Prawdy Zanussiego

zanussi.jpg

Z zamiarem pozbycia się rozczarowania z 24 lutego i odstraszenia oczekiwanej frustracji, którą przyniosły mi ostatnie dni, postanowiłam pójść do kina. W „Chaplinie” polski film z lat 70. wydawał się być idealnym sposobem, by oderwać się od kubańskich ulic, z całą ich zgodą i cierpliwością. Reżyser Zanussi został zaproszony na pokaz swojego filmu przed kubańską publicznością. Mieszanką hiszpańskiego i włoskiego, za to z precyzją, której pozazdrościć może każdy hiszpańskojęzyczny osobnik, ów pan zmusił mnie do lądowania zamiast lotu, konfrontacji, a nie ucieczki.

Żaden z obrazów i dialogów filmu “Mimetismo” (przypuszczalnie chodzi o film „Barwy ochronne” – przyp. tłum.) nie sprawiły, że przestałam myśleć o początkowej wypowiedzi Zanussiego. Dylemat absolwenta filologii – wszelkie podobieństwo jest czystym przypadkiem – i ustępstwo w sprawie integracji ze światem akademickim pełnym symulacji i oportunizmu, dały mi mocnego kopniaka. Jednak knockout wymierzyły mi proste przeprosiny reżysera, żałującego trafności swoich tez dotyczących „kamuflażu” i symulacji.

Ja, starająca się uciec i on, przypominający mi jednym zdaniem, że: „cynizm starców jest bardziej permanentny niż myśleliśmy”.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

W poszukiwaniu kamienia z Rosetty*

piedra_rosetta.jpg

*(Zabytek piśmiennictwa staroegipskiego, jego odkrycie stanowiło przełom w odczytywaniu egipskich hieroglifów, obecnie znajduje się w British Museum w Londynie – przyp. tłum.)

Wystąpienie Raula Castro podczas przejęcia przez niego stanowiska Szefa Rady Stanu i Rady Ministrów nie rozwiało moich już chronicznych wątpliwości. Nieustanne powtarzanie o zmianach, jakie nastąpią, ale bez podawania szczegółów i aluzja do zakazów, które mają zostać zniesione – choć w tym momencie bez ich specyfikacji – pozostawiły mi te same wątpliwości. Rozciągniecie wprowadzenia w życie tych zmian do „w ciągu kilku tygodni” czy „do końca tego roku” przypomina mi pożądaną szklankę mleka, obiecaną przez niego 26 lipca zeszłego roku, dotąd nieobecną podczas mojego skromnego śniadania.   

Wczoraj czułam się jak francuski egiptolog Champollion, starając się rozszyfrować każde słowo, każdą nową osobę, która dołączyła do grupy rządowej. Chociaż nie umiałam zinterpretować całości tego, co się wydarzyło, mogę zidentyfikować niektóre znaki i możliwe kierunki. Na przykład fakt, że Machado Ventura będzie teraz wiceprezydentem, wskazuje na to, że nie będzie elastyczności ani poczucia nowego pokolenia, co napiętnuje kolejne kroki. Ortodoksja, postawa pionowa i ekstremalna wierność zdają się wykwitać z tego osobnika, który przed niemal dekadą podpisał znany dekret zabraniający ustawiania choinek w miejscach publicznych. Jego obecność jako „numeru dwa”, pomijając fakt, że zdobył tylko 601 z 609 głosów, zniechęca większość „entuzjastów” rządu Raula.

Podczas próby dopasowania słów wystąpienia do codzienności mojej egzystencji, zatrzymałam się na stwierdzeniu o „zaprzestaniu nieznośnych (…) darmowych udogodnień”. To zdanie nakłoniło mnie do wysunięcia skromnej propozycji: zamienię trzy funty brązowego i białego cukru, miesięczny przydział trzech kilo ryżu i paczkę kawy, które dają mi z rynku żywności racjonowanej za zwiększoną dawkę wolności wyrazu. Wiem, że mój sklepikarz przestraszy się, gdy pokażę mu torbę, prosząc go o parę uncji „prawa do zrzeszeń”, kilka łyżek „wolności opinii” i małą porcję „możliwości wyboru”. Pewnie się mylę,  ale coś takiego chciałabym moc zinterpretować na podstawie tego, co wczoraj usłyszałam.

