Ostatni obiekt kultu

olla
Przed wieloma laty ogłoszono początek „Rewolucji Energetycznej”. Oficjalne media ogłosiły natychmiastową dystrybucję szybkowarów, które, mimo działania na prąd, obniżały narodowe zużycie paliwa. Przemysł państwowy zaczął masową produkcję potrzebnych gumowych uszczelek do pokrywek, które aż do tej pory wytwarzane były jedynie przez prywatnych producentów i sprzedawane na rynkach nieformalnych za horrendalne ceny.

Ze skrupulatną precyzją operacji wojskowej wyjechały na ulice dziesiątki ciężarówek, rozwożących nowy sprzęt. „Kup teraz i zapłać potem” brzmiało hasło, które nie zdołało uciszyć sceptyków i tych, którzy pytali, jak pozyskać bez takich trudności produkty, które można włożyć do środka nowej technologii (sic!). Był to jednak bez wątpienia moment powszechnej nadziei, która, jak miłość, wydawała się wchodzić przez kuchnię.

Stało się to samo, co z poprzednimi projektami: na początku dystrybucja przebiegała dobrze, ale po kilku miesiącach nie do wszystkich zakamarków dotarły szybkowary, ani nie we wszystkich z nich części były dobrze złożone. W niektórych rejonach, w których je sprzedawano, od razu odłączono płynny gaz, a przerwy w dostawie prądu zdarzały się w najmniej dogodnych momentach. Z drugiej strony zdarzyło się coś, czego entuzjaści nie mogli przewidzieć, istniały osoby, które nie były w stanie zapłacić za owe sprzęty AGD. Do dziś zobaczyć można listy dłużników, wystawione na publiczny widok w tych samych sklepach, gdzie sprzedawano te skomplikowane szybkowary.

Tamte garnki, które były ostatnim obiektem kultu rządowego ojcostwa, przestały być sprzedawane i to samo stało się z gumowymi uszczelkami, które dziś, ponownie, oferowane są przez alternatywnych wytwórców na ulicy, za cenę narzuconą przez zbyt.

* Już znowu jestem stworzeniem dwunożnym, odstawiłam kulę i wróciłam do tematów z mojego życia codziennego. Dziękuję wszystkim, którzy wyciągnęli do mnie dłoń w akcie solidarności, dali mi balsam wsparcia i skuteczny lek przyjaźni. Tu i tu zostawiam wam krótką historyjkę wydarzeń z tamtego piątku, 6 listopada.

tłumaczenie: Karolina Popović

Postacie z cienia

no_me_golpee-copy2
Po tym, co wydarzyło się w zeszły piątek, zdecydowałam się wyciągnąć na światło dzienne serię zdjęć ludzi, którzy mnie obserwują i prześladują

Mój związek z kinem był zawsze z pozycji rzędów siedzeń, w półmroku sali, w której słuchało się dźwięku starego projektora. Utrzymywało się tak do czasu, gdy zaczęłam żyć w swoim własnym filmie, gatunku thrillera o prześladowanych i prześladujących, gdzie moją rolą jest uciekać i chować się. Motywem tak nagłej zmiany z widza w bohatera był ten blog, ulokowany w szerokiej przestrzeni – tak mało dotkniętej celuloidem – jaką jest internet. Obudziłam się przed dwoma laty z ochotą napisania prawdziwego scenariusza moich dni, a nie różowej komedii, którą pokazywały oficjalne gazety. Przeszłam więc z oglądania filmów do bycia ich bohaterką.

Wątpię, czy któregoś dnia zobaczę, jak opada kurtyna i zdołam wyjść żywa z kina. Długi film, w którym żyjemy na Kubie od dziesięcioleci, nie wydaje się być blisko momentu wyświetlenia napisów końcowych i zgaszenia ekranu. Jednakże widzowie nie są już tak zainteresowani niekończącą się taśmą, którą wyświetlają autoryzowane projektory. Wydają się być raczej przyciągnięci wizją tych, którzy mają blog czy pustą stronę, gdzie rejestrują pytania, frustracje i radości mieszkańców.

