Czas nie ma wartości

1_52.jpg

Niech spróbują Państwo podjąć wyzwanie odnalezienia w tym mieście jednego publicznego zegara, który by funkcjonował, wskazywał godzinę punktualnie lub chociaż w przybliżeniu do realnego czasu.  Nie uda się Państwu. Nawet na fasadzie Terminalu Pociągów, gdzie nieruchome wskazówki pokazują zawsze dwadzieścia po piątej. Nie chodzi o to, że mamy jakiś rodzaj awersji do mechanizmów o metalowych ząbkach czy do cyfrowego wyświetlacza, tylko o to, że czas nie ma dla nas żadnej wartości.

Możemy spędzić godzinę w kolejce, by zapłacić za elektryczność albo zużyć połowę czasu pracy na naprawę pary butów. Jeśli pod koniec dnia uda się nam skończyć choć jedno zadanie, mamy powód do satysfakcji. Zorganizowanie lub uczynienie bardziej efektywnym naszego czasu postawi nas tylko przed dylematem popadnięcia w neurozę lub masochizm.

Cóż za przygoda każdego dnia! Nie wiedzieć na pewno kiedy będziemy mogli pojechać autobusem, otrzymać usługę albo kupić bilet. O my szczęśliwcy, którym obojętne jest czy jest dziewiąta trzydzieści czy kwadrans po dziesiątej. Te drażniące instrumenty, starające się odmierzyć swoim „tik, tak” upływ minut i godzin wprowadzają nas tylko w zły nastrój i nie pozwalają cieszyć się spokojnym poczuciem straty czasu.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Dzieci połykają Saturna

1_502.jpg

Ta młodzież, którą dziś widzę, zasłuchana w swoje mp3 i ze spodniami poniżej bioder, tęskni, jak kiedyś my, za momentem, gdy stanie się „głową domu” i zmieni meble, odmaluje ściany i zaprosi przyjaciół. Ma tą samą awersję do tego, co odziedziczone i identyczny pociąg do tego, co zabronione,  jak my, gdy byliśmy w tym wieku. Nie pójdzie tą samą drogą, którą wytyczyli jej starsi i na szczęście nie dopasuje się za żadną cenę do ideału „nowego człowieka”.

Podoba mi się sposób, w jaki ci młodzi ludzie udają, że nic ich nie obchodzi, kiedy w rzeczywistości czekają tylko, by wziąć mikrofon, chwycić za pióro i podnieść palec. Obserwuję ich i nie umiem sobie wyobrazić tych, którzy dziś poruszają się w rytmie regetón, jako dopasowujących swój krok do marszu wojskowego. Nie mogę też ujrzeć ich zahipnotyzowanych jakimś liderem, dających się ponieść i poświęcić dla niego. Hedonizm ratuje ich od bezwarunkowego zaangażowania się, a pewna doza frywolności chroni ich przed trzeźwością ideologii. 

Parafrazując poetę Eliseo Diego (poeta i pisarz kubański, uznawany za jednego z największych twórców Ameryki Łacińskiej, urodził się w 1920 w Hawanie, zmarł w 1994 w Meksyku, zdobywca wielu nagród, współtwórca pisma „Origenes” – przyp. tłum.), ci sympatyczni młodzi ludzie mają „czas, cały czas”. Tak więc w chwili obecnej pozwalają, by starsi wierzyli w swoje kompromisy kontynuacji i konserwacji. Nadejdzie przecież dzień, gdy zmieni się im nawet zamki w drzwiach domu.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Kilka nieścisłości

1_512.jpg

Słuchając słów kubańskiego ministra spraw zagranicznych, Felipe Pérez Roque, w odpowiedzi na wystąpienie Busha, poczułam się nieco zbita z tropu. Dowiedziałam się za jego pośrednictwem, że w naszym kraju „funkcjonują dziś 602 Domy Kultury (dosłownie: Kluby Młodzieżowe – przyp. tłum.) z więcej niż 7000 komputerów, które umożliwiają darmowy dostęp do internetu ponad dwóm milionom Kubańczyków rocznie”. Jaka ja byłam głupia, robiąc tyle wysiłku, by publikować każdy post, skoro wynika, że internet był dostępny, i to gratis, na rogu mego domu! Jednak zdumienie i entuzjazm trwały krótko. Poszłam do najbliższego Domu Kultury (Estancia i Santa Ana, Municipio Plaza), by sprawdzić wiarygodność słów ministra spraw zagranicznych i otrzymałam tę samą, dobrze mi znaną odpowiedź: „Tu mamy tylko intranet, nigdy nie mieliśmy internetu”.