Egipskie hieroglify okazują się w większości przypadków łatwiejsze do zbadania niż nudna skostniałość kubańskiej polityki.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Bez zmrużenia oka

hacia_el_futuro.jpg

Nie dają mi spać od trzeciej nad ranem. Telefon zaczął dzwonić kilka minut po tym, że na stronie internetowej „Granmy” (kubański dziennik, wyd. od 1965r., organ Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Kuby – przyp. tłum.) umieszczono ostatnie przemyślenia Fidela Castro. Od tej chwili nie udało mi się wrócić do łózka. Ciężko jest mieć jasny umysł po spędzeniu godzin do świtu bez zmrużenia oka („madrugada”, słowo użyte w oryginale, określa czas między 2 a 6 nad ranem, brak takiego określenia w języku polskim – przyp. tłum.), jestem więc nadal na etapie „uszczypnijcie mnie żeby sprawdzić, czy już się obudziłam”. Przyjaciele też nie bardzo pomagają mi w tym, żebym się obudziła, „rozkładając” mnie pytaniami, tak jakby na tej wyspie ktoś mógł znać na coś „odpowiedzi”.

Całe moje życie spędziłam pod rządami jednego prezydenta. Nie tylko ja, ale i moja mama i mój tato, urodzeni odpowiednio w 57. i 54., nie pamiętamy innego, który nie byłby tym, który dzisiaj zrzekł się urzędu. Wiele pokoleń Kubańczyków nigdy nie zadawało sobie pytania, kto nami rządzi. Także teraz nie mamy wielu wątpliwości co do tego, kto zasiądzie na najwyższym miejscu, ale przynajmniej istnieje ktoś, kto wydaje się bezsprzecznie wykluczony. Jak w filmach Alfreda Hitchcocka dowiedzieliśmy się, zaledwie pięć dni przed wyborami, że nasi zdyscyplinowani parlamentarzyści spotkają się z innymi niż dotychczas kartami do glosowania, że nie będą musieli postawić krzyżyka przy „samym” kandydacie.

Pomimo pogrążania się we śnie zdołałam zdać sobie sprawę z tego, że dziś zamknął się pewien cykl. Warto zapytać się, czy ten nowy, który się otwiera, będzie nosił nasze imię, będzie się kierować naszymi pragnieniami i potrwa kolejnych pięćdziesiąt lat.

Póki co zamykam oczy i już czuję się lżejsza.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Convivencia („Wspólne życie” – przyp. tłum.)

logo_convivencia.gif

W tym środowisku pełnym kłótni, w którym szarpie nami konieczność bycia pierwszymi i inne zachowania, wywołujące podziały, konfrontacje i podejrzliwość, staje się balsamem dla duszy fakt, że grupa Kubańczyków, ekipa pinareños (mieszkańców Pinar del Rio, najbardziej na zachód wysuniętej prowincji Kuby – przyp. tłum.) wybiera życie we wspólnocie, ochronę i wzmocnienie rozproszonego narodu kubańskiego.

Wiem, że tego poranka wyłoniło się nowe miejsce w wirtualnej przestrzeni, stworzone wewnątrz wyspy, kierowane przez Dagoberta Valdésa. Magazyn, który z „ogona kajmana” (tak nazywa się prowincję Pinar del Rio, ze względu na jej kształt – przyp. tłum.) porusza problemy wspólne wszystkim Kubańczykom. Nowe miejsce, potwierdzające, że internet jest jednym z tych pęknięć, które osłabiają mur.

Czuję się związana z całą ekipą „Convivencia”. Nie tylko przez dzielenie z nimi przygody, jaką jest próba połączenia się z internetem na Kubie, ale również przez założenie, że metoda małych kroków jest najskuteczniejsza. Wraz z Dago, Toledo, Olgą, Kariną i Daguito nauczyłam się, że „mamy godzinę, piętnaście minut na narzekanie i czterdzieści pięć na znalezienie rozwiązania”. Wciąż jestem na etapie wprowadzania jej w życie, ale osiągnęłam, jak mniemam, przynajmniej pierwszy etap – umiejętność wyrażania tego „co mi się nie podoba”.

