Lekcje biologii

inmigracion_y_extranjeria-copy

 

Urządzenia bypass, które się wyłączają, płacz dziecka, niesiony przez echo. Pieczątki, które spadają na papier, by zaprzeczać i cenzurować; kilobity, które niosą mój głos w internecie bez potrzeby mojego ruchu. Ktoś, kto patrzy na mnie ze zmarszczonym czołem, rozmawiając przez walkie – talkie kontroli. Ptak zwany Twitter unosi mnie między swoimi łapami. Biura z ludźmi w mundurach zapewniającymi mnie „nie może pani obecnie podróżować”, gdy w rzeczywistości jestem już tysiące kilometrów stąd, w tym wirtualnym świecie, którego nie mogą pojąć ani zagrodzić.

tłumaczenie: Karolina Popović

Architektura zrodzona z potrzeby

Nad ranem usunęli pierwsze cegły zewnętrznej ściany, by sprzedać je – każdą jedną – za trzy pesos na czarnym rynku. Niczym legion mrówek, najbiedniejsi z okolicy przejęli starą, zamkniętą fabrykę i zaczęli ją demontować. Na rogu kilkoro dzieci pilnowało, czy nie zbliża się policja, podczas gdy rodzice przesiewali pozostałości gruzu, by wydostać miałki żwir. Sprytne ręce burzyły podczas dnia i transportowały nocą te materiały budowlane, które pozwalały im wznieść ich własne domy. Po trzech tygodniach z ogromnego gmachu zostały tylko podłoga i kilka strzelistych kolumn. Wszystko to, czego można było użyć, przeniesione zostało na teren potrzeb, zaczęło wspierać architekturę zrodzoną w potrzeby.

Na wyspie, na której kupienie cementu, bloków (sic!) czy stali porównywalne jest z uzyskaniem pyłu księżycowego, destrukcja w celu budowy stała się powszechną praktyką. Istnieją specjaliści od wyjmowania cegły w nienaruszonym stanie po osiemdziesięciu latach tkwienia w zaprawie, mistrzowie w odrywaniu kafelek ze zdemolowanego dworku i zręczni „dekonstruktorzy”, wyciągający z gruzów metalowe konstrukcje. To, co uratują, używane jest do stworzenia ich własnych przestrzeni mieszkalnych w kraju, w którym nikt nie może nabyć domu drogą legalną. Ich głównymi „kamieniołomami” są te budynki mieszkalne, które runęły, lub zakłady opuszczone przez wiele lat przez niedbalstwo państwa. Rzucają się na nie z efektywnością w plądrowaniu, jaką chciałoby się widzieć w sennych murarzach, pracujących za pensję.

Niektórzy z tych zręcznych przetwórców odpadów wtórnych zginęli pod sufitem, który na nich spadł albo przygnieceni murem, który za bardzo podziurawili u podstawy. Czasem jednak uśmiecha się do nich szczęście i znajdują nieporysowaną muszlę klozetową lub gniazdko, którego nie mogli zabrać przez pośpiech właściciele rozebranego domu. Oddalony o kilometry od miejsca rozbiórki, dom z blachy i cynku zaczyna powoli się zmieniać. Dodano do niego dachówki z budynku, który rozpadł się na rogu ulic Neptuno i Águila, kawałek zewnętrznej kraty z porzuconego dworku na ulicy Línea, a nawet witraż z klasztoru w dzielnicy Habana Vieja. Wewnątrz tego domu, owocu grabieży, rodzina, równie ograbiona przez życie, marzy o kolejnej fabryce, którą rozmontuje i zaniesie na plecach.

 

* Wiersz „Plan ekonomiczny” Amaury Pacheco, czytany przez autora.

tłumaczenie: Karolina Popović

Miałam chusteczkę i co z tego?

yoani_con_panoleta

We wszystkich szkołach kraju odbywa się dziś ceremonia wstąpienia pierwszoklasistów do organizacji pionierów. Apel poranny trwa dłużej niż zazwyczaj, rodzice towarzyszą swoim dzieciom podczas ceremonii zakładania im chusteczek i gdy krzyczą po raz pierwszy hasło „Pionierzy komunizmu, będziemy jak Che”. Ja też przeszłam przez to przy dwóch okazjach, raz, gdy przyszła moja kolej na przystąpienie do OPJM* i drugi tego dnia, gdy byłam obecna przy wcielaniu Tea. Z tych dwóch wydarzeń zachowałam tak różne wspomnienia, że wydaje się, że miały miejsce w zupełnie przeciwstawnych wymiarach.

