Było nas tak niewielu

academia_blogger

Jak wirus upragnionej grypy, alternatywna blogosfera kubańska nie przestaje się rozrastać. Nie przypomina już tych nieużytków, do jakich była podobna w kwietniu 2007 r., kiedy składała się z kilku stron pisanych pod pseudonimem, gdy zaczęłam z Generacją Y. Nie jestem już w stanie zliczyć, ilu nas jest w tej chwili, bo każdego tygodnia dowiaduję się, że narodziły się przynajmniej dwie nowe wirtualne przestrzenie. Blokada wielu platform blogerskich i ciągłe ataki przysłużyły się tylko temu, że wirus wolnej opinii mutuje się w kierunku form trudniejszych do uciszenia. DNA opinii obywatelskiej nie ustępuje wobec szczepionek opartych na zastraszeniu i zniesławieniu: skończy się zarażeniem wszystkich.

Pluralizm spojrzeń wskazuje na miejsce dyskusji, które natknęły się w cyberprzestrzeni na środowisko bardziej tolerancyjne niż to w rzeczywistości. Znam miejsca katharsis dla nagromadzonych frustracji, podczas gdy inni specjalizują się w informacji lub skardze. Rozciągają się one od sympatycznych blogów jak Cuba Fake News, do czasopism naładowanych niezbędnymi artykułami w stylu blogu Convivencia. Ich autorami są zarówno byli urzędnicy kontrwywiadu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych jak i ludzie wyrzuceni z oficjalnych wydawnictw. Wszystkich ich łączy potrzeba wyrażenia się, silne pragnienie skończenia z cyklem ciszy, która trwała zbyt długo.

Ten zbiór wolnych elektronów, ta blogosfera, nie reaguje na hierarchię ani na przywódców. Jej siła tkwi w tym, że nie jest możliwe zgilotynowanie jej ani złapanie, w tym, że jest nieuchwytna i zabawna, w tym, że nie musi dochodzić do porozumienia czy wykonywania mandatów. Podczas gdy rozwija się strategia, mająca na celu jej zwalczenie, kiedy ci na górze zbierają się, tworząc prawo podlegające możliwym egzekutorom cenzury, liczba tych miejsc wewnątrz Wyspy podwoiła się. Kiedy wreszcie zaczną rozumieć, o co chodzi i jak zaaplikować antidotum, gorączka blogowania sprawi, że skronie tysięcy Kubańczyków zaczną pulsować.

tłumaczenie: Karolina Popović
korekta: Anna Pawłowska

Reklamy

Anemia argumentów

las-damas11

Zdjęcie: pochodzi z actualidad.orange.es

Tłum zaatakował 10 grudnia kobiety, które niosły w rękach jedynie gladiole. Policja w cywilu z podniesionymi pięściami otoczyła matki, żony i córki tych, którzy siedzą w więzieniu od Czarnej Wiosny 2003 r. (fale represji wojskowych, na czele z Fidelem Castro, jakie nastąpiły 18 marca 2003 r., skierowane przeciw niezależnym dziennikarzom, członkom związków zawodowych i opozycjonistom; w wyniku procesów sądowych 65 osób skazano na karę pozbawienia wolności od 6 do 30 lat – przyp. tłum.). Wielu z napastników znało plan marszu i mieszało aktualne hasła polityczne z tymi zużytymi sloganami sprzed trzech dekad. Był to oddział szturmowy z licencją na obrażanie i bicie, której udzielili właśnie ci, którzy powinni strzec porządku i chronić obywateli. W piątkowych wiadomościach jeden z dziennikarzy ośmielił się powiedzieć, że ci, którzy zaatakowali Damy w Bieli (tak nazywa się żony, matki i córki zatrzymanych podczas Czarnej Wiosny – przyp. tłum.), reprezentowali „wzburzony lud”, ale na ekranie, na twarzach prowadzących program, nie widziało się cienia spontaniczności lub prawdziwego przekonania. Wydawali się jedynie bardzo, ale to bardzo przestraszonymi fanatykami.

