Zakłócenia

cableria

 

Radio, które dostałam w prezencie na ostatnie urodziny drzemie, pełne kurzu, na regale z książkami. Po co je włączać, skoro ledwie mogę cokolwiek usłyszeć. Nie odbiera dobrze nawet krajowych stacji w tym obszarze pełnym wysokich ministerstw i anten, których używa się, aby zakłócić transmisje krótkich fal, wchodzących do kraju. Łudziłam się, że będę mogła słuchać Deutsche Welle w celu utrzymania kontaktu z językiem niemieckim, a usłyszałam szum w miejsce oczekiwanego „Guten Tag”.

 

Na tej Wyspie żyjemy w środku prawdziwej wojny radiowych frekwencji. Z jednej strony stacja zwana Radio Martí, nadawana ze Stanów Zjednoczonych, zabroniona ale bardzo popularna wśród moich rodaków, z drugiej strony szumy, które używane są do jej zagłuszenia. Radioodbiorniki sprzedawane w oficjalnych sklepach pozbawiane zostają modułu, pozwalającego na słuchanie zagranicznych audycji, a policja ma w praktyce wykrywanie na dachach sprzętów, które pomagają w lepszy sposób wyłapywać te sygnały.

 

Ale we wnętrzach domów ludzie szukają miejsca, niech to będzie w rogu, blisko okna czy pod sufitem, gdzie radio zdoła przezwyciężyć buczenie tych nieznośnych zakłóceń. Powszechne jest widzieć kogoś, kto leży na podłodze i lokalizuje dokładny punkt, w którym lokalny program zagłuszony zostaje przez ten, który dociera do nas z zewnątrz. Nie jest ważne to, co nadają po drugiej stronie, niech będzie to nudny program muzyczny, wiadomości po angielsku czy prognoza pogody w innej części świata. Balsamem dla uszu jest już fakt, że brzmi to inaczej, że oddziela się od tej mieszanki haseł i prozy bez wolności, które transmituje każdego dnia kubańskie radio.

tłumaczenie: Karolina Popović

korekta: Anna Pawłowska

Claria*, z rzeki do ścieków

 

Fragment dokumentu zrealizowanego przez Fabiána Archondo i Fundację Nowego Kina Latynoamerykańskiego.

 

Mój syn jest w wieku, w którym mógłby zjeść ściany domu, gdybyśmy go nie pilnowali. Otwiera i zamyka drzwi lodówki wierząc, że ten sprzęt AGD jest w stanie wyprodukować jedzenie sam z siebie. Jego apetyt jest tak nienasycony i tak trudny do zaspokojenia wśród braków i wysokich cen żywności, że nadaliśmy Teo przydomek po żarłocznej rybie „la claria”. Jego apetyt przypomina nam ten gatunek, który ktoś bystry wprowadził do naszego kraju aby wzmocnić hodowlę ryb, a który dziś jest plagą naszych rzek i jezior. Oczywiście chodzi tu o rodzinny żart, przecież ten ciągle głodny nastolatek nie jest w stanie pochłonąć rzeczy, które wchodzą do ust tej wędrownej ryby.

 

Z wyraźnymi wąsami, o kolorze szarości z odcieniem błękitu i zdolnościami przeżycia aż trzech dni poza wodą, clarie stanowią już część naszego krajobrazu wiejskiego i miejskiego. Należą do tych nielicznych zwierząt, które przeżyły zanieczyszczenie rzeki Almendares i zdołały zająć miejsce innych pysznych gatunków w zamrażalnikach sklepów rybnych. Jednak ani ich zdolność do adaptacji, ani brzydota nie niepokoją tak bardzo jak ich ekstremalna agresja. Jedzą wszystko, począwszy od gryzoni i kurczaków, a kończąc na szczeniętach i wszystkich typach ryb, żab i ptaków.

 

Nasze władze importowały ten obcy gatunek jako rozwiązanie problemów Okresu Specjalnego, powodując ogromną szkodę w ekosystemie. Podobny brak odpowiedzialności zdarzył się już przy wprowadzeniu tilapii i lina, ale efekty są nieporównywalnie bardziej dramatyczne w przypadku tej ciemnej i nieuchwytnej kreatury, która króluje dziś w naszych wodach. Ukryta w błocie, wypływająca przez ścieki w środku miasta czy też pełzająca na skraju drogi, jej rozprzestrzenienie pokazuje kruchość natury wobec ministerialnych dyrektyw. Zostanie z nami przez długi czas, co do tego nie mam żadnych wątpliwości, nawet wtedy, gdy ci, którzy wprowadzili ją do naszego kraju będą tylko wspomnieniem, ulotnym jak okruchy w ustach clarii.