Innym szczegółem, który wprawił mnie w zdumienie, było publiczne zaprzeczenie temu, że  „Uniwersytet jest dla rewolucjonistów” i zapewnienie przez Pérez Roque, że „nikt nie broni im wstąpienia (odnosząc się do dzieci opozycjonistów), nawet jeśli są ludźmi nie podzielającymi idei rewolucji”. Inne ośrodki kształcenia nie są włączone do tej nowej linii tolerancji, skoro przy zapisie syna do szkoły średniej pytano o przynależność polityczną i przynależność do masowych organizacji ich rodziców. Po co potrzebna dyrekcji centrum szkolnictwa wiedza, czy rodzina dziecka ma takie czy inne preferencje ideologiczne? Wydaje mi się, że nie służy to wspieraniu pluralizmu i akceptacji.

Wystąpienie bez niespodzianek. Więcej tego samego: odwiecznej różnicy między tym, co mówią politycy a rzeczywistością.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Ja podejrzewam, ty podejrzewasz, wszyscy podejrzewają

1_49.jpg

Nauczycielka mojego syna obwieściła, że pośród uczniów jest jeden, którego zapisuje, bez podania nazwiska, na listę tych, którzy źle się zachowują. Bardzo wcześnie wypróbowują te dzieci paraliż, jaki wywołuje poczucie bycia obserwowanym, strach, jaki przynosi możliwość donosu. W tym momencie „szept” ukrytego kolegi może przynieść im naganę lub karę, ale pewnego dnia będzie ich kosztować utratę posady, możliwości podróżowania, małych uzyskanych przywilejów czy wolności.

Dla nas, którzy żyliśmy od dziecka w otoczeniu tego braku zaufania i tej paranoi, zaufanie jest uczuciem przynoszącym same problemy. Wszyscy wszystkich podejrzewają. Jeśli się o czymś nie mówi głośno, wiemy, że „o coś chodzi”, jeśli zaś wprost przeciwnie, ktoś jest ekstrawertykiem, przypinamy mu łatkę infiltrowanego prowokatora. Nie ufamy sąsiadowi, który uśmiecha się do nas, patrząc, co niesiemy w siatce, przyjacielowi, który przychodzi z odwiedzinami w zbyt strategicznych momentach, ani członkowi rodziny, który plecie bzdury przez telefon. Nie mamy zaufania do tego, kto wychodzi, bo może idzie wykonać polecenia z zewnątrz i bronimy się przed tym, który krytykuje, tu wewnątrz, bo jego zachowanie może być iskrą zapalną dla naiwnych.

Rozglądam się wokół siebie i stwierdzam, że to sukcesywne sączenie paranoi zadziałało. Agenci CIA i członkowie Ochrony Państwa zamieszkują nasze strachy. „Kret”, którego się boimy, a którym może być każdym z nas i przed którym wszyscy się strzeżemy jest najskuteczniejszym z knebli i najefektywniejszą drogą do braku jedności.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Gdzie jest Pepito?

1_47.gif

To impertynenckie i obsceniczne dziecko, które jest bohaterem naszych żartów, dla którego protestowanie i bycie perwersyjnym znaczy tyle samo, jest w ostatnich dniach zbyt milczący. Pepito był szczyptą pieprzu, która pozwalała śmiać się nam nawet z tragedii; wkładaliśmy mu w usta to, czego nie ważyliśmy powiedzieć się na poważnie i wraz z nim kpiliśmy z instytucji, polityków i problemów.

Pepito, nasze wieczne, szelmowskie dziecko, wybrał się na księżyc, do piekła, do Watykanu i przekroczył, przy wielu okazjach, Cieśninę Florydy. Z pozycji jego winy – niewinności proponował rozwiązania pozbawione szacunku i niejeden raz miał bardziej wybujałą fantazję niż analitycy i akademicy. W Okresie Specjalnym („Período Especial”, okres długiego kryzysu na Kubie, spowodowanego upadkiem związku Radzieckiego w 1991 i trwającego do 1994 roku – przyp. tłum.) stał się sarkastyczny i pesymistyczny, ale od kilku lat jest dziwnie milczący i nudny.