Wstyd mi to powiedzieć, ale w moim kraju demony nietolerancji świętowały w Dniu Praw Człowieka. Zostały one zachęcone przez tych, którzy już dawno stracili zdolność przekonywania nas czy przyciągnięcia nas nową, sprawiedliwą ideą. Nie mają już nawet ideologii, dlatego pozostaje im jedynie pociąganie za sznurki strachu, odwoływanie się do „wzorowych” aktów odrzucenia, by powstrzymać rosnące niezadowolenie. Jednakże na twarzach osób powołanych do społecznego linczu można było wyczytać, jak wątpliwości mieszały się z wściekłością a egzaltacja z drżeniem, wywołanym świadomością bycia obserwowanym i ocenianym. Jak bardzo by to nie było bolesne, łatwo jest przewidzieć, że być może pewnego dnia podobny, zaślepiony i bezmyślny tłum skieruje swój gniew przeciw tym, którzy teraz podżegają jednych Kubańczyków przeciw innym.

Przy braku wolności, większej ilości jedzenia na talerzu, zmian strukturalnych czy upragnionej elastyczności wydaje się, że rząd Raula Castro wybrał karę jako sposób zachowania władzy. Nie przynosi ona wymiernych rezultatów z rządzenia, ale uderza w zardzewiałe narzędzia przymusu i stare techniki wymierzania kar. W ostatnich miesiącach rząd nawet nie przedstawia planów wysokiego lotu ani nie podaje niesprecyzowanych terminów projektów. Równie dobrze prezydent mógłby nosić w ręku pasek i to nie w geście surowości czy oszczędności, ale jak robią to autorytarni ojcowie, używać go do bicia swoich dzieci.

tłumaczenie: Karolina Popović
korekta: Anna Pawłowska

Canistel* albo El Dorado

canisteles

Babcia opowiadała mi o nim z takim samym zachwytem, z jakim przed wieloma dekadami jej rodzice opowiadali jej o dawnym marzeniu o El Dorado. Mówiła mi o miąższu w kolorze wahającym się między pomarańczowym a żółtym, o tym, że przy pierwszym ugryzieniu owoc był suchy, ale potem, w ustach, stawał się przyjemny i delikatny. Jej ulubioną grą było opisywanie mi canistela, co było trudnym zadaniem, bo nic nie przychodzi ciężej niż wyobrażenie sobie smaku czegoś, czego nigdy się nie próbowało. „Ana, co on przypomina?” – pytałam ją, bo tylko porównanie mogło mi pomóc w wytropieniu aromatu tego owocu, nieobecnego w moim życiu. „Jest jak mamey (pouteria sapota, drzewo charakterystyczne dla południowego Meksyku i Ameryki Centralnej, o jadalnych owocach – przyp. tłum.), ale smaczniejszy” brzmiała wyważona odpowiedź, jaką zdołałam od niej uzyskać, zanim ponownie zamilkła.

Wiele osób z mojego pokolenia zna pewne smaki ze słyszenia, opisywane przez tych, którzy zachowali w swojej pamięci smak níspero (owoc jadalny, charakterystyczny dla Meksyku i Ameryki Centralnej – przyp. tłum.), caimito, nerkowca i guawy. Ta zdolność do aktywacji kubków smakowych na myśl o czymś, czego nigdy nie wzięliśmy do ust pomogła nam przetrwać najcięższe lata Okresu Specjalnego („Período Especial”, okres długiego kryzysu na Kubie, spowodowanego upadkiem Związku Radzieckiego w 1991 r. i trwającego do 1994 r. – przyp. tłum.). Na zardzewiałym żelaznym łóżku schroniska w Alquízar, odnosiłam się do grupy dziewcząt, jakby były owocami, których nigdy nie spróbowałam. Historia powtarzała się co tydzień podczas improwizowanych spotkań, gdzie głównymi tematami były „seks i jedzenie”. To ostatnie było prawdziwą obsesją zgromadzonych tam piętnastolatek.