W moim przypadku były to lata ideologicznego zapału i z zaledwie 93 centymetrami wzrostu byłam gotowa oddać życie za chustkę, którą właśnie mi zawiązano. Czułam się dotknięta ręką Ojczyzny, chociaż w rzeczywistości zostałam jedynie wcielona w szeregi ideologii. Motto organizacji, do której właśnie wstąpiłam, wydawało się być hasłem otwierającym wszystkie drzwi, choć w tym momencie nie wiedziałam nawet, że końcówka „-izm” tworzy rzeczowniki oznaczające „doktryna, sekta, system”. Jeszcze mniej by mi się podobało, gdyby odsunęli mnie jak Lybnę, która za bycie Świadkiem Jehowy nie „składała przysięgi” razem zresztą dzieci w auli. Rozciągał się nad nią cień, który robił się jeszcze ciemniejszy właśnie przez nie noszenie zawiązanej na szyi niebieskiej chustki.

Minęło dwadzieścia lat i byłam z moim synem pewnego październikowego ranka, by widzieć, jak wstępuje w ten pionierski ruch, w który ja już nie wierzyłam. Nauczycielka wyszła przed szereg i poprosiła dzieci, żeby powtórzyły slogan o Che Guevara. Teo milczał, a jego nadąsana mina nie uciekła sokolemu wzrokowi dyrektorki. Kiedy zapytano go, czemu nie wyrecytował hasła jak reszta uczniów, powiedział ze swoją dziecięcą prostotą: „bo Che nie żyje, a ja nie chcę umrzeć”. Przypuszczałam, że mój syn właśnie dostał etykietkę w katalogu ideologicznym z najgorszą z ocen, „C” kontrrewolucjonisty. Ale nie, nauczycielka roześmiała się i dała mu jego pierwszą lekcję oportunizmu „Ech Teo, po prostu powtórz hasło, żebyś nie wpadł w kłopoty”.

 

*OPJM: Organizacja Pionierów José Martí.

 

tłumaczenie: Karolina Popović

Pandemia i detergent

viva_los_trabajadores

 

Staram się zdobyć – bezskutecznie – butelkę detergentu, by umyć szklanki pokryte tłuszczem i śladami palców, które nie schodzą pod wpływem jedynie wody i gąbki. W poszukiwaniu mydlanego płynu przeszłam dziś część osiedla La Habana, bo ogłoszenia w telewizji wzywają nas do wzmożonej higieny wobec nadciągania H1N1. Jednak alarm spowodowany epidemią nie sprawił, że w sklepach obniżono ceny środków czystości, nawet kosztu zwykłego mydła, odpowiadającego wypłacie za całodzienną pracę. Zamiast tego nastąpiło zupełnie co innego. Załamanie się importu odczuwa się szczególności w tym, co służy aby kąpać się lub dezynfekować.

 

Głos prowadzącego wzywa nas do częstego mycia rąk, używania chusteczek, gdy kichamy i zachowania higieny osobistej, ale rzeczywistość zmusza nas do brudu. Brakuje masek na twarz, bieżącej wody w wielu domach, zwykłego posiadania witaminy C, by wzmocnić organizm i czystości w miejscach publicznych. Ta tak zwana „świńska grypa” ma dzięki temu odpowiedni teren do rozprzestrzenienia się. Podczas gdy rozwija się w naszych dzielnicach, oficjalne media nadal skąpią wiadomości i nie wspominają o zamkniętych szkołach, miejscach kwarantanny i pełnych szpitalach.

 

Ta iluzja raju zabija nas. To pragnienie sprawiania wrażenia, że żyjemy lepiej i że nasze statystyki odstają od średniej światowej nie zdoła ukryć kruchości naszego społeczeństwa wobec epidemii, która wymaga zasobów materialnych w rękach obywateli. Jeżeli namydlenie ciała czy posiadanie odrobiny alkoholu do zdezynfekowania rąk zamieniają się w luksus, jak powstrzymamy epidemię, która nadciąga? Jeśli nawet nie przybyła na rynek racjonowany porcja mydła na wrzesień, jak to możliwe, że w telewizji nawołuje się do higieny bez wspomnienia o bazie materialnej, by ją osiągnąć. Nie zauważyli, że toniemy w brudzie? Muszą pojawić się najpierw zapalenie spojówek, biegunki i wirusy, by zdali sobie sprawę, że czystość nie składa się jedynie z białego kitla i stetoskopu, ale że zaczyna się na ulicach, od zbierania śmieci, sprzątania domów i od matki, która nie może umyć talerza, na którym będzie jadło jej dziecko.