 

* claria – ryba z gatunku sumokształtnych, występująca w wodach słodkich Ameryki Południowej – przyp. tłum.

 

tłumaczenie: Karolina Popović

korekta: Anna Pawłowska

Zły pan

bicitaxi

Jednym z głównych tematów, gdy mówi się o Kubie, jest to, czy w odniesieniu do rzeczywistości, w której żyjemy, można użyć przymiotnika „socjalistyczny”. Mojemu pokoleniu, wychowanemu między książkami do marksizmu, podręcznikami do naukowego komunizmu i tomami z tekstami Lenina, identyfikacja tego modelu z tym, co napisane jest w owych dziełach, przychodzi z trudnością. Gdy ktoś mnie o to pyta, mówię, że na tej Wyspie żyjemy w systemie państwowego kapitalizmu, czy też, o ile można to tak nazwać, na latyfundiach partii… rodzinnego klanu.

Moja teoria pochodzi stąd, że w tych archaicznych książkach, które przyszło mi czytać, występowała niezastąpiona linia, charakteryzująca socjalistyczne społeczeństwo: to, że środki produkcji znajdowały się w rękach pracowników. Jednak to, co widzę dookoła mnie to Państwo, do którego wszystko należy, będące właścicielem maszyn, przemysłu, infrastruktury narodu oraz decyzji, jakie się wobec niego podejmuje. Pan, który wypłaca minimalne pensje i wymaga od swoich pracowników poklasku i ideologicznej bezwarunkowości.

Ten chciwy właściciel informuje dziś, że nie może nadal zatrudniać ponad miliona osób w sektorach budżetowych i biznesowych. – Aby przyspieszyć rozwój i aktualizację systemu ekonomicznego – mówi nam – trzeba zredukować listę płac – podczas gdy ledwie otwiera przy tym małe i znajdujące się pod kontrolą miejsca na samodzielną działalność. Nawet Kubańska Centrala Robotników, jedyny związek zawodowy dopuszczony do działalności w tym kraju, informuje, że zwolnienia nadejdą już wkrótce i że musimy zaakceptować je w zdyscyplinowany sposób. Smutna jest rola tych, którym przychodzi reprezentować prawa swoich członków przed władzą, a nie na odwrót.

Co zrobi ten staromodny pan, który miał tę Wyspę w posiadaniu przez pięć dekad, jeżeli ci, którzy dziś są bezrobotni, jutro staną się dysydentami? Jak zareaguje, gdy autonomia pracy i autonomia gospodarcza samozatrudniających się, zamieni się w autonomię ideologiczną? Zobaczymy jego przekleństwa, piętnowanie tych, którym się udało, bo nadwyżka, podobnie jak fotel prezydencki, może należeć tylko do niego.

tłumaczenie: Karolina Popović
korekta: Anna Pawłowska

Olivia

mariposa

Mój przyjaciel Miguel wyjechał, zmęczony czekaniem na operację zmiany płci i wiedząc, że nigdy nie uda mu się dostać lepszej pracy. Zostawił rudą perukę koledze, który pracował w tym samym szpitalu i sprzedał, nielegalnie, pokój, który miał w Luyanó. W dniu, w którym poprosił o pozwolenie na wyjazd, ubrał się w garnitur i krawat, które wywołały w nim atak śmiechu, kiedy spojrzał na siebie w lustrze. W biurze emigracyjnym starał się trzymać ręce spokojnie na fałdzie spodni, aby ostatnie tchnienie homofobii nie zepsuło mu wyjazdu.