Stając się Kubrickiem czy Tarantino, zaczęłam dawać świadectwo tych postaci, które nas obserwują i prześladują. Postaci z cienia, które jak wampiry żywią się naszą ludzką radością, zaszczepiając w nas strach za pomocą uderzeń, gróźb, szantażu. Indywidua wytrenowane we współdziałaniu, które nie umiały przewidzieć swojego przekształcenia się z polujących w tych, na których się poluje, twarze zaatakowane aparatem, telefonem komórkowym czy pełną ciekawości siatkówką obywatela. Przyzwyczajeni do zbierania dowodów do tych akt, które każde z nas ma na jakiejś półce, w jakimś biurze, zaskoczeni są, że teraz my robimy inwentarz ich gestów, oczu, skrupulatny zapis ich nadużyć.

tłumaczenie: Karolina Popović

acosadores_acosados-copy
photoshop-abajoscropped-captioned-2
cara_tapada-copy
cazador_cazado-copy
cazadores_cazados-copy
vigilantes-copy1

Wina ofiary

victima

Po agresji zawsze znajdzie się kilku krótkowzrocznych, którzy obwiniają samą ofiarę tego, co się wydarzyło. Jeśli jest to kobieta, która została zgwałcona, ktoś wyjaśnia, że jej spódnica była bardzo krótka albo że prowokacyjnie kołysała biodrami. Gdy chodzi o napad, znajdą się tacy, którzy powiedzą, że przyciągająca wzrok torebka lub błyszczące kolczyki wzbudziły pożądanie w przestępcy. W przypadku bycia przedmiotem represji politycznej nie brakuje tych, którzy będą twierdzić, że brak rozsądku był powodem tak „energicznej” odpowiedzi. Ofiara czuje się wobec takiego traktowania podwójnie poszkodowana.

Dziesiątki naocznych świadków, którzy widzieli, jak siłą wepchnęli do samochodu Orlanda i mnie wolałoby nie zeznawać, dołączając się tym samym do bandy przestępców.

Lekarz, który nie wystawia obdukcji o akcie fizycznego znęcania się, bo już został poinformowany, że w tym „przypadku” nie powinien pozostawać żaden dokument potwierdzający odniesione obrażenia, łamie przysięgę Hipokratesa, a przymrużając oko robi przysługę winnemu. Ci, którym wydaje się, że powinno być więcej siniaków i złamań, by mogli zacząć czuć współczucie dla zaatakowanego, nie tylko kwalifikują ból, ale też mówią agresorowi: „musisz zostawić więcej znaków, musisz być bardziej energiczny”.

Nie brakuje również tych, którzy wskazują na to, że sama ofiara wyrządziła sobie krzywdę, którzy nie chcą słuchać krzyku ani lamentu blisko nich, ale podchwytują go i publikują, gdy wydarzy się tysiące kilometrów od nich, pod inną ideologią, pod innymi rządami. Są to te same niedowiarki, którym wydaje się, że UMAP (Unidad Militar de Ayuda a la Producción – Jednostka Wojskowa do Pomocy w Produkcji, obozy przymusowej pracy, istniejące na Kubie w latach 1965 – 1968, grupujące głównie młodych mężczyzn, homoseksualistów, wierzących i dysydentów o łącznej ilości 25 ooo osób, rozwiązano je po interwencji wielu kół intelektualnych z kraju i zagranicy – przyp. tłum.) był rozrywkowym obozem łączącym przygotowanie wojskowe i pracę w polu. Ci, którzy nadal wierzą, że zastrzelenie trzech mężczyzn (2 kwietnia 2003 grupa Kubańczyków uprowadziła prom z 50 osobami na pokładzie, chcąc dostać się do USA. Tydzień później Lorenzo Copello, Barbaro Sevilla i Jorge Martinez zostali straceni za „poważny akt terroryzmu” – przyp. tłum.) jest usprawiedliwione, gdy chodzi o ochronę socjalizmu i że gdy ktoś pobije nonkonformistów to dlatego, że ci ostatni sami się o to prosili przez swoją krytykę. Wieczni usprawiedliwiający przemoc nie dadzą się przekonać żadnym dowodom, nawet krótkiemu „spoczywaj w pokoju” na białym marmurze. Dla nich ofiara jest sprawcą a agresor zwykłym wykonawcą koniecznej lekcji, zwykłym „poprawiaczem” naszych dewiacji.

