Czas nie ma wartości

1_52.jpg

Niech spróbują Państwo podjąć wyzwanie odnalezienia w tym mieście jednego publicznego zegara, który by funkcjonował, wskazywał godzinę punktualnie lub chociaż w przybliżeniu do realnego czasu.  Nie uda się Państwu. Nawet na fasadzie Terminalu Pociągów, gdzie nieruchome wskazówki pokazują zawsze dwadzieścia po piątej. Nie chodzi o to, że mamy jakiś rodzaj awersji do mechanizmów o metalowych ząbkach czy do cyfrowego wyświetlacza, tylko o to, że czas nie ma dla nas żadnej wartości.

Możemy spędzić godzinę w kolejce, by zapłacić za elektryczność albo zużyć połowę czasu pracy na naprawę pary butów. Jeśli pod koniec dnia uda się nam skończyć choć jedno zadanie, mamy powód do satysfakcji. Zorganizowanie lub uczynienie bardziej efektywnym naszego czasu postawi nas tylko przed dylematem popadnięcia w neurozę lub masochizm.

Cóż za przygoda każdego dnia! Nie wiedzieć na pewno kiedy będziemy mogli pojechać autobusem, otrzymać usługę albo kupić bilet. O my szczęśliwcy, którym obojętne jest czy jest dziewiąta trzydzieści czy kwadrans po dziesiątej. Te drażniące instrumenty, starające się odmierzyć swoim „tik, tak” upływ minut i godzin wprowadzają nas tylko w zły nastrój i nie pozwalają cieszyć się spokojnym poczuciem straty czasu.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Dzieci połykają Saturna

1_502.jpg

Ta młodzież, którą dziś widzę, zasłuchana w swoje mp3 i ze spodniami poniżej bioder, tęskni, jak kiedyś my, za momentem, gdy stanie się „głową domu” i zmieni meble, odmaluje ściany i zaprosi przyjaciół. Ma tą samą awersję do tego, co odziedziczone i identyczny pociąg do tego, co zabronione,  jak my, gdy byliśmy w tym wieku. Nie pójdzie tą samą drogą, którą wytyczyli jej starsi i na szczęście nie dopasuje się za żadną cenę do ideału „nowego człowieka”.

Podoba mi się sposób, w jaki ci młodzi ludzie udają, że nic ich nie obchodzi, kiedy w rzeczywistości czekają tylko, by wziąć mikrofon, chwycić za pióro i podnieść palec. Obserwuję ich i nie umiem sobie wyobrazić tych, którzy dziś poruszają się w rytmie regetón, jako dopasowujących swój krok do marszu wojskowego. Nie mogę też ujrzeć ich zahipnotyzowanych jakimś liderem, dających się ponieść i poświęcić dla niego. Hedonizm ratuje ich od bezwarunkowego zaangażowania się, a pewna doza frywolności chroni ich przed trzeźwością ideologii. 

Parafrazując poetę Eliseo Diego (poeta i pisarz kubański, uznawany za jednego z największych twórców Ameryki Łacińskiej, urodził się w 1920 w Hawanie, zmarł w 1994 w Meksyku, zdobywca wielu nagród, współtwórca pisma „Origenes” – przyp. tłum.), ci sympatyczni młodzi ludzie mają „czas, cały czas”. Tak więc w chwili obecnej pozwalają, by starsi wierzyli w swoje kompromisy kontynuacji i konserwacji. Nadejdzie przecież dzień, gdy zmieni się im nawet zamki w drzwiach domu.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Kilka nieścisłości

1_512.jpg

Słuchając słów kubańskiego ministra spraw zagranicznych, Felipe Pérez Roque, w odpowiedzi na wystąpienie Busha, poczułam się nieco zbita z tropu. Dowiedziałam się za jego pośrednictwem, że w naszym kraju „funkcjonują dziś 602 Domy Kultury (dosłownie: Kluby Młodzieżowe – przyp. tłum.) z więcej niż 7000 komputerów, które umożliwiają darmowy dostęp do internetu ponad dwóm milionom Kubańczyków rocznie”. Jaka ja byłam głupia, robiąc tyle wysiłku, by publikować każdy post, skoro wynika, że internet był dostępny, i to gratis, na rogu mego domu! Jednak zdumienie i entuzjazm trwały krótko. Poszłam do najbliższego Domu Kultury (Estancia i Santa Ana, Municipio Plaza), by sprawdzić wiarygodność słów ministra spraw zagranicznych i otrzymałam tę samą, dobrze mi znaną odpowiedź: „Tu mamy tylko intranet, nigdy nie mieliśmy internetu”.