Minęły lata i przed tygodniem mama pojawiła się w domu z trzema canistelami. Kupiła je od wieśniaka za cenę, która przekraczała całą dniówkę. Najpierw pomyślałam o Anie, która umarła przed ponad dwudziestoma laty i która w ostatnich dziesięcioleciach swojego życia nie ujrzała nigdy złotawej okrągłości, która tak bardzo ją męczyła. Teo ugryzł jako pierwszy i wykonał dziwny gest, zanim potwierdził: „Jest jak mamey”. Wrócił później do swojego pokoju, nie widząc niezdecydowania na mojej twarzy. Mam posmakować, czy nie? A co, jeśli nie przypomina tego, o czym mi mówili? Na szczęście okazał się być na miarę tego canistela, o którym opowiadała mi moja babcia, gdy nam obu ciekła ślinka (chodzi przypuszczalnie o autorkę i jej siostrę – przyp. tłum.).

* Pouteria campechiana, wiecznie zielone drzewo, typowe dla Meksyku i Ameryki Centralnej, jego owoce są pomarańczowo-żółte i jadalne, potocznie nazywane „jajecznym owocem” – przyp. tłum.

tłumaczenie: Karolina Popović
korekta: Anna Pawłowska

Trasval

trasval21

Sklep znajduje się na ulicy Galiano, przy skrzyżowaniu z San Rafael, gdzie wcześniej znajdował się sklep Ten Cent, zniszczony przez ząb czasu i zapuszczony. Na dzielnicę spadł prawdziwy statek kosmiczny – widziano, jak wiele sklepów zamienia się w schroniska dla poszkodowanych (w ostatnich huraganach – przyp. tłum.), biura bez znaczenia lub lokale zamknięte przez zatkaną kanalizację. Ale Trasval jest inny. Wielki magazyn, administrowany, z tego, co mówią, przez samo Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, ochrzczony został przez mieszkańców mianem „muzeum”, bo chodzi się tam raczej by oglądać, niż kupować, gdy weźmie się pod uwagę wysokie ceny (w wymiennych pesos) towarów.

Trasval był zabawą w kapitalizm, z podkładem muzycznym, pracownikami w uniformach i ze słuchawkami w uchu, z wszechobecnymi kamerami i produktami, których nasze oczy nigdy nie widziały. Czuliśmy się tam jak kurczaki oszołomione światłem lamp i pobrzmiewającą melodią, które kończą w rzeźni kasy, płacąc za otwieracz do puszek cenę, będącą odpowiednikiem trzech pensji. Wewnątrz nadal istnieje dział z urządzeniami do basenów, ale od wielu miesięcy sprzedawczynie ani nie uśmiechają się do klientów, ani nie odpowiadają uprzejmie na ich pytania.

Ostatni raz gdy byłam w tym bunkrze pokrytym czarnymi płytkami, jego upadek był już nieunikniony. Klimatyzacja nie działała, pracownicy zrezygnowali z grubych uniformów, łącznie z krawatami, a na półkach metry jednego i tego samego towaru ogłaszały upadek. Wszystkie otwieracze do puszek zniknęły, a plotki o skandalu korupcyjnym roznosiły się po korytarzach. Jego splendor był krótki, jego sukces mógł być ogromny. Dlatego, że Trasval był ostatnim oszustwem rynkowym, zafundowanym nam, Kubańczykom; ostatnią przynętą, przygotowaną przez mieszankę handlarzy i tajne służby, od których roi się w ostatnich dniach. To ci sami osobnicy handlujący towarami czy sprawozdaniami, sprzedający lampę czy obserwujący zza rogu, liczący monety czy poklepujący się po pistolecie, który noszą na biodrze.

tłumaczenie: Karolina Popović
korekta: Anna Pawłowska

Festiwalowo

catalogo_festival

Grudzień zawsze był miesiącem, podczas którego mało bywało się w domu. Na ulicach nie jest tak gorąco, a Festiwal Nowego Kina Ameryki Południowej oferuje szeroki wachlarz propozycji, które zachęcają nas do wyjścia z domu. To czas wyjmowania płaszczy i nieprzejmowania się tym, że autobus jest zbyt pełny albo koniecznością spaceru po słonecznym chodniku. Na końcu każdego roku ludzie stają się bardziej uprzejmi, bo pozostaje im mało czasu na troskę o niedokończone projekty. Są to tygodnie, gdy zanurzamy się w konformizmie, jakbyśmy chcieli powiedzieć: „Dobrze, wydaje się, że nie był to też rok 2009, ale może 2010 okaże się tym, na który czekamy”.