Krótki raport medyczny:
Dochodzę do siebie po odniesionych obrażeniach fizycznych, będących skutkiem porwania, mającego miejsce w zeszły piątek. Siniaki schodzą a w tej chwili najbardziej dokucz mi ostry ból w okolicy lędźwiowej, który zmusza mnie do używania kuli. Zeszłej nocy trafiłam do polikliniki, gdzie zastosowano kurację przeciwbólową i przeciwzapalną. Nie jest to nic, czego moja młodość i dobre zdrowie nie mogłyby pokonać. Na szczęście kopniak, który otrzymałam, kiedy skierowali moją twarz ku podłodze samochodu nie uszkodziła oka, a tylko kość policzkową i brew. Mam nadzieję na wyzdrowienie w przeciągu paru dni.

Dzięki przyjaciołom i rodzinie, którzy mi towarzyszyli i wspierali mnie, znikają również skutki psychiczne, które są najtrudniejsze. Orlando i Claudia nadal pozostają pod wpływem szoku, ale są niesamowicie silni i również dadzą radę. Zaczęliśmy się już uśmiechać, co jest najlepszym lekarstwem na przemoc. Główną terapią pozostaje dla mnie ten blog i tysiące tematów, które wciąż trzeba w nim poruszyć.

(Informacja od edytora: post dyktowany przez telefon)

tłumaczenie: Karolina Popović

Uprowadzenie w stylu Kamorry (camorra – neapolitańska mafia – przyp. tłum.)

Blisko ulicy 23 i dokładnie na rondzie Alei Prezydenckiej zobaczyliśmy nadjeżdżający czarny samochód, produkcji chińskiej, w którym siedziało trzech nieznanych mięśniaków: „Yoani, wsiadaj do auta” powiedział mi jeden z nich, trzymając mnie mocno za nadgarstek. Dwóch pozostałych otoczyło Claudię Cadelo, Orlanda Luísa Pardo Lazo i jedną przyjaciółkę, która towarzyszyła nam w marszu przeciw przemocy. Ironia życia, było to popołudnie wypełnione kopniakami, krzykami i przekleństwami, to, które miało być dniem pokoju i braterstwa. Ci sami „agresorzy” wezwali patrol, który wziął moje dwie towarzyszki, Orlando i ja zostaliśmy przydzieleni do samochodu o żółtej tablicy rejestracyjnej, w okrutnym terenie nielegalności i bezkarności Armagedonu.

Odmówiłam wejścia do błyszczącego Geely i zażądaliśmy, by pokazano nam dowód osobisty lub nakaz sądowy, pozwalający na zatrzymanie nas. Oczywiście nie pokazali żadnego papieru, który dowodziłby zasadności naszego aresztu. Gapie zbierali się wokół nas a ja krzyczałam „Na pomoc, ci mężczyźni chcą nas porwać”, ale oni zatrzymali tych, którzy chcieli interweniować, krzykiem, który ujawniał całe to ideologiczne dno operacji: „Proszę się nie mieszać, to są kontrrewolucjoniści”. Wobec naszego werbalnego oporu chwycili za telefon i powiedzieli do kogoś, kto przypuszczalnie był ich szefem: „Co robimy? Nie chcą wsiąść do samochodu”. Wyobrażam sobie, że po drugiej stronie padła kategoryczna odpowiedź, ponieważ potem spadł na nas deszcz uderzeń, popychań, chwycono mnie głową w dół i starano się wepchnąć mnie do samochodu. Trzymałam się drzwi… uderzenia w kości palców… udało mi się wyrwać papier, który jeden z nich miał w kieszeni i włożyłam go sobie do ust. Kolejna seria uderzeń, bym zwróciła im dokument.