Innym szczegółem, który wprawił mnie w zdumienie, było publiczne zaprzeczenie temu, że  „Uniwersytet jest dla rewolucjonistów” i zapewnienie przez Pérez Roque, że „nikt nie broni im wstąpienia (odnosząc się do dzieci opozycjonistów), nawet jeśli są ludźmi nie podzielającymi idei rewolucji”. Inne ośrodki kształcenia nie są włączone do tej nowej linii tolerancji, skoro przy zapisie syna do szkoły średniej pytano o przynależność polityczną i przynależność do masowych organizacji ich rodziców. Po co potrzebna dyrekcji centrum szkolnictwa wiedza, czy rodzina dziecka ma takie czy inne preferencje ideologiczne? Wydaje mi się, że nie służy to wspieraniu pluralizmu i akceptacji.

Wystąpienie bez niespodzianek. Więcej tego samego: odwiecznej różnicy między tym, co mówią politycy a rzeczywistością.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Ja podejrzewam, ty podejrzewasz, wszyscy podejrzewają

1_49.jpg

Nauczycielka mojego syna obwieściła, że pośród uczniów jest jeden, którego zapisuje, bez podania nazwiska, na listę tych, którzy źle się zachowują. Bardzo wcześnie wypróbowują te dzieci paraliż, jaki wywołuje poczucie bycia obserwowanym, strach, jaki przynosi możliwość donosu. W tym momencie „szept” ukrytego kolegi może przynieść im naganę lub karę, ale pewnego dnia będzie ich kosztować utratę posady, możliwości podróżowania, małych uzyskanych przywilejów czy wolności.

Dla nas, którzy żyliśmy od dziecka w otoczeniu tego braku zaufania i tej paranoi, zaufanie jest uczuciem przynoszącym same problemy. Wszyscy wszystkich podejrzewają. Jeśli się o czymś nie mówi głośno, wiemy, że „o coś chodzi”, jeśli zaś wprost przeciwnie, ktoś jest ekstrawertykiem, przypinamy mu łatkę infiltrowanego prowokatora. Nie ufamy sąsiadowi, który uśmiecha się do nas, patrząc, co niesiemy w siatce, przyjacielowi, który przychodzi z odwiedzinami w zbyt strategicznych momentach, ani członkowi rodziny, który plecie bzdury przez telefon. Nie mamy zaufania do tego, kto wychodzi, bo może idzie wykonać polecenia z zewnątrz i bronimy się przed tym, który krytykuje, tu wewnątrz, bo jego zachowanie może być iskrą zapalną dla naiwnych.

Rozglądam się wokół siebie i stwierdzam, że to sukcesywne sączenie paranoi zadziałało. Agenci CIA i członkowie Ochrony Państwa zamieszkują nasze strachy. „Kret”, którego się boimy, a którym może być każdym z nas i przed którym wszyscy się strzeżemy jest najskuteczniejszym z knebli i najefektywniejszą drogą do braku jedności.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Gdzie jest Pepito?

1_47.gif

To impertynenckie i obsceniczne dziecko, które jest bohaterem naszych żartów, dla którego protestowanie i bycie perwersyjnym znaczy tyle samo, jest w ostatnich dniach zbyt milczący. Pepito był szczyptą pieprzu, która pozwalała śmiać się nam nawet z tragedii; wkładaliśmy mu w usta to, czego nie ważyliśmy powiedzieć się na poważnie i wraz z nim kpiliśmy z instytucji, polityków i problemów.

