Mujica, rana na jego nosie i dziury w Hawanie

Zdjęcie zaczerpnięte z://subrayado.com.uy

To kawałek blachy z dachu, uniesiony wiatrem, rozciął urugwajskiemu prezydentowi, José Mujicy, nos. Kawałek metalu, który odczepił się, kiedy prezydent pomagał sąsiadowi wzmocnić pokrycie dachu jego domu. Anegdota obiegła media i portale społecznościowe jako przykład skromności osoby będącej u władzy, znanej już wcześniej ze skromnego stylu życia. Był tam, bardziej przypominając rolnika niż prezydenta, starając się, by nawałnica nie zabrała ze sobą dachówek z domu stojącego blisko jego własnego, w Montevideo. Jest to z pewnością anegdota pełna sugestii, które powinni wziąć sobie do serca inni rządzący.

Historia Pepe Mujicy skłoniła mnie do refleksji na temat rozdźwięku, który istnieje pomiędzy życiem rządzących i kubańskiego narodu. Kontrast jest tak znaczący, tak ogromny, że jest przyczyną sporej części błędów, które popełniają rządzący w momencie podejmowania decyzji. Nie chodzi tylko o to, że mieszkają w lepszych domach, zamieszkują piękne dzielnice mieszkalne czy jeżdżą nowszymi samochodami. Nie. Ogromną różnicą jest zerowa niemal praktyka, którą mają władze w stosunku do problemów, które nękają nas w życiu codziennym. Nie znają uczucia czekania ponad godzinę na przystanku autobusowym, niepokoju związanego z brakiem zasilania elektrycznego w środku nocy, trudności, jakie przysparza chodzenie po ulicach bez oświetlenia czy pełnych dziur. Nie mają najbledszego pojęcia o zapachu potu, wypełniającego wnętrze ciężarówek, w których podróżują dziesiątki osób z jednej wioski do drugiej ani stukotu wozów o konnym zaprzęgu, które dla wielu są jedyną formą transportu. Nigdy nie spędzili nocy na terminalu La Coubre, na liście oczekujących na kupno biletu na pociąg ani nie musieli oddać sumy pieniędzy będącej odpowiednikiem miesięcznych zarobków strażnikowi, który sprzedaje bilety wstępu do rozklekotanego wagonu.

Kiedy komendant czy generał tego kraju wszedł do sklepu operującego w wymiennym peso, by zobaczyć, czy sprzedają akurat tańsze mięso mielone i musiał wyjść, ponieważ nie starczyło mu pieniędzy na kupno żadnego z towarów leżących na półkach? Od jak dawna żaden minister nie otwiera lodówki, by zobaczyć, że jest woda, ale brakuje jedzenia? Czy premier spał kiedyś na materacu zniekształconym przez mieszkającą z nim babcię? Czy zdarzyło mu się cerować bieliznę po to, by móc ją w dalszym ciągu nosić albo używał do mycia włosów octu kuchennego z braku szamponu? Czy dzieci tych stojących na czele wiedzą, jak wyglądają wilgotne poranki, kiedy trzeba rozpalać piecyk naftowy po to, by móc zaparzyć kawę? Czy widzieli z bliska twarz funkcjonariusza, któremu niemal sprawia przyjemność odmowa, gdy pyta się go o to, czy znany jest już wynik podania. Czy ktoś z nich sprzedawał orzeszki ziemne by przeżyć, jak wielu emerytowanych staruszków robi to w każdym zakątku tego kraju?

Nie mogą nami rządzić, bo nas nie znają. Nie są zdolni do znalezienia rozwiązania, bo nigdy nie stanęli przed trudnościami, których my doświadczamy. Nie reprezentują nas, bo od zbyt dawna żyją w świecie przywilejów, wygody i luksusu. Nie mają pojęcia, co to znaczy dziś być Kubańczykiem.

tłumaczenie: Karolina Popović
redakcja: Anna Pawłowska

Reklamy

Przeżyć

Martha Beatriz Roque. Zdjęcie zaczerpnięte z:

Światło jest nikłe, pokój wąski, a szept Santo Suáreza sączy się przez ściany. Na łóżku kobieta tak chuda, że wystają jej kości, o przerażająco zimnych rękach i ledwie słyszalnym głosie. Martha Beatriz Roque podjęła strajk głodowy tydzień temu. Przyszłam do niej otoczona zgiełkiem codzienności i pośpiechem informacji; ale jej twarz niesie ze sobą spokój czasu i doświadczenia. Jest tu, tak krucha jak mała dziewczynka, którą mogłabym wziąć na ręce i ukołysać. Jestem zaskoczona jasnością jej wypowiedzi, stanowczością z jaką wyjaśnia mi, czemu odmawia przyjmowania posiłków. Każde słowo, które zdoła z siebie wydobyć, swoją intensywnością wydaje się nie wychodzić z tego ciała, skurczonego postem.

