Szkolny posiłek

escolares.jpg 

Kto nie pamięta tych słodyczy i butelki napoju odświeżającego, które dostawaliśmy w latach wsparcia ze strony Sowietów jako szkolny posiłek. Jak z wszystkim, co darmowe, skończyło się niedocenianiem jego znaczenia i w dobie recesji bawiliśmy się rzucając gazowanymi napojami i ciastkami. Z naszych rąk ciastka spadały z balkonu naszej małej szkoły na róg ulic Salud i Soledad. Mimo że tego nie docenialiśmy, bez tego posiłku w środku zajęć koło południa bylibyśmy wykończeni i umierający z głodu.

 

Na początku kryzysu ekonomicznego lat dziewięćdziesiątych jednym z pierwszych cięć, jakich dokonało, było zaprzestanie dawania posiłków uczniom szkoły podstawowej. Dzieci przestały słyszeć dźwięk otwieranych butelek czy ciężarówki z kartonami pełnymi ciastek, które przyjeżdżały wcześnie rano. Te wyrzucane słodycze stały się wspomnieniem, którym sami się dręczyliśmy, przez taką obojętność. Rodzice musieli przejąć na siebie przygotowanie przekąski do szkoły i nikt nie wyjaśnił w prasie, dlaczego dokładnie wyeliminowano ten ważny dodatek.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Reklamy

Nie ofiara, odpowiedzialna

grafitti2.jpg
Mogłabym spędzić dzień w strachu, chowając się przed ludźmi znajdującymi się tam w dole. Wypełniałabym karteczki z osobistymi kosztami, które przyniósł mi ten blog i z świadectwami tych, którzy zostali „ostrzeżeni”, że jestem niebezpieczną osobą. Wystarczyłoby, żebym tak zdecydowała i każdy z moich tekstów byłby długą skargą lub wytykającym palcem kogoś, kto szuka winy poza sobą. Ale ja nie czuję się ofiarą, czuję się odpowiedzialna. 

Jestem świadoma tego, że milczałam, że pozwoliłam niektórym rządzić wyspą, jakby chodziło o jakąś hacjendę. Udawałam i akceptowałam fakt, że inni podejmowali decyzje, które należały do nas, podczas gdy ja kryłam się za faktem, że jestem zbyt młoda, zbyt wrażliwa. Jestem odpowiedzialna za założenie sobie maski, za używanie mojego syna i mojej rodziny jako argumentu, by się nie angażować. Przyklaskiwałam, jak prawie wszyscy, i wyjechałam z kraju, gdy miałam dość, mówiąc sobie, że łatwiej jest zapomnieć niż próbować coś zmienić. Jestem też obciążona długiem tego, że dałam się parę razy ponieść złości lub podejrzliwości, które zrobiły zamęt w moim życiu. Pozwoliłam, by zaszczepili mi paranoję i gdy byłam nastolatką łódka na pełnym morzu była często powracającym marzeniem. 

Jednak ponieważ nie czuję się ofiarą, podnoszę trochę spódnicę i pokazuję nogi tym dwóm mężczyznom, którzy wszędzie mnie śledzą. Nie ma nic bardziej paraliżującego niż kobieca łydka błyszcząca w słońcu na środku ulicy. Skoro nie jestem też przykładem męczennicy, staram się, by nie zabrakło mi uśmiechu, ponieważ uśmiechy są dla władz ciężkim orzechem do zgryzienia. Tak oto kontynuuję moje życie, nie pozwalając, by zamienili mnie w kogoś wzdychającego, w jeden wielki lament. Krótko mówiąc, wszystko to, czego dziś doświadczam, jest również produktem mojego milczenia, bezpośrednim owocem mojej poprzedniej pasywności.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Optymiści

tienda_miami1.jpg

W połowie 2007 roku Julito zapewniał mnie, że przed sierpniem wieprzowina będzie kosztować dziesięć pesos za funt, co jest dniówką przeciętnego robotnika. Ponieważ jego przepowiednie się nie spełniły, zganiłam go w styczniu zeszłego roku za dokładną datę obniżki mięsa. Ze swoim permanentnym uśmiechem zapewnił mnie, że będę mogla kupić ten cenny produkt, w bardziej dostępnej cenie, w lecie. Tymczasem nadeszły huragany i prognozy mojego sąsiada stały się gorzką przepowiednią, a nawet gorzej – szkodliwą naiwnością. Nie natknęłam się na niego przez wiele tygodni i nie mogla rzucić mu w twarz jego nadmiernego optymizmu.