Uciekł zanim zatrzymano tę rzekę Kubańczyków, która przez krótki czas płynęła do Ekwadoru. Jego małżeństwo było jednym z 700 zawartych między obywatelami obu krajów, w wielu przypadkach po to, by otrzymać status rezydenta w tym południowoamerykańskim państwie. Miguel wyłożył ekwiwalent 6 tysięcy dolarów i w zamian za to wziął w Hawanie ślub z kobietą z Quito, którą widział zaledwie przez parę godzin. Sfingował zdjęcia z miesiąca miodowego, zapłacił funkcjonariuszowi Ministerstwa Zdrowia Publicznego, by ten dał mu „zwolnienie”, a nawet wyłożył trochę gotówki, by jego biała karta nie była zbyt opóźniona. Symulował bycie kimś, kim nie był i okazało się, że przyszło mu to łatwo, bo nam, mieszkającym na tej Wyspie, dobrze idzie noszenie maski.

Teraz czekają go ciężkie chwile, ponieważ ekwadorska policja rozpoczęła dochodzenie w sprawie 37 tysięcy Kubańczyków, którzy przybyli do tego kraju w ostatnich latach. Mimo to nie wydaje się być przestraszonym. Jest jednym z gejów, na których spadały uderzenia w policyjnych radiowozach i którego od lat inwigilowano za jego krytyczne opinie. Po doświadczeniu tego obosiecznego miecza cenzury już nic go nie przeraża. Kiedy zadzwonią, by wyjaśnił swój pobyt – jeśli do niego zadzwonią – pójdzie w czerwonej kamizelce, którą zawsze chciał tu włożyć. Nikt nie będzie go powstrzymywał przed gestykulacją podczas rozmowy, bo Miguel wyzwolił się już od tamtego Miguela, którym kiedyś był, by zamienić się, szczęśliwie, w Oliwię.

tłumaczenie: Karolina Popović
korekta: Anna Pawłowska

Złamana obietnica

cartel-cubas-destrozado

Obiecałam sobie, że nigdy więcej nie napiszę o tym panu z zadbaną brodą i w oliwkowym mundurze, który wypełniał każdy dzień mojego dzieciństwa swoją permanentną obecnością. Z wielu powodów podjęłam decyzję nieodnoszenia się do Fidela Castro: on reprezentuje przeszłość; trzeba patrzeć do przodu, na Kubę, gdzie jego już nie będzie, a przy wyzwaniach teraźniejszości poświęcanie mu uwagi wydawało mi się niewybaczalnym czynnikiem rozpraszającym. Dziś jednak ponownie pojawił się w moim życiu z jednym ze swych charakterystycznych wybuchów. Czuję się zobligowana do ponownego odniesienia się do niego po jego wypowiedzi, że „system kubański nie działa nawet u nas”, które to słowa wypowiedziane zostały w rozmowie z dziennikarzem Jeffreyem Goldbergiem.

O ile pamięć mnie nie myli, za łagodniejsze lub podobne wypowiedzi wyrzucono wielu członków Partii Komunistycznej i skazano wielu Kubańczyków na wysokie wyroki. Palec wskazujący człowieka, który był Najwyższym Liderem, systematycznie kierowany był przeciw tym, którzy próbowali wytłumaczyć mu, że kraj nie funkcjonuje. Jednak nie tylko kara czekała nieposłusznych, musieliśmy założyć maskę, by przeżyć na tej wyspie, którą on próbował ukształtować na swój obraz i podobieństwo. Udawanie, szepty, oszustwa, a wszystko to po to, by ukryć tę samą opinię, którą teraz ten „wskrzeszony” lider pośpiesznie wysuwa w obliczu zagranicznego dziennikarza.

Być może chodzi o atak szczerości, który dopada ludzi w podeszłym wieku, kiedy podsumowują swoje życie. Może to też być desperacka próba zwrócenia na siebie uwagi, jak jego proroctwo o bliskim załamaniu nuklearnym czy spóźnione wyznanie mea culpa za represje wobec homoseksualistów, które nastąpiło kilka tygodni temu. Widząc go, przyznającego się do porażki „jego” modelu politycznego mam wrażenie, że jestem świadkiem sceny, w której aktor gestykuluje i podnosi głos po to, by publiczność nie przestała na niego patrzeć. Jednakże tak długo, jak długo Fidel Castro nie weźmie do ręki mikrofonu i nie ogłosi, że jego przestarzały wytwór rozpadł się, to tak, jakby nic się nie stało. Jeżeli nie powtórzy tego samego zdania wewnątrz Kuby i nie zgodzi się nie zakłócać potrzebnych zmian, jesteśmy w tym samym punkcie.