W środku był już Orlando, unieruchomiony chwytem karate, z głową na podłodze. Jeden postawił kolano na mojej klatce piersiowej, a drugi z przedniego siedzenia kopał mnie w okolicy nerek i bił mnie po twarzy, abym otworzyła usta i oddała papier. W pewnym momencie czułam się, jakbym nigdy nie miała wyjść w tego samochodu. „Doszłaś aż dotąd, Yoani”, „Już skończyły się dla ciebie te błazenady” powiedział ten, który siedział na miejscu obok kierowcy i ciągnął mnie za włosy. Na tylnym siedzeniu odbywał się dziwny spektakl: moje nogi w górze, twarz poczerwieniała przez nacisk i obolałe ciało, obok Orlando, zredukowany uderzeniem zawodowca. Udało mi się jedynie chwycić w desperackim akcie za jego jądra. Zatopiłam w nich paznokcie, przypuszczając, że będzie zgniatał moją klatkę piersiową do ostatniego tchnienia. „Zabij mnie już” krzyknęłam na ostatnim oddechu, który mi pozostał, a ten z przodu rozkazał młodszemu „Daj jej oddychać”.

Słyszałam dyszenie Orlanda, a uderzenia nadal na nas spadały, chciałam otworzyć drzwi i wyskoczyć, ale nie było rączki, by otworzyć drzwi z wewnątrz. Byliśmy na ich łasce i to, że słyszałam głos Orlanda dodawał mi animuszu. Powiedział mi potem, że czuł to samo dzięki moim urywanym słowom… mówiły mu one „Yoani nadal żyje”. Zostawili nas, pobitych i obolałych, na ulicy Timba, jakaś kobieta się do nas zbliżyła „Co się wam stało?”… „Porwanie”, udało mi się powiedzieć. Płakaliśmy objęci na środku chodnika, myślałam o Teo, mój Boże, jak mu wyjaśnię wszystkie te sińce. Jak mu powiem, że żyje w kraju, w którym dochodzi do tego wszystkiego, jak spojrzę mu w oczy i opowiem mu, że jego matka za pisanie blogu i umieszczanie swoich opinii w kilobitach stała się ofiarą przemocy na pełnej ulicy. Jak powiem mu o despotycznych twarzach tych, którzy wepchnęli nas siłą do samochodu, przyjemności, jaką odczuwali bijąc nas, podnosząc mi spódnicę i wpychając mnie na wpół nagą do samochodu.

Udało mi się jednak zobaczyć pewien stopień zaskoczenia naszych napastników, strachu przed czymś nowym, czego nie mogą zniszczyć, nie rozumiejąc tego, brawurową przemoc tego, który wie, że jego dni są policzone.

tłumaczenie: Karolina Popović

Kwestia odcieni

policias-jovenes
„Zatrzymałem cię, bo jesteś biała” mówi do mnie taksówkarz po tym, jak zatrzymał samochód z piskiem opon na ulicy Reina, około północy. Z jego grubych ust Mulata wydobywają się usprawiedliwienia, jedno przez drugie, dlaczego nie przyjmuje o tej porze „kolorowych” klientów. Szuka zrozumienia we mnie, która wychowałam się w dzielnicy zamieszkałej w głównej mierze przez czarnoskórych, której podoba się skóra koloru cynamonu. Ledwie go słucham. Przeszkadzają mi w szczególności ci, którzy dyskryminują równych sobie; lokaj hotelu, który gani Kubańczyka, ale pozwala wejść krzyczącemu i gestykulującemu turyście; prostytutka, oddająca się za dziesięć pesos convertibles dwukrotnie od niej starszemu Kanadyjczykowi, aby nie wyjść na „skompromitowaną” zgodą na rodaka; mieszkaniec Santiago de Cuba, który po tym, jak zamieszkał w Hawanie, naśmiewa się z akcentu tych, którzy przybywają z jego własnej miejscowości.

Wielokrotnie wstaję i mam ochotę być Metysem (osoba pochodzenia europejsko – indiańskiego – przyp. tłum.) jak Reinaldo czy Teo, bo kiedy patrzą na mój prosty nos i moją białawą skórę myślą sobie, że mi było łatwo. Nic z tych rzeczy. Istnieje wiele form odrzucenia, bo wraz z rasizmem istnieje tu na porządku dziennym dyskryminacja ze względu na pochodzenie społeczne, napiętnowanie z uwagi na orientację ideologiczną i wykluczenie, gdy nie należy się do rodzinnego klanu trzymającego władzę, wpływy i powiązania. Nie mówiąc już o niskiej wartości, jaką przypisuje się w społeczeństwie macho z powodu posiadania jajowodów we wnętrzu brzucha. Dlatego tak bardzo kłopotliwy był dla mnie wywód kierowcy, który zatrzymał samochód przez bladość mojej skóry. Mam ochotę wysiąść, ale jest późno, bardzo późno.