Myślałam, że już nigdy nie będę musiała stać przy łóżku kogoś, kto podjął strajk głodowy. Fałszywy optymizm, że to, co będzie w przyszłości, musi być lepsze, pozwolił mi uwierzyć, że Guillermo Fariñas o wystających żebrach i wyschniętych ustach był ostatnim dysydentem, który musiał zastosować strajk głodowy jako formę protestu publicznego. Lecz dwa lata po tych 134 dniach bez przyjmowania posiłków, znowu widzę zapadnięte oczy i ziemisty kolor skóry kogoś, kto odmawia jedzenia. Tym razem jest ich już 28 osób w całym kraju, a powodem głodówki jest znowu bezsilność jednostki wobec prawa zbyt napiętnowanego ideologią. Pozbawieni innych sposobów postawienia swoich warunków rządowi, puste jelita jawią się im jako sposób buntu. Szkoda, że naszym jedynym słyszalnym głosem pozostają skóra, kości i ściany żołądka.

Zanim opuściłam dom Marthy Beatriz powiedziałam jej: „Musisz to przeżyć, ten typ reżimów trzeba przetrwać”. Wyszłam na ulicę, owinięta tą winą i odpowiedzialnością, które musi odczuwać każdy Kubańczyk w obliczu tak smutnego wydarzenia. „Przeżyć, przeżyć” myślałam, kiedy rozmawiałam z rodziną Jorge Vázquez Chaviano, który miał zostać uwolniony 9 września. To właśnie żądania jego natychmiastowego uwolnienia są przyczyną tej fali strajków głodowych. „Przeżyć, przeżyć” powtarzałam sobie nadal, dostając raporty o fizycznym osłabieniu innych strajkujących. „Przeżyć, przeżyć” mówiłam do siebie, oglądając w telewizji twarze tych, którzy zamienili inny sposób myślenia w zbrodnię, a protest cywilny w zdradę. „Przeżyć, przeżyć, przeżyć ich”, obiecałam sobie. Ale być może będzie zbyt późno, by to się udało.

tłumaczenie: Karolina Popović
redakcja: Anna Pawłowska

Zarozumiali

Zatłoczone korytarze, rolety, które wpuszczają upał i niemal nie przepuszczają świeżego powietrza. Jest dziesiąta w każdym z biur, w każdym miejscu obsługi obywatela na tej Wyspie długiej i wąskiej jak lista oczekujących. Jeden z urzędników wzywa po imieniu tych, którzy wytrwali i przegląda ich papiery, po czym każe im przejść do małego pomieszczenia o gipsowo-kartonowych ścianach. Około południa kobieta w nieskazitelnym ubraniu i obuwiu wchodzi do sali i sam dyrektor wpuszcza ją do swojego biura przed wszystkimi. Kiedy wychodzi, ktoś szepcze: „Ona jest córką tego i tego… dlatego nie musi czekać”.

Nuevo Vedado, brzydkie betonowe budynki przeplatają się z willami o przestrzennych ogrodach i wysokim ogrodzeniu. – A ta jest czyja ? –pyta z ciekawością dziecko, które pierwszy raz przechodzi tą ulicą. Odpowiedź rodziców poprzedza chichot i podniesione brwi : – Tę dali matce komendanta, który poległ na Sierra, ale teraz mieszkają tu jego wnuki. A gdy mijają kolejną przecznicę, widzą pewnego staruszka rozmawiającego na chodniku ze swoim sąsiadem. Kiedy się zbliżają, ciekawy chłopczyk podsłuchuje: – Pójdę spotkać się z moim bratankiem, komendantem policji, by pana nastraszył, może w końcu przestanie pan puszczać tak głośno muzykę. Kiedy ciekawska rodzina skręca na ulicę Tulipán, przejeżdżający samochód nie ustępuje im pierwszeństwa. Za kierownicą siedzi kolejny zarozumiały o „niebieskiej krwi”, który wie, że nigdy nie dostanie mandatu za niezatrzymanie się na znaku STOP.

