej charyzmy i popularności, ale ze względu na polityczną wiarygodność. Slogan „uniwersytet jest dla rewolucjonistów” przyczynił się do wykorzystania maski jako najpewniejszej metody zdobycia dyplomu.

W ciągu dwóch lat, odkąd Raul Castro zdobył władzę, wydalenie ze studiów z powodów ideologicznych utrzymano z tendencją wzrostową. Kiedy Sahily Navarro, córce więźnia Czarnej Wiosny, uniemożliwiono powrót na studia, zrozumiałam, że znajdująca się w złym stanie liga studencka przeszła z agonii w martwicę. Kilka dni później, gdy wydalono Martę Bravo ze studiów nauczycielskich, ponieważ domagała się reform w kraju, kamień nagrobny sekciarstwa ostatecznie przykrył zwłoki FEU. Akordy requiem napisali ci, którzy wyrzucili z pozycji docenta Daria Alejandra Paulino, gdy założył na Facebooku grupę, mającą być miejscem na dyskusje o zagadnieniach Wydziału Komunikacji Społecznej. Tymi trzema smutnymi wydarzeniami zrzeszenie, na którego czele stał niegdyś Julio Antonio Mella (1903-1926, założyciel Kubańskiej Partii Komunistycznej, wyrzucony z Uniwersytetu w Hawanie, przeciwnik przyszłego prezydenta Gerardo Machado, aresztowany za poglądy, bohater obecnej kubańskiej władzy – przyp. tłum.), potwierdziło swoją śmierć na rękach bestii dogmatyzmu i nietolerancji, które spacerują dziś w sposób wolny po uniwersyteckim kampusie.

*Na Facebooku utworzona została grupa „Basta de expulsiones en las Universidades cubanas” (Koniec z wydaleniami z kubańskich uniwersytetów”), mająca na celu protest, przynajmniej wirtualny, przeciw tym zamachom.

tłumaczenie: Karolina Popović
korekta: Anna Pawłowska

Wrócili

filh20101

Stepy, śnieg, jabłka i odgłos siekiery, tnącej drewno na nierówne kawałki. Tymi dalekimi obrazami i dźwiękami karmiło się nasze dzieciństwo ze względu na nadmierną obecność Związku Radzieckiego na Kubie w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Drżeliśmy z zimna oglądając czeskie i bułgarskie kreskówki, podczas gdy na zewnątrz słońce z tropików przypominało nam, że nadal żyjemy na Karaibach. Niektórzy nauczyli się mówić słowo „koniec” szybciej, niż wymawiać krótkie „fin” (koniec – przyp. tłum.), aż pewnego dnia niedźwiadki wyjechały, zostawiając nas bez filmów o zwycięskich żołnierzach i uśmiechniętych muhzików (ubogie chłopstwo w przedrewolucyjnej Rosji – przyp. tłum.).

Po 1991 roku liczne publikacje rosyjskiego wydawnictwa MIR można było znaleźć jedynie w antykwariatach, pod zakurzonym płaszczem zapomnienia. Jednak w lutym tego roku, Międzynarodowe Targi Książki poświęciły swoją XIX edycję krajowi, który przez dekady był mentorem i ekonomicznym wsparciem procesu kubańskiego. Towarzysze, którzy kiedyś płacili za nasz cukier astronomiczne ceny, podczas gdy sprzedawali nam swoją ropę za bezcen, wrócili ubrani w garnitury i krawaty. Wylądowali na wyspie, którą dawniej wspierali, ale tym razem po to, by promować swoje dzieła wydrukowane w jaskrawych kolorach i o tematyce odległej od marksizmu.

Na esplanadzie Fortecy la Cabaña krzyżują się długie kolejki chętnych do kupna nowych tytułów przybyłych ze wschodu. Dzieci tu i ówdzie przekartkowują ilustracje, na których pojawiają się złote kłosy żyta i ludzie w uszankach. Ale to już nie to samo. Obowiązkowa obecność, która była kiedyś w naszym życiu ikonografią, jest dla tych współczesnych malców czystą ciekawością wobec tego, co egzotyczne. W ich dziecięcych umysłach jodły nie zastąpią palm, a lisy nie zastąpią jaszczurek; Rosja będzie dla nich jedynie odległym i odmiennym regionem.