 

Wczoraj Julito przyszedł do mojego mieszkania, aby porozmawiać o czymś innym. Jego młodsza córka podążyła tym samym szlakiem, który przetarła starsza, po ucieczce za granicę podczas tournée artystycznego. Obie spotkały się w jednym z tych gęsto zaludnionych miast Stanów Zjednoczonych, a ich ojciec nie jest tak smutny przez rozstanie, jak szczęśliwy z powodu przyszłości córek. Siedząc w salonie mojego domu oświadczył mi, że jego żona i on planują dołączyć się do części rodziny, która wyemigrowała. „Tam będziemy bardziej potrzebni, niż tu”, powiedział mi tonem kogoś, kto już podjął decyzję.

 

Miałam ochotę zapytać go, czy nie poczeka na obniżkę mięsa, aby później polecieć na spotkanie rodzinne. Ale wiem, że my, rodzice, zazwyczaj nie akceptujemy żartów, gdy chodzi o nasze dzieci, więc wolałam zignorować jego miniony optymizm. Wybaczyłam mu, że nękał mnie swoimi przepowiedniami, a nawet uznanie mnie za „pesymistkę” przez mój sceptycyzm. Julito należy do tych, którzy nawet na schodach do samolotu będą przełykać swoje krytyki. Później, w Bostonie, być może przeczyta ten blog i przypuszczalnie napisze mi mail, w którym wyzna, że nigdy w nic nie wierzył, że był takim samym sceptykiem jak ja.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

My, Naród

2009012020444616_640.jpg

Jestem niedowierzającą postmodernistką: wystąpienia mnie usypiają, a lider stojący na trybunie wywołuje u mnie falę nudy. Mikrofony kojarzą mi się z wezwaniami do nieustępliwości, a dumne wystąpienie niektórych zawsze wydawało się mi być zwykłymi krzykami, mającymi ogłuszyć „wroga”. Zazwyczaj unikałam zdarzeń publicznych i wolę bzykanie much od słuchania obietnic polityka. Musiałam wysłuchiwać tyle dysput, wiele z nich wydają się nie mieć końca, że nie jestem najlepszą osobą do znoszenia nowego wywodu.

 

Dla mnie głos dobiegający z podium przyniósł więcej nietolerancji niż pociechy, większą ilość irytacji niż wezwań do harmonii. Z podium widziałam przepowiednie inwazji, które nigdy nie nadeszły, plany ekonomiczne, które również nie zostały zrealizowane a nawet tak dyskryminujące wyrażenia, jak „Niech ten śmieć wyjedzie, niech wyjedzie!”. Tak oto jestem trochę skonfundowana przez tę szczerą mowę Baracka Obamy, wraz z jego wyważonymi argumentami i wezwaniem do zgody.

 

Czytając to wystąpienie (nie mam nielegalnej anteny, by móc oglądać telewizję) miałam wrażenie, że cała ta przeklęta retoryka z XX wieku została przez niego zarzucona. Zaczęliśmy mówić do widzenia tej konwulsyjnej elokwencji, która już nas nie rusza. Oczekuję tylko, że staniemy się „Nami, Narodem”*, piszącymi od teraz wystąpienia.

 

* Zaczerpnięte z wystąpienia Baracka Obamy, opublikowanego w hiszpańskim dzienniku El País.

 

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Chodźcie i przeżyjcie to

casa_esquina_a_neptuno.jpg

Zainspirowana jedną z tych licznych reklam turystycznych, wpadłam na pomysł, jak przyciągnąć na wyspę odwiedzających. Nie chodzi o podróż ekologiczną w celu rozkoszowania się naturą czy wyprawę historyczną po narodowych miejscach i pomnikach. Pobyt „na sposób kubański” mógłby być sloganem tej kampanii turystycznej, z góry skazanej na brak zainteresowania potencjalnych odbiorców. Chodźcie i przeżyjcie to, pisałoby na okładce książeczki żywnościowej, którą dostałby każdy, kto się dołączy do tej przygody.

 

Zakwaterowanie nie byłoby w luksusowych pokojach, które oferują hotele Varadero czy Cayo Coco, bo nasi piloci wycieczek proponowaliby klitki w centrum Hawany, baraki w Buena Vista i zapchany hostel, jeden z tych zniszczonych przez huragany. Ci turyści, którzy wykupią ten pakiet nie mogliby posługiwać się monetą wymienną (pesos convertibles – przyp. tłum.), a na swoje dwutygodniowe wydatki dostaliby równowartość półmiesięcznej pensji: trzysta kubańskich pesos (około 12 dol. – przyp. tłum.). W ten sposób nie mogliby jeździć taksówkami dewizowymi ani prowadzić wypożyczonego samochodu po narodowych drogach; używanie publicznego transportu byłoby obligatoryjne dla zainteresowanych tym nowym sposobem podróżowania.