Od miesięcy nie słuchamy jego żartów i jakaś dziwna trzeźwość zaczęła się panoszyć w naszych życiach. Niektórzy podejrzewają, że Pepito emigrował albo umarł, że stracił poczucie humoru został zatrzymany przez swoje żarty. Może po prostu się wypalił, wygasił od ciągłego powtarzania kpin. Obawiam się, że staliśmy się zbyt poważni, zatroskani, nudni i po prostu go udusiliśmy, zmuszając do bycia formalnym, trzeźwym, roztropnym, a w końcu, by przestał być Pepitem.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Szczęśliwe serca

1_46.jpg

Obiecałam sobie nie przejmować się rezultatami pewnego badania, przeprowadzonego przez naukowców amerykańskich i innych, z Uniwersytetu Cienfuegos o pozytywnych efektach Okresu Specjalnego („Período Especial”, okres długiego kryzysu na Kubie, spowodowanego upadkiem związku Radzieckiego w 1991 i trwającego do 1994 roku – przyp. tłum.) na nasze zdrowie fizyczne. Skoro statystyki mogą wykazać niemal każdą rzecz, nie warto zaczynać sporu o prawdziwość niskiego wskaźnika cholesterolu wykrytego w naszej krwi. Ale gdy patrzę na siebie w lustrze i stwierdzam, z lotu ptaka, ewidentne ślady w wadze i talii, jakie zostawiły te „ciężkie lata”, nie mogę się opanować.

Moje pokolenie przeżyło swoje dojrzewanie słysząc „nie ma” i śniąc o puszkach z kondensowanym mlekiem i konserwach bułgarskich z wyidealizowanych lat 80tych. Zbieraliśmy się, by rozmawiać o jedzeniu, podczas gdy połykaliśmy łyżkami cukier i inne rzeczy wątpliwego pochodzenia, które nasi rodzice przygotowywali z wielkim poświęceniem. Jedzenie zamieniło się w obsesję, która nadal nas cechuje.

Zbyt powierzchownymi są badania, które koncentrują się tylko i wyłącznie na malej obecności tłuszczu w naszym organizmie. Kto zbada w takim razie zaburzenia mentalne spowodowane niedostatkiem, samobójstwa, ucieczki na zaimprowizowanych łódkach, by oddalić się od prawie pustego talerza, osobiste i profesjonalne projekty, które nie doczekały się realizacji, dzieci, które się nie narodziły, frustrację i zmuszenie do „chomikowania”, do nie zostawienia niczego, co możemy włożyć do ust, które nadal nam towarzyszą?

Tak, miałabym ochotę przeczytać w całości badania przeprowadzone przez naukowców i poszukać, czy w jakimś miejscu, razem z wyrażeniami jak „ciśnienie tętnicze”, „siedzący tryb życia”, „cholesterol” i „zdrowie” pojawiają się inne, jak „szczęście”, „spokój” i „marzenia”.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Długa lista wykluczonych

1_45.jpg

Podczas tego weekendu odbyły się w mieście targi książki. Dobry pomysł, by wyjść z marazmu kulturalnego, jaki od końca lata pokrył Hawanę. Paseo del Prado i obszary wokół Kapitolu wypełniły się namiotami, muzyką i publicznością żądną ujrzenia nowych tytułów i zaalarmowaną zwiększonym kosztem „nałogu czytania”.

Spacerowałam kilka godzin między kioskami i zauważyłam duży procent reedycji, które zdobiły regały. Dostrzegłam też nieobecnych, tych, o których się nie wspominało, pisarzy kubańskich, którzy w przeciągu ponad czterdziestu lat powiększali listę „zakazanych”. Wybór, kto może być czytany na Kubie a kto nie, tworzy część polityki kulturalnej i był tematem, który podsycał polemikę intelektualną ze stycznia i lutego tego roku.

Na tej wyspie, dotkniętej geniuszem literatury, spaceruję na targach książek i nie widzę nazwiska  Cabrera Infante, ani Jesús Díaz, a już na pewno nie Heberto Padilla czy Lino Novás Calvo. Pytam młodej sprzedawczyni, czy ma coś Eliseo Alberto Diego, a ona odpowiada mi wzruszeniem ramion, nie wiedząc, co powiedzieć. Nie dostrzegam też niespokojnego geniusza Reinalda Arenasa i mało, bardzo mało dzieł Mañacha. 

Ktoś uciszył to, co powinno być czytane. Zza jakiegoś biurka zabroniono mi stron, które należą do  mnie z prostej przyczyny, że się tu urodziłam. Książki i jeszcze więcej książek, których nie widziałam, a które kładą się na mnie ciężarem swej nieobecności.

Wracam do domu i cieszę się, że moja biblioteka nie zna wykluczeń, nie jest podzielona na barwy polityczne ani kryteria pozaliterackie jak „zdrada” czy „nie odpowiadanie standardom”.

W codziennej czynności porządkowania moich książek trenuję moją tolerancję i wykpiwam cenzurę. 

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html