Czym się zajmujesz? – pyta mnie, stojąc na światłach na ulicy Belascoaín. Jestem blogerką – odpowiadam – i światła na alei Carlosa III pozwalają mi widzieć jego twarz pełną podejrzliwości i obawy. „Słuchaj, nie napiszesz o tym, co właśnie ci powiedziałem”, mówi zmieniając porozumiewawczy ton, jakim mówił, gdy wsiadałam do jego taksówki w środku nocy. „Nie chcę, byś potem publikowała w internecie głupoty o mnie” wyjaśnia mi, podczas gdy maca się po kroczu w geście władzy. Proste włosy były powodem, by mi zaufać, moje oczy nie wydają mu się już mieć migdałowego kształtu, a gdy wymieniam mu moimi wąskimi ustami tematy, które poruszam w blogu, wydaje się, że mu grożę, z bronią w ręku, groźny przestępca. Stwierdzam więc, że jego spektrum klasyfikacji nie potępia jedynie pewnych odcieni koloru, ale też pewne skłonności do opinii, te odcienie, których nie widać na skórze, ale które również niosą za sobą na tej wyspie przykłady segregacji i odtrącenia.

tłumaczenie: Karolina Popović

„Końcówka”

festival_teatro1
Jesteśmy w środku festiwalu teatralnego i to pomaga uciec od nudnego programu telewizyjnego i ograniczonych opcji rekreacyjnych – prawie wszystkich w wymiennych pesos – hawańskich nocy. Kierowani dramatem i komedią, staramy się odpędzić problemy dnia codziennego, wewnętrzne niepokoje i wątpliwości, które wywołuje w nas ten absurdalny scenariusz, w którym żyjemy. Ale w tych skąpanych w mroku salach nie zawsze uda się znaleźć ucieczkę, czasem można odnaleźć klucze, pozwalające wrócić do naszej rzeczywistości i zinterpretować ją ponownie.

W sobotę wystawiono w małym lokalu teatru Argos na zlocie ulic Ayestarán i 20 Maja sztukę Samuela Becketta „Końcówka”. Poszliśmy wcześnie, by zdobyć miejsce w rustykalnych drewnianych rzędach ławek. Możecie mi wierzyć, że prawie dwie godziny siedzenia bez wsparcia pleców i na twardej desce można przetrzymać tylko wtedy, gdy chodzi o wspaniałe przedstawienie. Dobrze więc, to z poprzedniego wieczoru było typem przedstawienia, które pozwala zapomnieć o skurczach mięśni i bólu karku. I nie dlatego, że zmierza w kierunku rozrywki czy śmiechu, ale dzięki wywołaniu w nas tego strachu, który trzyma w zawieszeniu, ludzkiej obawie, sprawiającej, że uświadamiamy sobie to wszystko, czego nam brakuje.

Ślepy i umierający starzec utrzymuje relacje, w których wykorzystuje swojego służącego, otaczając go rutyną i szantażem. Na fotelu inwalidzkim, kapryśny rekonwalescent chce kontrolować wszystko to, co się pojawia i używa oczu swojego podwładnego, by to osiągnąć. Chorobliwa wdzięczność i niezdolność do wyobrażenia innych okoliczności życia sprawiają, że Clov jest przywiązany do swojego pana Hamma i odsuwa dzień osiągnięcia swojej niezależności. Z brudnego okna widać morze, symbol tego wszystkiego, co istnieje na zewnątrz, wszystkiego tego, czego zabrania się doświadczać.

Później spacerowaliśmy do domu, ogarnięci niepokojem, który wywołany został wydarzeniami na scenie. Pomalowane na czarno ściany były zbyt mocne, krzyki despoty wzywające do uwagi i przywołujące nas – tak brutalne i znajome – „do niewymownej natury relacji władzy, jej tajemnicy i rytuału win, szantażu, pomówień, przeprosin, manipulacji…”*.

* Słowa Carlosa Celdrán, dyrektora Teatru Argos, w katalogu dzieła „Końcówka”, w którym wystąpili Pancho García, Waldo Franco, José Luís Hidalgo, Verónica Díaz.

tłumaczenie: Karolina Popović