Pepito, nasze wieczne, szelmowskie dziecko, wybrał się na księżyc, do piekła, do Watykanu i przekroczył, przy wielu okazjach, Cieśninę Florydy. Z pozycji jego winy – niewinności proponował rozwiązania pozbawione szacunku i niejeden raz miał bardziej wybujałą fantazję niż analitycy i akademicy. W Okresie Specjalnym („Período Especial”, okres długiego kryzysu na Kubie, spowodowanego upadkiem związku Radzieckiego w 1991 i trwającego do 1994 roku – przyp. tłum.) stał się sarkastyczny i pesymistyczny, ale od kilku lat jest dziwnie milczący i nudny.

Od miesięcy nie słuchamy jego żartów i jakaś dziwna trzeźwość zaczęła się panoszyć w naszych życiach. Niektórzy podejrzewają, że Pepito emigrował albo umarł, że stracił poczucie humoru został zatrzymany przez swoje żarty. Może po prostu się wypalił, wygasił od ciągłego powtarzania kpin. Obawiam się, że staliśmy się zbyt poważni, zatroskani, nudni i po prostu go udusiliśmy, zmuszając do bycia formalnym, trzeźwym, roztropnym, a w końcu, by przestał być Pepitem.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Szczęśliwe serca

1_46.jpg

Obiecałam sobie nie przejmować się rezultatami pewnego badania, przeprowadzonego przez naukowców amerykańskich i innych, z Uniwersytetu Cienfuegos o pozytywnych efektach Okresu Specjalnego („Período Especial”, okres długiego kryzysu na Kubie, spowodowanego upadkiem związku Radzieckiego w 1991 i trwającego do 1994 roku – przyp. tłum.) na nasze zdrowie fizyczne. Skoro statystyki mogą wykazać niemal każdą rzecz, nie warto zaczynać sporu o prawdziwość niskiego wskaźnika cholesterolu wykrytego w naszej krwi. Ale gdy patrzę na siebie w lustrze i stwierdzam, z lotu ptaka, ewidentne ślady w wadze i talii, jakie zostawiły te „ciężkie lata”, nie mogę się opanować.

Moje pokolenie przeżyło swoje dojrzewanie słysząc „nie ma” i śniąc o puszkach z kondensowanym mlekiem i konserwach bułgarskich z wyidealizowanych lat 80tych. Zbieraliśmy się, by rozmawiać o jedzeniu, podczas gdy połykaliśmy łyżkami cukier i inne rzeczy wątpliwego pochodzenia, które nasi rodzice przygotowywali z wielkim poświęceniem. Jedzenie zamieniło się w obsesję, która nadal nas cechuje.

Zbyt powierzchownymi są badania, które koncentrują się tylko i wyłącznie na malej obecności tłuszczu w naszym organizmie. Kto zbada w takim razie zaburzenia mentalne spowodowane niedostatkiem, samobójstwa, ucieczki na zaimprowizowanych łódkach, by oddalić się od prawie pustego talerza, osobiste i profesjonalne projekty, które nie doczekały się realizacji, dzieci, które się nie narodziły, frustrację i zmuszenie do „chomikowania”, do nie zostawienia niczego, co możemy włożyć do ust, które nadal nam towarzyszą?

Tak, miałabym ochotę przeczytać w całości badania przeprowadzone przez naukowców i poszukać, czy w jakimś miejscu, razem z wyrażeniami jak „ciśnienie tętnicze”, „siedzący tryb życia”, „cholesterol” i „zdrowie” pojawiają się inne, jak „szczęście”, „spokój” i „marzenia”.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Długa lista wykluczonych

1_45.jpg

Podczas tego weekendu odbyły się w mieście targi książki. Dobry pomysł, by wyjść z marazmu kulturalnego, jaki od końca lata pokrył Hawanę. Paseo del Prado i obszary wokół Kapitolu wypełniły się namiotami, muzyką i publicznością żądną ujrzenia nowych tytułów i zaalarmowaną zwiększonym kosztem „nałogu czytania”.