tłumaczenie: Karolina Popović
korekta: Anna Pawłowska

Błyskawiczni profesorowie i natychmiastowe wykształcenie

cuba_confidential

Zebranie było rzeczowe i wzięło w nim udział wielu reprezentantów lokalnego oddziału Ministerstwa Edukacji. Szmer rozchodził się wśród rodziców, siedzących na tych samych plastikowych krzesłach, których używają każdego ranka ich dzieci. Zbliżaliśmy się do daty ogłoszenia miejsc do kontynuacji nauki w wyższych klasach szkół średnich, wydawało się, że na tym spotkaniu podadzą nam liczbę szkół przeduniwersyteckich i technicznych przypisanych tej jednostce. Dlatego wiadomość o zakończeniu funkcjonowania „kompleksowych nauczycieli ogólnych” zupełnie nas zaskoczyła, bo zaczęliśmy już wierzyć, że ich istnienie przeciągnie się do okresu dojrzewania naszych prawnuków.

Kształcenie nastolatków na szybkich kursach, mających w swym zakresie wszystko, od gramatyki po matematykę, okazało się być kategoryczną porażką. Nie przez wzgląd na ich młodość, która zawsze jest mile widziana w każdym zawodzie, ale przez tempo ich kształcenia w nauczaniu i niewielkie zainteresowanie, które wielu z nich wykazywało wobec tak szlachetnego zawodu. W obliczu ucieczki profesjonalistów w dziedzinie edukacji do innych sektorów o bardziej atrakcyjnych zarobkach, pojawił się program błyskawicznych profesorów, a z nim, utykająca już jakość kubańskiej edukacji spadła na dno. Dzieci przychodziły do domu mówiąc, że w 1895 roku na Kubie wybuchła „wojna domowa” i że figury geometryczne miały coś, co się nazywało „voldes”, a co ich rodzice tłumaczyli jako „krawędzie” (pomyłka polegająca na względnym podobieństwie brzmienia wyrazu „voldes” (nieistniejącego) i „bordes” – krawędzie – przyp. tłum.). Pamiętam w szczególny sposób jednego z tych błyskawicznych nauczycieli, który wyznał swoim uczniom pierwszego dnia zajęć: „Uczcie się dużo, by nie przytrafiło się wam to samo, co mi, bo skończyłem jako nauczyciel przez to, że nie miałem dobrych ocen.”

Na domiar złego, pojawiły się telelekcje, mające zająć wysoki procent rozkładu zajęć szkolnych, z chłodem ekranu, który nie może wejść w interakcję. Ideą tych lekcji transmitowanych w telewizji było nadrobienie miernego przygotowania tych, którzy stawali przed uczniami. W wielu szkołach teleprofesor zastąpił człowieka z krwi i kości, a pensje nauczycieli wzrosły symbolicznie, nie przekraczając 30 dolarów miesięcznie. Nauczanie stało się czymś więcej niż powołaniem, stało się poświęceniem. Tak oto przed tablicą pojawiły się osoby, które nie opanowały ortografii ani historii swojego własnego kraju. Byli to młodzi ludzie, którzy podpisywali zobowiązania, by być nauczycielami, czego żałowali już po tygodniu pracy. Wypadki i deformacje edukacyjne, które przyniósł ze sobą ten precedens, zapisane są w tajnej księdze nieudanych planów rewolucyjnych i śmiesznych ogłoszeń produkcyjnych, które nigdy się nie powiodły. Tyle, że w tym wypadku nie mówiliśmy o tonach cukru czy kwintalach fasoli, ale o kształceniu naszych dzieci.

Oddycham z ulgą, że ten długi eksperyment edukacyjnego pogotowia już się skończył. Jednak nie umiem wyobrazić sobie dnia, w którym wszystkie te osoby z przygotowaniem do nauczania zostawią kierownice swoich taksówek, wyjdą zza baru czy zrezygnują z nudy pracy w domu, by wrócić do klas. Czułabym się przynajmniej spokojniejsza, gdyby zamiast ekranu telewizora, Teo mógł pobierać naukę od nauczyciela fizycznie obecnego, który opanował materiał. Myślę, że na to przyjdzie nam czekać aż do pokolenia naszych prawnuków.

tłumaczenie: Karolina Popović
korekta: Anna Pawłowska