 

Restauracje byłyby zamknięte dla tych, którzy wybierają tę wycieczkę, otrzymywaliby oni codziennie osiemdziesiąt gram chleba. Może nawet mieliby tyle szczęścia, że udałoby się im zdobyć pół funta ryby, zanim wyjadą. By przemieszczać się między prowincjami nie mogliby skorzystać z opcji Viazul (kubański przewoźnik autokarowy – przyp. tłum.) chociaż w miejsce stania w kolejce po bilet przez trzy dni można by dać im przywilej kupienia go po zaledwie jednym dniu. Mieliby zakaz wchodzenia na jacht czy wypożyczenia deski surfingowej, by nie skończyli swojego pobytu dziewięćdziesiąt mil stąd, zamiast w naszym karaibskim „raju”.

 

Na koniec pobytu ryzykujący wycieczkowicze dostawaliby dyplomy „znawców rzeczywistości kubańskiej”, ale musieliby wrócić jeszcze parę razy, aby można ich było nazwać mianem „zaadaptowanych” do naszego absurdalnego życia codziennego. Schudliby, zrobili się smutniejsi, z obsesją dotyczącą jedzenia, które kupiliby w supermarketach w swoich krajach, a przede wszystkim z ogromną alergią na oferty turystyczne. Te złocone reklamy, które prezentują Kubę pełną Mulatów, rumu i tańców nie byłyby w stanie ukryć panoramy zniszczeń, frustracji i inercji, którą już poznali i przeżyli.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Możliwy świat jest lepszy

revolucion_pujante.jpg

Wobec obietnic dotyczących przyszłości, które nigdy się nie urzeczywistniają, skłaniam się w stronę przyszłości, która może się zacząć już dziś, snów, które zrealizują się teraz. Już miałam oczy skierowane w kierunku jutra, wdychałam pełnymi ustami przyszłość i wierzyłam w fata morganę tego, co miało nadejść. Teraz skupiam się tylko na tym, co jest możliwe.

 

Wstałam i wywróciłam do góry nogami jedno z tych chimerycznych haseł, które tak często słyszymy w telewizji, by uczynić je bardziej realnym. Możliwy świat jest lepszy, powiedziałam do siebie i zaczęłam czuć, że się nam uda. Że planeta, moja wyspa i moje miasto znajdą możliwe do zrealizowania rozwiązania, a nie kolejną serię utopii.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Lady, I love you

graffiti1.jpg

Czekam na ławce w Parku Centralnym na przyjaciółki, które są już spóźnione o pół godziny. To był ciężki dzień i nie mam zbytniej ochoty rozmawiać z kimkolwiek. Niespełna dwudziestoletni chłopiec przysiada się do mnie. Mówi łamaną angielszczyzną, ale używa jej, by zapytać mnie, skąd jestem i czy znam hiszpański. W pierwszym odruchu mam mu ochotę powiedzieć, by się ode mnie odczepił, że nie szukam jineteros (ludzie uprawiający prostytucję – przyp. tłum.) polujących dla turystów, ale pozwalam mu kontynuować nieudaną strategię uwodzenia.  

Nie wie, że jasną skórę odziedziczyłam po moich hiszpańskich dziadkach, ale mój paszport jest tak samo niebieski i narodowy jak ten, który ma on. Gdyby nie jego zła ocena tego, że jestem z zagranicy, nigdy by się do mnie nie zbliżył. Nie jestem dobrą partią, to widać od razu, ale on liczy, że chociaż wyglądam na biedną cudzoziemkę, przynajmniej mogłabym załatwić mu wizę emigracyjną. Zachęcony moją ciszą, mówi mi: „Lady, I love you”, a po tym wyznaniu miłosnym nie jestem już w stanie powstrzymać śmiechu. Odpowiadam mu w moim najgorszym slangu z centrum Hawany; „Nie trać czasu na mnie, jestem cubiche (Kubanka w slangu – przyp. tłum.)”. Wstaje, jakby ugryzł go giez i odchodzi, rzucając przekleństwa w moją stronę. Słyszę go, jak woła na cały głos „ten chudzielec wygląda na cudzoziemkę, ale jest stąd i nie jest warta nawet narodowych pieniędzy”. Mój dzień nagle się zmienił i zaczynam się śmiać, siedząc sama na tej ławce, a parę metrów dalej stoi marmurowy Martí, ozdabiając park.

Sfrustrowanemu Casanowie nadchodzi szybki rewanż. Nordycka kobieta w bermudach mija go, a on powtarza jej tę samą śpiewkę, którą skierował do mnie. Ona uśmiecha się i zdaje się być onieśmielona jego młodością. Widzę, jak odchodzą razem, a sprytny kochanek deklaruje swoją miłość w języku, z którego zna ledwie tuzin słów.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html