Spacerowałam kilka godzin między kioskami i zauważyłam duży procent reedycji, które zdobiły regały. Dostrzegłam też nieobecnych, tych, o których się nie wspominało, pisarzy kubańskich, którzy w przeciągu ponad czterdziestu lat powiększali listę „zakazanych”. Wybór, kto może być czytany na Kubie a kto nie, tworzy część polityki kulturalnej i był tematem, który podsycał polemikę intelektualną ze stycznia i lutego tego roku.

Na tej wyspie, dotkniętej geniuszem literatury, spaceruję na targach książek i nie widzę nazwiska  Cabrera Infante, ani Jesús Díaz, a już na pewno nie Heberto Padilla czy Lino Novás Calvo. Pytam młodej sprzedawczyni, czy ma coś Eliseo Alberto Diego, a ona odpowiada mi wzruszeniem ramion, nie wiedząc, co powiedzieć. Nie dostrzegam też niespokojnego geniusza Reinalda Arenasa i mało, bardzo mało dzieł Mañacha. 

Ktoś uciszył to, co powinno być czytane. Zza jakiegoś biurka zabroniono mi stron, które należą do  mnie z prostej przyczyny, że się tu urodziłam. Książki i jeszcze więcej książek, których nie widziałam, a które kładą się na mnie ciężarem swej nieobecności.

Wracam do domu i cieszę się, że moja biblioteka nie zna wykluczeń, nie jest podzielona na barwy polityczne ani kryteria pozaliterackie jak „zdrada” czy „nie odpowiadanie standardom”.

W codziennej czynności porządkowania moich książek trenuję moją tolerancję i wykpiwam cenzurę. 

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Solidarność do mnie dociera

1_44.jpg

Po otrzymaniu lawiny maili będę musiała zmienić koniec mojego postu „Sztuka blogowania” i w miejscu „udaje się mi przetrwać, bo bloguję” wpisać „udaje się mi przetrwać, bo bloguję i dlatego, że mnie czytacie”.

Wszystkim przyjaciołom, którzy w ostatnich dniach napisali do mnie z tylu miejsc – Ekwadoru, Argentyny, Wenezueli, Chile, Stanów Zjednoczonych, Hiszpanii, Włoch, Francji, Brazylii, Szwecji, Niemiec, Anglii, a nawet Chin – zmotywowani informacją z Reutersa lub dlatego, że znaleźli dojście do „Generacji Y” bardzo serdecznie dziękuję. Będę trochę zwlekać w przetwarzaniu i odpowiedzi na każdą otrzymaną wiadomość (już wiecie o moich trudnościach z surfowaniem w internecie), tak więc zamieszczam tu ogólne odpowiedzi na najczęściej stawiane pytania:

Dlaczego ten blog nie ma możliwości dodawania komentarzy? Będzie mieć, tyle, że jeżeli przyjrzycie się dobrze, zdacie sobie sprawę, że nie jest zamontowany na żadnej znanej platformie, ani na WordPress ani na Movable Type, tylko skonstruowany litera po literze w czystym html, dlatego, że była to najprostsza forma założenia go, jaką znalazłam na Kubie. Pod koniec tego miesiąca wszystko to przerobię, aby funkcjonował jako blog ze wszystkimi możliwościami. Tymczasem proszę o cierpliwość, w której my, Kubańczycy, jesteśmy ekspertami. Czy odczułam jakieś represje w związku z pisaniem Generacji Y? Dotychczas nie. „Represje”, które mnie dosięgają, są tymi samymi, na które napotykają się żyjący tu Kubańczycy (zerowy lub bardzo ograniczony dostęp do internetu, podwójny system monetarny, który oddala nas od niektórych usług, jak kawiarenki internetowe, zawsze obecna paranoja, że coś takiego jest zbyt ryzykowne i rozczarowanie, które każe się nam pytać: po co?). Poza tym jeszcze nie „pokazali mi narzędzi”… na razie. Jak umieszczam każdy post? Przyjaciele, odpowiedzenie na to z całą szczerością byłoby „spaleniem mostów”, odcięciem wszystkich dróg, które mi jeszcze zostają. Mogę wam tylko powiedzieć, że w większości wypadków robię to w tych niewielu miejscach publicznych, które pozwalają na dostęp do internetu. Chodzi o wykorzystanie szczelin, które zostawia system, chodzenie po tej cienkiej linii między tym, co legalne, a co nie. Resztę możecie sobie wyobrazić, prawda? Jak możecie mi pomóc? Słowa zachęty nigdy nie są złe. Dopuszczalne jest też zaciskanie kciuków i wyobrażanie sobie przyszłości, w której każdy Kubańczyk będzie mógł blogować i mieć dostęp do internetu, kiedy tylko sobie życzy. Zrobienie linków do „Generacji Y” jest znakomitą pomocą. Czy można publikować w innych miejscach posty „Generacji Y” i jej zdjęcia? Wszystko, co tu piszę, może być przedrukowywane lub można się do tego odnosić w każdym miejscu, proszę tylko o podanie źródła.