Żyjąc razem z grupą nowego czasopisma, podczas długich sesji poświęconych temu, by uzyskać kod HTML dla kubańskiej publikacji, cieszyłam się na myśl nie o przyszłości, ale o „dziś”. Liczę na to, że mieszanka talentu, tolerancji i skromności, które sobą reprezentują, jest zaraźliwa i przeniesie się  również na innych.

http://www.convivenciacuba.com

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Popołudnie tekstów i niezadowolenia

internet_etecsa.jpg

Wczoraj poszłam na Międzynarodowe Targi Książki w fortyfikacji Cabaña, we wschodniej części Hawany. Dzięki czytelnikowi tego blogu, który podarował mi niektóre tytuły ze swojego małego wydawnictwa hiszpańskiego, mogłam wyjść z czymś w ręku. Ceny w pesos convertibles przekonały mnie, żebym nic nie kupowała, podczas gdy wydawało mi się, że między ofertami w pesos kubańskich dostrzegam szóste i siódme reedycje Aleksandra Dumasa i Emilia Salgari.Niektóre pawilony zapchane były ludźmi, podczas gdy niektóre, szczególnie te, w których ulokowane były wydawnictwa zajmujące się tematyką polityczną i socjalną, świeciły pustkami. Główną atrakcją były małe zeszyty z kolorowankami i książki dla dzieci z rzucającymi się w oczy postaciami z Disneya, najrzadziej odwiedzanymi stoiskami były zaś te dotyczące wystąpień, wytycznych i utopii, którymi już jesteśmy karmieni każdego dnia.

Mimo wszystko to nie książki, a nieuchwytny internet, zwany przez niektórych „wirtualną łódką”,  dostarczył mi tego dnia najbardziej intensywnych przeżyć. Okazało się, że ETECSA (kubański odpowiednik Telekomunikacji Polskiej S.A., podlegający pod rząd Kuby – przyp. tłum.) umieścił blisko głównego wejścia telepunkt umożliwiający sprzedaż kart, telefonowanie i dostęp do sieci. W zeszłym roku już próbowałam usiąść przed klawiaturą, ale wyjaśniono mi w sposób „energiczny”, że są one przeznaczone tylko dla cudzoziemców. Łudząc się, że tym razem apartheid należy już do przeszłości, spróbowałam ponownie. Elegancka sprzedawczyni, sprawiająca wrażenie osoby, która dysponuje wieloma dyplomami z dziedziny marketingu i szkoleń dotyczących sprzedaży, sprowadziła mnie na ziemię prosząc mnie o paszport lub kartę turystyczną.

Nie umiem zrozumieć, że w przestrzeni dla lektury i poznania, jakim powinny być targi książki, istnieje strefa zamknięta dla tych, których cechuje „krajowe pochodzenie”. A jeśli do tego „ograniczonym obszarem” są drzwi do tej ogromnej biblioteki, archiwum i encyklopedii, jakimi jest internet, wszystko wydaje mi się tym bardziej absurdalne. Jak można na tym samym terenie wspierać lekturę i bronic dostępu do informacji, sprzedawać książki i cenzurować strony internetowe, wzmacniać siłę słowa i nie pozwolić nam wejść na chat, sprzedawać słowniki i nie dopuścić, byśmy skonsultowali się z Wikipedią.

Incydent ten przywołał w mojej pamięci ogromne woluminy z najwyższej polki regału z książkami, które ojciec zabraniał mi przeglądać, gdy byłam małą dziewczynką. Internet wydał mi się wczoraj jedną z tych książek – niedostępnych, a przez to „nie do odparcia”, a my, Kubańczycy, wiecznymi dziećmi, którym nie można pozwolić czytać ich strony.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Habeas data

mural.jpg

Obrazy z upadku Muru Berlińskiego widziałam jedenaście lat po sukcesach października 1989. W tym okresie mało Kubańczyków miało dostęp do odtwarzacza wideo i prasy zagranicznej. Wiadomości docierały do nas, gdy były już historią. Chłopak, który stawiał czoła czołgowi na placu Tiananmen ucieleśnił się przed moimi oczami dekadę po wydarzeniach. Nie mówiąc o tym, co działo się pod naszym nosem, a z czego ledwie zdawaliśmy sobie sprawę. Tak więc wydarzyło się „Maleconazo” roku 1994 (jedna z fal protestów ludności kubańskiej, jakie miały miejsce po upadku ZSRR  – przyp. tłum.) i za pomocą fragmentów wyświetlanych przez zagraniczne stacje telewizyjne mogliśmy odtworzyć atmosferę obrzucania się kamieniami i okładania pałkami, towarzyszącą tamtym wydarzeniom.