Tradycyjnie, każdego roku, wydłużały się kolejki przed Acapulco i Chaplinem, przybyło też osób w golfach i szklanych drzwi, zbitych pod naporem kinomanów. Bardziej niż rozrywką, jaką dostarczały nam obrazy wyświetlane na ekranie, rozkoszowaliśmy się w tych dniach festiwalową atmosferą. Czasem to, co najciekawsze, zdarzało się podczas oczekiwania na nowy seans, gdy byliśmy wystawieni na podmuchy zimnego wiatru, a przyjaciel opowiadał nam o debiucie młodego reżysera. Właśnie ta bańka iluzji, pojawiająca się co grudzień, nie zdołała stworzyć tej samej atmosfery w 31. edycji. Ani temperatury nie spadły, ani moi przyjaciele z tamtych lat nie siedzą już w rzędach sal kinowych, rozproszyli się, oddaleni, na różnych kontynentach.

Nadal widzę masową obecność na każdym filmie, wynikającą z rozwiniętej kultury filmowej Kubańczyków i z braku innych możliwości rozrywki za dostępną cenę. Nie ma wiele do roboty w tym mieście, w którym ci, którzy nie mają wymiennego peso, muszą pocieszyć się darmowym murem Maleconu; dlatego Festiwal jest tak wyczekiwany i ma tylu uczestników. Starając się wyjść z tego kulturalnego letargu, zdecydowałam się nie przejmować tym, że nie ma zimy lub że w tłumie jest wiele nieobecnych twarzy. Postanowiłam wziąć ulotkę, wybrać tytuł i pobiec, by wbić się w nierealność sali kinowej, podczas gdy na zewnątrz panuje upał i exodus.

tłumaczenie: Karolina Popović
korekta: Anna Pawłowska

Obietnice

ofrenda

Mój przyjaciel przysiągł przed dziesięcioma laty, że nie wróci na plażę tak długo, aż nie będzie mógł kupić – w pobliżu piasku – piwa za walutę krajową. Jego białe łydki potwierdzają, że nie kąpał się w morzu przez dekadę, podczas której czekał na piwo Cristal, kupione za własną pensję. Sąsiadka z rogu dała słowo, że nie obetnie włosów, zanim nie nadejdzie ten dzień, tak bardzo wyczekiwany przez wielu Kubańczyków. Pchły zmusiły ją do złamania obietnicy, na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy włosy sięgały jej do pasa. Ostatnio zmieniła strategię i postawiła na szafie szklankę wody – usunie ją tylko wtedy, gdy jej wygnane dzieci będą mogły wrócić i zamieszkać razem z nią.

Na grobie na cmentarzu w Hawanie stoją małe, drewniane domki. Są materialnym wyrazem próśb, które otrzyma „La Milagrosa” (Cudotwórczyni – przyp. tłum.), a które obróci w mieszkania dla chcących wyrwać się z rodzinnego domu lub zapchanego akademika. Obok tych miniatur znajdują się samoloty i statki-zabawki, mające spełnić marzenie ucieczki z wyspy wewnątrz tej o naturalnym rozmiarze. Na tym samym cmentarzu, ale bardziej na południe, znajduje się grób medium, które uosabiało ducha Tá José. Poświęcony mu kogut, któremu właśnie tam obcięto głowę, przyniesiony został przez młodego chłopaka, któremu w końcu udało się zdobyć lukratywną posadę w zagranicznej firmie.

Inni czekają na cud uzyskania pozwolenia na wyjazd, uwolnienia więźnia politycznego lub dostania licencji na otwarcie małej restauracji. Ta wyspa wydaje się być miejscem niepodobieństw, ziemią niespełnionych obietnic, krajem ofert wstrzymywanych aż do momentu, gdy osiągnie się to, o co się ubiegało. Ja sama przysięgłam sobie, że nie przestanę pisać, bo każda jedna linijka jest modlitwą za tego, kto już nie daje rady, wirtualnym głosem kogoś, kto pozwolił, by urosły mu włosy, położył swój prezent na marmurze i widział, jak wyschło kilka szklanek wody.

tłumaczenie: Karolina Popović
korekta: Anna Pawłowska