W jakich językach mogę odpowiadać na wasze maile? Ci, którzy napisali do mnie po angielsku wiedzą, że ich rozumiem, chociaż ledwie mogę odpowiedzieć w tym samym języku. Lepiej mi idzie po niemiecku (a to niespodzianka!). W każdym razie odpowiem wam, jeśli macie cierpliwość poczekać, aż jakiś przyjaciel poprawi mój biedny angielski. 

Dlaczego „Generacja Y”? Dlatego, że ciągnę za sobą pokoleniową winę milczenia, pasywności i niemej zgody. Myślę, że nadchodzi godzina, w której moja generacja da o sobie słyszeć, w swej różnorodności i niezadowoleniu.

Jeszcze raz dziękuję za słowa zachęty, porady a nawet przekleństwa, które zawsze pasują. Czekajcie na kolejny post w „Generacji Y”, o ile technologia, święci i cenzorzy na to pozwolą.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Sztuka blogowania

1_41.jpg

To jest mój dziennik pokładowy z doskoku, migający i opóźniony jak trasa 174, która przechodzi przez aleję Rancho Boyeros. Jeśli chcesz wsiąść do tego autobusu i przebyć tę skomplikowaną drogę, której wymaga każdy post zanim dotrze do bycia online, proszę bardzo. Ostrzegam, że może ci się zrobić niedobrze od tylu zakrętów i zaczniesz krzyczeć, by otworzyli drzwi, bo chcesz wysiąść, że w ten sposób nikt nie podróżuje. Powiedziałam ci przecież.

Zacznijmy od zdefiniowania, dlaczego się posuwa, czy też, po co wpisuję posty. Z jakiego powodu inwestuję moją energię i środki, by pisać te „pełne niezadowolenia obrazki z rzeczywistości”? Chodzi o to, że po wypróbowane milczenie i ucieczka nie zadziałały (ćwiczyłam jogę, próbowałam Tai Chi, a nawet spróbowałam z centrum fitness, wszystko na darmo). Nie działały też użyteczne rady przyjaciół, odwołujących się nieustannie do ostrożności i wyczekiwania.

Nie wierz jednak w to, że kierowały mną szlachetne pobudki. Wyznaję, że jest to w rzeczywistości ćwiczenie tchórzostwa. Każdy nowy post wywołuje we mnie wzrost ciśnienia i każda publikacja jest formą kompromisu. Tak oto kilobity muszą znosić moją cywilną bezsilność, moje nikłe możliwości, by powiedzieć to wszystko w życiu realnym.

Podczas gdy ty surfujesz w rytmie ADSL i internetu przez kabel, ja poruszam się z prędkością autobusu łączącego Víborę z Linią i G. Każdy post jest niezliczoną siecią czynności, które zazwyczaj nie idą po mojej myśli. Z mojego wyizolowanego PC na Memory Flash, a stamtąd do publicznej przestrzeni kawiarenki internetowej lub hotelu. To bez wchodzenia w szczegóły dotyczące rożnych komplikacji, jak niedziałająca winda, porter proszący o pokazanie paszportu, zanim zasiądę za komputerem czy frustracja na widok nie – prędkości jakie wymuszają proxy, filtry i keyloggery.