Pochodzenie, drzewo genealogiczne, dzielenie z kimś genów, jest dziś na Kubie przepustką do niemal wszystkiego. Nepotyzm nie ujawnia się jedynie w strukturze pracy czy dostępie do pewnych stanowisk politycznych. Bycie „z rodziny…” usprawnia procedury, czyści kartotekę kryminalną, stawia na początku listy oczekujących na mieszkanie czy samochód, natychmiastowe przyjęcie do najlepszych szpitali, dostęp do najlepszych szkół, a nawet szybką kremację w przypadku śmierci bliskiego. Pochodzenie może być przyczyną triumfu lub porażki, czynnikiem, z powodu którego wiele szkół toleruje postawę jednego ucznia, podczas gdy nie tolerowałoby jej u innych. Bo któż chciałby drażnić wpływowego ojca? Po co komplikować sobie życie, odmawiając kapryśnej siostrze generała? Kto opóźni procedurę wnukowi wysoko postawionego urzędnika? Wszyscy wiedzą, że gniew, kiedy nadciąga od strony Olimpu, przybiera formę piorunu, który może pozbawić kogoś pracy, wpędzić w kłopoty i zrujnować obiecującą karierę.

tłumaczenie: Karolina Popović
redakcja: Anna Pawłowska

Strajk zasilania

Hawana o 23.00 w dniu 9 września

W kraju, w którym przerwy w dostawie prądu stanowiły i stanowią nieodłączną część naszego życia, już nie powinno nas dziwić, że nie ma światła. Ale wczoraj o 20.08 zdarzyło się coś, co wywołało alarm. Najpierw straciliśmy sygnał telewizyjny, w pierwszych minutach nadawania głównego wydania wiadomości. Później Hawana w całej swej rozciągłości zgasła, na obszarze i w stopniu wyższym, niż podczas najgorszych huraganów. Zaczęły więc nadciągać wiadomości z różnych prowincji, by potwierdzić, że od Pinar del Río do części Camagüey, Wyspa pogrążyła się w ciemnościach. Ponad pięć milionów Kubańczyków zastanawiało się w ciemnościach, co takiego się wydarzyło.

Pięć godzin później prąd popłynął w dzielnicy, w której mieszkam. Nabazgrałam na kartce papieru kilka aspektów tego, co się stało. Oto one:

– Brak dostaw prądu połączony był z brakiem informacji. Podczas ponad czterech godzin oficjalne media nie powiedziały nic na temat tego, co się stało. Mając radia na baterie, sporo osób szukało jakiegoś wyjaśnienia, ale nadawcy krajowi milczeli. W Radiu Budzik, w którym minuta po minucie powinny pojawiać się informacje o wydarzeniach z kraju i zza granicy, mówiono o wszystkim oprócz tego, co najważniejsze. Musieliśmy słuchać o przepisie na medalion z ryby, plusach regularnej mammografii, pięknych brazylijskich legendach na temat wody… i odkryciu w miejscach wykopalisk „prehistorycznych butów”. Wszystko, oprócz tego, czego chcieliśmy się dowiedzieć: „Co się stało, że połowa kraju nie widziała dalej niż na wyciągnięcie ręki?”.

– Niektórzy zaczęli się bać. Patrole policyjne włączały swoje syreny na ulicach, a raz na jakiś czas słychać było wóz strażacki. Ciężarówki ze światłami ze „stanu oblężenia” patrolowały strefę Maleconu. To wzmogło strach, który połączony z ciszą informacyjną wywołał falę domysłów i spekulacji.

– Incydent zademonstrował brak przewidywalności Przedsiębiorstwa Energetycznego wobec takich sytuacji. W niewielu miejscach udało się włączyć generatory prądotwórcze, a na peryferiach pytano sąsiadów, czy mają zapas paliwa, by móc je uruchomić.

– Szczególne niedogodności wywołał fakt, że ta przerwa w dostawie prądu miała miejsce w bezwietrzny dzień, bez cyklonu uderzającego w Wyspę wraz z deszczem, nie było też burzy solarnej, skupiającej się na Antylach. Co było więc przyczyną awarii o takich rozmiarach?

– Sieć społeczna Twitter kolejny raz testowała swoją efektywność informacyjną. Godzinę po nadciągnięciu ciemności, po Internecie krążyli już alternatywni reporterzy tej szerokości geograficznej. Chwilę później mieliśmy już nawet etykietę określająca tę sytuację: Strajk Zasilania. Podczas gdy media oficjalne pokazywały jasno, że wolno im informować jedynie o tym, na co się im pozwoli, alternatywne drogi informacyjne zademonstrowały swoją skuteczność nie tylko w momencie wybuchu zamieszek czy też aresztowań, ale też podczas klęsk żywiołowych, zagrożeń klimatycznych i wypadków jakiegokolwiek typu.