Uwaga:

Wczoraj, kiedy dostałam tę informację, napisałam krótki tweet: „Fidel Castro przechodzi do opozycji, mówiąc dziennikarzowi Jeffreyowi Goldbergowi, że kubański model nie działa nawet u nas”. Chwilę później zadzwonił do mnie mój przyjaciel, dysydent, któremu wysłałam ten sam tekst SMS-em. Jego słowa były ironiczne, ale prawdziwe: „jeśli On przeszedł do opozycji, ja przechodzę na stronę oficjalnej doktryny”.

tłumaczenie: Karolina Popović
korekta: Anna Pawłowska

Świętowanie

fundacionprincipeclaus

ipi

W dniach takich jak ten bardzo żałuję, że nie mam dostępu do Internetu, by móc dzielić moją radość z komentatorami tego blogu. Klikać w klawiaturę, wznosić toasty przed ekranem i dziękować tym wszystkim, którzy wspierali mnie słowami zachęty, krytyki oraz swoimi sugestiami.

Przed trzema laty ta nieśmiała kobieta, którą byłam, otworzyła tę wirtualną przestrzeń, by opowiadać o swojej rzeczywistości, mając więcej obaw niż pewności. Pamiętam początkowe niedowierzanie jednych czytelników, wątpliwości innych, legitymację Urzędu Bezpieczeństwa lub CIA, jaką jeszcze inni mi przypisywali, niepowodzenia na uciążliwej drodze wyrażania opinii. Od 2007 roku aż do dziś czuję, że przeżyłam naraz sześć czy siedem żyć, pełnych osiągnięć, ale naznaczonych również stałym wpływem aparatu represji, który nie chce spać.

Jednakże jako chroniczna optymistka skupię się na tym, co daje satysfakcję: na wzrastającej alternatywnej blogosferze, pękającym murze, Podcaście, który zainaugurowałam przed paroma tygodniami i wszystkich tych wiadomościach SMS, które otrzymałam z okazji nadania mi przez Instytut Prasy Międzynarodowej tytułu „Bohater Wolności Słowa”, a teraz na Nagrodzie Księcia Clausa 2010.

tłumaczenie: Karolina Popović
korekta: Anna Pawłowska

Cztery centymetry tolerancji

pizarra

Wczoraj poszłam zapisać mojego syna do szkoły i zamiast kartki z powitaniem natknęłam się na tablicę o następującej treści.

W kwestii ubioru: uczennice nie noszą więcej niż jednej pary kolczyków. Koszule i bluzki nosi się w spodniach. Nie będzie się stosowało agrafek, by dopasować je do ciała ani dopuszczało, by były krótsze niż do pasa spodni czy spódnicy. Nie usuwać kieszeni. Spódnice powinny mieć długość 4 centymetrów powyżej kolan. Nie dopuszcza się spódnic biodrówek, przebarwionych lub przypalonych żelazkiem. Spodnie powinny być dopasowane do wysokości butów. Nie pozwala się na noszenie spodni biodrówek. Nie pozwala się na bransoletki, naszyjniki, łańcuszki i pierścionki. Symbole religijne nie mogą być widoczne. Buty mają być zabudowane, a pończochy białe i czarne. Nie wolno nosić odtwarzaczy MP3, MP4, telefonów komórkowych. Uczniowie nie noszą kolczyków, klipsów ani piercingu. Paski powinny być proste, bez ekscentrycznych lub nowoczesnych sprzączek, czarne lub ciemnobrązowe.

W kwestii włosów: odpowiednie są włosy obcięte, uczesane i ogolone, należy wyeliminować całą ekstrawagancję i nowoczesność dalekie od noszonego mundurka. Osobnikom płci męskiej nie pozwala się na długie włosy, spinki ani inne przedmioty wpięte we włosy. Kobiety nie mogą nosić wiszących kolczyków. Ozdoby we włosach powinny być koloru niebieskiego, białego lub czarnego. Mają być odpowiedniej wielkości. Długość włosów u mężczyzn nie może przekraczać 4 centymetrów.

Mam teraz wątpliwości czy Teo ma zacząć chodzić do szkoły średniej, czy też jednostki wojskowej.

tłumaczenie: Karolina Popović
korekta: Anna Pawłowska