Jako typowy przedstawiciel generacji Igreków w równym stopniu pojawiają się we mnie zniechęcenie co energia. Przechodzę od „działa!” do „nie opłaca się”. Nie przestrasz się więc, gdy pewnego pięknego dnia natkniesz się na jedną z tych wywieszek „zamknięte z powodu remontu”, „inwentaryzacja” czy „zmiana personelu”. Nie bądź  też zaskoczony, gdy katharsis podniesie ton, gdy się zapalę albo pochwycę żyłkę pesymizmu.

Na chwilę obecną kontynuuję to wszystko, bloguję i udaje mi się przetrwać, a dokładniej, udaje się mi przetrwać, bo bloguję.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Połowiczne wiadomości

1_43.jpg

Cóż za formę mamy my, Kubańczycy, by dowiedzieć się, co się dzieje. Nauczyliśmy się czytać między wierszami, podejrzliwie patrzeć na każdą informację i wątpić w to, co mówią panowie w garniturach i krawatach, pojawiający się w dziennikach telewizyjnych. Gdy pojawia się nagłówek głoszący „przywraca się usługę…”, tak naprawdę pojawiają się dwie wiadomości w jednej, to, czego nigdy nie podano do wiadomości publicznej, że coś „nie działało” i że teraz działa ponownie. Wegetariańskie restauracje, na przykład, które zalewały przed siedmioma laty miasto i prasę, zamknęły teraz swoje podwoje i żaden z oficjalnych dziennikarzy nie robi reportażu na temat ich upadku.

Wczoraj podali w wiadomościach, że studenci z Universidad de Oriente (uniwersytet znajdujący się w Santiago de Cuba – przyp. tłum.) wraz ze swoimi profesorami zorganizowali marsz wsparcia dla rewolucji. Coś się nie zgadza, prawda? Przed tygodniem chodziły słuchy, że w tym samym miejscu odbył się protest przeciw złym warunkom w domach studenckich, złej jakości jedzenia i transportu. Tak oto idąc tą linią informacyjną, która traktuje nas jak wieczne dzieci, niezdolne do wyciągania własnych wniosków, państwowa telewizja po raz kolejny nie powiedziała, o co chodzi, przemilczając to, co się dzieje w Santiago de Cuba.

Widzieliśmy, jak kubańska delegacja na szczycie ONZ  wstawała z miejsc podczas wystąpienia Busha, ale słowa owego wystąpienia nigdy nie zostały przetransmitowane. Uczestniczyliśmy w masowym podpisaniu „mumifikacji konstytucjonalnej” bez usłyszenia choć słowa na temat Projektu Vareli (projekt stworzony i kierowany przez kontrrewolucjonistów kubańskich w 1998 roku, dowodzony przez Osvaldo Payá i nazwany na cześć Félixa Vareli, kubańskiego przywódcy religijnego. Celem było stworzenie takiego prawa, które wspierałoby reformy polityczne na wyspie na korzyść większych swobód indywidualnych jej mieszkańców – przyp. tłum.), który ewidentnie skierowany był przeciw tym działaniom. W zeszłym miesiącu w „Granmie” (kubański dziennik, wyd. od 1965r., organ Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Kuby – przyp. tłum.) czytaliśmy deklarację UNEAC (Związku Pisarzy i Artystów Kuby – przyp. tłum.), mówiącą o pewnej polemice intelektualnej, która nigdy nie pojawiła się w mediach. Wczoraj widzieliśmy na ekranie ministra spraw zagranicznych Boliwii, żądającego od ambasadora Stanów Zjednoczonych, by natychmiast odwołał deklaracje, których nigdy nie poznaliśmy.

Strony naszych gazet i minuty wiadomości wypełnione są półprawdami, poobcinanymi wiadomościami i przemilczeniami. Od czasu do czasu jakaś ankieta na temat stanu obciążenia na rynkach rolniczych czy cen prywatnych taksówek stara się zakłócić, bezskutecznie, ten obraz raju. Każdego dnia my, Kubańczycy, musimy dokonywać wykopalisk archeologicznych w dziedzinie informacji, by skompletować wiadomości.

Ze sporym udziałem plotek, intuicji i małą ilością pewników tworzymy swoje własne informacje i odnośniki: już można sobie wyobrazić, co z tego wynika!

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html