– Tak nagłaśniana Rewolucja Energetyczna, która wśród swoich „osiągnięć” miała zapobiec tego rodzaju monumentalnym przerwom w dostawach prądu okazała się porażką. Nawet emblematyczny Morro (twierdza w Santiago de Cuba – przyp. tłum.) w Zatoce Hawańskiej utracił światło swojej latarni, który to fakt skojarzono z żartem „ostatni, który odejdzie, zgasi Morro…”.

– Ponad połowa zaniepokojonych osób, które do mnie dzwoniły podczas trwania ciemności wiązała brak prądu z problemem rządowym. Zdania typu „rząd padł…” słychać było ze wszystkich stron. Brak informacji w mediach wzmagał jeszcze to uczucie. Świadczy to o niestabilności politycznej i społecznej narodu, któremu kilka godzin przerwy w dostawie prądu może wystarczyć do myślenia o rozpadzie całego systemu. Sugestywne, prawda?

– Ktoś mi powiedział, że Generał Prezydent „domaga się głów ” dyrektorów Ministerstwa Przemysłu Podstawowego… Ograniczyłam się do powiedzenia, że lepiej by było, gdyby domagał się prądu, ponieważ łatwo jest zrzucać odpowiedzialność na innych, kiedy wszyscy wiemy, kto podejmuje najważniejsze decyzje energetyczne w tym kraju.

– Po długim milczeniu, o północy telewizja wydała krótkie oświadczenie o tak niejasnej treści, że wywołało ono jeszcze większą falę spekulacji. Przypisano zaistniałą sytuację zerwaniu linii o sile 220.000 Voltów blisko miejscowości Ciego de Ávila. Do tej pory nie ujawniono szczegółów.

– Stopniowo, nad ranem udało się przywrócić prąd w stolicy i większości innych obszarów. Nie ma doniesień o szkodach, ale na pewno było ich wiele.

– Na koniec pozostajemy w przekonaniu, że kraj jest w tak niepewnej sytuacji , że ten typ awarii może się powtórzyć. A co gorsza, krajowe media zachowają swoją standardową lakoniczność.

tłumaczenie: Karolina Popović
redakcja: Anna Pawłowska

Jak daleko może zajść ingerencja w prywatność?

Jak w wielu innych miejscach, w ostatnich latach również na Kubie bardzo popularne stały się seriale i filmy dotyczące śledztw kryminalnych. Rekonstrukcje zbrodni i programy z obecnością psów policyjnych biją rekordy popularności. W punktach sprzedaży DVD tego rodzaju filmy cieszą się największym zainteresowaniem wśród kupujących. Na liście propozycji dla abonentów pakietów telewizyjnych nie może zabraknąć kanałów z programami typu CSI, Doktor G – lekarz sądowy, Agenci NCIS, FBI: The Untold Stories… itd.. I wcale nie chodzi o to, że staliśmy się bardziej żądni krwi – chociaż sama nie wiem – ani, że znacząco poprawiła się jakość tych programów w ostatnich latach. Cały sekret polega na tym, że wrzuca się do jednego kotła wątek naukowy, policyjny, uczuciowy i kilka skomplikowanych wyjaśnień dotyczących funkcjonowania organizmu ludzkiego. W efekcie końcowym powstaje kompendium, któremu nie sposób się oprzeć, odrywając się od codziennej rutyny. Dalekie od jakiejkolwiek wartości artystycznej, seriale te przyciągają rzesze widzów, których im może tylko pozazdrościć niejeden kanał w równym stopniu epatujący ideologią i uderzający brakiem kreatywności.