Za nami zostały czasy, kiedy oficjalne gazety, dziennik krajowy i radio kubańskie były jedynymi źródłami informacji, a może raczej dezinformacji, jakie mieliśmy. Technologia przyszła nam z odsieczą. Teraz, mimo tych wszystkich ograniczeń w dostępie do sieci, możliwe jest oglądanie programów oferowanych za pośrednictwem satelity i słuchanie radia na krótkich falach, bez zakłóceń; informacje docierają do nas.

Dobrym dowodem na to było szybkie, potajemne rozprzestrzenienie się taśmy wideo, na której Eliécer Ávila, student Uniwersytetu Nauk Informatycznych (UCI), interpeluje do przewodniczącego parlamentu kubańskiego. Jak udał się wyciek nagrania tych niewygodnych pytań, które wywołały w Ricardo Alarconie fale potu, gestykulacji i dobrze znane porównywanie z przeszłością, pozostaje w sferze spekulacji i wątpliwości. Kilka tygodni po wydarzeniach spora liczba Kubańczyków widziała i słyszała o tym pojedynczym starciu.

Wydaje się już niemożliwe zdezaktywowanie tej krytycznej i tajemniczej sieci, przynoszącej nam „wiadomości o nas samych”. Pomijane i fałszowane informacje zamieniły nas ostatecznie w gorliwych poszukiwaczy danych, mistrzów w sztuce zapoznawania się ze szczegółami. Dziś było wideo z UCI, jutro będzie zapoznanie się z czymś bardziej sklasyfikowanym i tajnym, co rozprzestrzeni się w kubańskim społeczeństwie.

Podczas gdy oficjalne media utrzymują swój bukoliczny letarg, my się szkolimy. Chłopak z UCI już ma swoją twarz, znamy jego głos, słyszeliśmy, jak jąkał się jego rozmówca. Nie jest to ogromny chiński plac z chłopakiem stawiającym czoła czołgom i ten obraz nie dotrze do nas z dziesięcioletnim opóźnieniem.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Z Domu Narodowego

zona_aprendizaje.jpg

Zbliżają się wybory przypadające na 24 lutego i na ulicach mojego miasta tylko niewielka ilość osób zastanawia się, kto będzie naszym następnym prezydentem. Mimo to postanowiłam podjąć zupełnie niczemu nie służący wysiłek wypunktowania, jaką osobę chciałabym widzieć jako naszego reprezentanta:

– Nie chcę, by wojskowy stał na czele państwa (już Państwo wiedzą, że mam uczulenie na oliwkową zieleń). Wolę cywilów, którzy nie mówią o armatach, za to znają moje obawy i problemy życia codziennego.
– Nie pragnę „charyzmatycznego” lidera (to służy tylko do dobrych zdjęć lub przekształcenia się w idola), tylko skromnego administratora, który będzie dbał o zasoby kraju i nie będzie przekonany o tym, że nami „kieruje”, za to będzie wiedzieć, że powinien nam „służyć”.
– Podobał by mi się ktoś, kto pod koniec swojej kadencji oddałby swoje stanowisko następnemu wybranemu albo kogo moglibyśmy usunąć ze stanowiska, gdy przestanie nas reprezentować.
– Marzy mi się (i tu wyłazi ze mnie feminizm) pragmatyczna pani domu, która tam z góry zatroszczy się o to, co mamy włożyć do garnka i poświęci się pojednaniu swych „skłóconych” dzieci.
– Liczę na to, że nie będzie to kolejny stający w szranki orator, ale jakiś dziwny gatunek polityka, który umie nas słuchać.
– Nie czekam na wszechobecnego i wszechmocnego ojca, tylko na prezydenta, na którego będę mogla narzekać publicznie i w sposób wolny.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html