Dziś nie mam zamiaru się rozwodzić nad serialowym patologiem, razem z którym odkrywamy mordercę, ani nad aktorem wcielającym się w rolę nowoczesnego detektywa w nieskazitelnie czystym laboratorium. To jest tylko część scenariusza, która ma dostarczać rozrywki i może się podobać lub nie. Bardziej mnie martwi inna rzecz: nieustanna infiltracja alternatywnych źródeł informacji w poszukiwaniu prawdziwych materiałów śledczych, które systematycznie wyciekają z departamentów podlegających Ministerstwu Spraw Wewnętrznych na Kubie. Zdjęcia z autopsji, filmy rekonstruujące przestępstwa, zdjęcia policyjne z miejsca zbrodni, deklaracje oskarżonych uwieczniane obiektywem kamery. Rzadko kiedy zdarza się miesiąc, żeby za pośrednictwem telefonów komórkowych i pamięci USB nie doszło do obiegu materiałów śledczych, które powinny być objęte tajemnicą i pozostać anonimowe. I wcale nie chodzi tu o zdjęcia zrobione przez przypadkowego intruza czy przez paparazzi, ale o zawartość policyjnego archiwum. Można sobie wyobrazić, że pewnego dnia tracisz kogoś bliskiego w tragicznym wypadku i – gdyby tego było mało – potem widzisz go w roli nieboszczyka niemalże jak ze snuff filmu, na stole w kostnicy z rozciętą klatką piersiową.
Ciekawe, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, którego praca o charakterze politycznym czy wywiadowczym jest owiana kłębkiem tajemnicy, nadzoruje archiwa dokumentalne z tak małym zainteresowaniem. Z pewnością, z powodu wielu zaniedbań czasem dowiadujemy się o sprawach, o których w innym razie nigdy byśmy nie usłyszeli, jak na przykład o śmierci dziesiątek pacjentów Szpitala Psychiatrycznego w Hawanie. Jednak w większości przypadków, brak zachowania tajemnicy nie niesie ze sobą większych rewelacji, ale wiąże się z głęboką ingerencją w życie – lub śmierć – pojedynczej osoby. Następnie wystawia na cierpienie rodzinę ofiary, która jest skazana na oglądanie wnętrzności swojego ojca lub brata na ekranach tysięcy komputerów w całym kraju. Martwi mnie, kiedy ktoś puka do moich drzwi, żeby mi pokazać na ekranie Nokii martwe ciało w kostnicy, uświadamiając mi, że zdjęcie zostało zrobione przez tych, którzy powinni zapewnić intymność zmarłemu. Przeraża mnie fakt, że takie postępowanie może być kolejną z wielu oznak braku szacunku dla prawa obywatela do życia w prywatności. Uważam za karygodne zachowanie cederisty donoszącego na swoich sąsiadów, nauczyciela ujawniającego poglądy polityczne własnych uczniów i lekarza opowiadającego w telewizji o wizycie pacjenta; opowieści te utrzymane w tonie seriali kryminalnych całkowicie odzierają z jakiejkolwiek intymności.

Tym razem, to nie serial telewizyjny, ani kolejny odcinek, w którym Grissom łapie zabójcę po zbadaniu zawartości żołądka larwy. To rzeczywistość, faktyczny ból rodziny ofiary, szacunek przysługujący każdej zmarłej osobie. Nagość, rany, cierpkość śmierci, opuszczenie w chłodzie kostnicy, nikt wówczas nie ma prawa do nadużywania takiej sytuacji. Odnosi się to w szczególności do tych, których zadaniem jest czuwanie nad zmarłymi, ponieważ tak smutny moment nie może być pokazem ekshibicjonistów.

Coś więcej niż liczby

Dwoje uśmiechniętych młodych ludzi wyjaśnia w ogłoszeniu telewizyjnym plusy Powszechnego Spisu Ludności i Mieszkań 2012 roku. Mówią o potrzebie posiadania aktualnych i wiarygodnych statystyk dotyczących naszego społeczeństwa. Na zakończenie krótkiego spotu wygłaszają chórem zdanie, w którym zapewniają, że „między 15 a 24 września liczymy się na Kubie wszyscy”. Co daje do myślenia widzowi, który uświadamia sobie, że nie jest tym samym liczenie nas i liczenie się z nami. Ale poza tymi „freudowskimi pomyłkami”, które są widoczne w języku urzędowym, obawy przychodzą do nas z innej strony. My, Kubańczycy, nie ufamy inspekcjom, jesteśmy podejrzliwi wobec spisów i pytań dotyczących naszych domów. Nasza egzystencja podzielona jest na strefę legalną (publiczną) i drugą, pełną działań nielegalnych, umożliwiających nam przeżycie. To jest główna przyczyna, dla której nie zawsze mamy ochotę na sondaże.

W innych okolicznościach spis powinien nas cieszyć, a nie martwić. Chodzi przecież o narzędzie statystyczne, które dostarcza społeczności danych o niej samej. Liczba domostw, procent mieszkańców jednej płci w stosunku do drugiej, wskaźnik przyrostu naturalnego… i jeszcze inne liczby, które pokazują sukcesy i porażki narodu. W przypadku naszego kraju ciężko jednak rozdzielić zwykły spis od następującej po nim kontroli państwa. Niemożliwe jest oddzielenie sondażu, nawet najbardziej ogólnego i anonimowego, od jego najgorszego odpowiednika: nadzoru. Szczególnie w odniesieniu do wszystkich obiektów i zasobów o „wątpliwym pochodzeniu”, które są fundamentem naszej codzienności. Dlatego wielu Kubańczyków skłamie, odpowiadając na niektóre z pytań, podczas gdy inni nie dadzą się spisać. Ostateczne rezultaty będą więc mieszanką przybliżeń, pominięć i fałszywych danych podanych przez pytanych, by nie ujawnić prawdy o tym, kim są ani co posiadają.

Po wypytaniu sporej ilości przyjaciół i sąsiadów utwierdziłam się w przekonaniu, że ludzie nie są gotowi wyznać tego wszystkiego, co Narodowe Biuro Statystyczne chce wiedzieć. Jedna znajoma, która wyremontowała swój dom za pieniądze z nielegalnej sprzedaży ubrań wyjaśnia mi, co zrobi: „Schowam telewizor z płaskim ekranem do sypialni i powiem dziecku, żeby schowało swojego laptopa” mówi nie rumieniąc się przy tym. Po czym dodaje: „Kiedy mnie zapytają, z czego żyjemy, powiem, że z tych 420 kubańskich pesos (mniej niż 20 dolarów), które zarabia mój mąż. Aha… a jak zapytają, jakiej marki mam lodówkę, powiem, że Haier… chociaż z salonu widać, że to LG”. Najtrudniejsze będzie dla niej poproszenie brata, jego żonę i ich maleńką córeczkę, żeby nie było ich w domu podczas dni spisu powszechnego, ponieważ mieszkają w Hawanie bez papierów”. Kiedy człowiek dokonujący spisu wyjdzie z jej mieszkania, na pewno będzie miał inne wyobrażenie o poziomie i sposobie życia moje znajomej. Co jest dokładnie tym, czego ona chce – żeby myśleli, że to, co białe, jest czarne, tam, gdzie dużo, jest mało, a jutro jest dziś. Ponieważ od dzieciństwa jest nauczona, że mówienie prawdy i dawanie informacji Państwu jest aktem samooskarżenia.

tłumaczenie: Karolina Popović
redakcja: Anna Pawłowska

Od nafty do elektryczności

W kuchni nie unosi się zapach nafty, ściany nie zrobiły się czarne z powodu sadzy ani nie potrzeba już alkoholu, żeby rozgrzać piekarnik. Kamienica rano nie budzi się do życia z odgłosem uchylanych drzwiczek od pieca, w którym się rozpalało ogień. Gospodyni nie martwi się smrodem ze spalonego materiału. Nie ma też okienka, przez które unosiłby się szary dym, a w jedzeniu nie ma charakterystycznego posmaku paliwa. Domownicy nie zasypiają w strachu, że obudzą ich płomienie smagające drewniane drzwi. Już nie…

Obecny problem to koszt związany z elektrycznością. Garnek do gotowania ryżu, który się dostało pięć lat temu, trzeba było naprawiać już z kilkanaście razy. Kuchenka otrzymana w trakcie pamiętnych dni Rewolucji Energetycznej, pochłania niestworzone ilości energii. Chińska zamrażarka, która zastąpiła starą Frigidaire, częściej rozmraża, niż mrozi. A jakby tego było mało, o ból głowy przyprawiają wysokie rachunki wypisane niebieskim drukiem, dostarczane pod drzwi.

Tak jak wcześniej, dzień schodził na szukaniu opału, dziś emerytura idzie na pokrycie wysokich kosztów zużycia elektryczności. Używając kuchenki i podgrzewacza do wody przynajmniej trzy razy w tygodniu, wiadomo, że 80% emerytury przepadnie na opłacenie rachunków za prąd. Nie ma to jak wpaść z deszczu pod rynnę, to znaczy przenieść się z mieszkania pełnego sadzu na takie, w którym nie ma prądu przez kilka dni w miesiącu z powodu nieuregulowanych rachunków. Kiedyś, można było się żalić, złorzeczyć, krzyczeć na kuchenkę, dawać upust swojej złości wobec pieca, który skutecznie utrudniał życie. Teraz już nie, ponieważ wszystko to było „pomysłem, programem Comandante”.