tłumaczenie: Karolina Popović

Doświadczone kameleony

 

cotorra

 

 

Aż do połowy lat osiemdziesiątych można ich było spotkać na całej długości terytorium państwowego. Podczas ćwierćwiecza ich obecność stała się narzucająca, byli agresywni i ekshibicjonistyczni. Wydawali się całkowicie przekonani. Optymiści odporni na jakiekolwiek zniechęcanie, zawsze mieli pod ręką precyzyjny argument, by stawić czoła defetyzmowi i tendencyjnemu komentarzowi „wroga”. Charakteryzował ich arogancki uśmiech jako preludium do ich odpowiedzi, dydaktyczne powietrze pełne wyższości i spojrzenie wyrażające coś między pogardą i litością, gdy dzielili się swoim jasnym stanowiskiem z zagubionymi. Czasem bywali zaskoczeni, zdziwieni faktem, że istniały osoby, które nie pojmowały, że światła przyszłość była o krok od przybycia i zagoszczenia.

Teraz niektórzy z nich – jak doświadczone kameleony – przeszli metamorfozę i uczą się reguł marketingu, aby zastosować je w mieszanych firmach z zagranicznym kapitałem, gdzie zajmują kierownicze stanowiska. Mają dobry zmysł powonienia, by wywąchać nieuniknione zmiany, które nadejdą. Kiedy zostają sami z kimś wykluczonym i krytycznym – jak ja – klepią nas po ramieniu i mówią nam na ucho „jestem z tobą”. W ten czy inny sposób oportuniści wierzą, że zarezerwują sobie miejsce w dniu jutrzejszym, gdzie planują nosić maskę, która będzie potrzebna, by zapewnić sobie zysk.

Transmutacja tego gatunku, który deptał tych, którzy mieli inne poglądy, odnotowała lekką poprawę w duchowym klimacie narodu. Wobec stopniowego znikania inkwizytorów heretycy zyskali na zaufaniu, co nie znaczy, że ugaszono stosy. Instytucje represji pozostają nietknięte, różnica polega na tym, że brakuje im teraz argumentów i mogą wyrażać jedynie pragnienie utrzymania się u władzy, już nie jako klasa społeczna walcząca o przeforsowanie swoich praw, ale jako kasta, klan rodzinny, broniący swoich interesów.

tłumaczenie: Karolina Popović

Lot Suzuki nad Taguayabón

caballo

 

Zniszczony most, rdzenna nazwa i poczucie, że miejscowość Taguayabón zatrzymała się w pierwszych latach dwudziestego wieku. Oto, co ujrzałam przed trzema tygodniami, gdy przenieśliśmy wirus bloggera do prowincji Villa Clara. Oszołomiony wzrok tych, którzy nigdy nie siedzieli przed komputerem podłączonym do sieci, przesuwał się po dziennikach, których kopie przynieśliśmy ze sobą. Wyjaśnienie im, z czego składa się Google było skomplikowane, bo w tym miejscu zwykłe szukanie aktu urodzenia w registrze cywilnym już jest bardzo trudne. Wyobraźcie sobie zdziwienie, gdy dowiedzieli się, że za pomocą zwykłego kliknięcia można otrzymać wszystkie odnośniki do zdarzeń, ludzi, zagadnień.

 

Nowe technologie w rękach obywateli były centralnym tematem wystąpienia Reinalda i mojego przed tuzinem osób, niektórych przybyłych z Camajuaní. Kiedy sobie poszliśmy przybyła inna grupa, chmara motorów – marki Suzuki* – unosiła się nad małą główną ulicą miasta i przyległymi drogami. Wypytywali wielu uczestników tamtego spotkania o wiedzę, zastraszyli najmłodszych, a nawet skonfiskowali konia, który – mogę was zapewnić – nie miał nic wspólnego z Podróżą Blogera. Strach zastopował przepływ wirtualnego powietrza, które powiało na krótko na mieszkańców tej ziemi villaclareńskiej. Niespokojni chłopcy, którzy nie ujawniają twarzy, wrócili do wypełniania swojej roli i powtarzania śpiewki o CIA i Pentagonie, stojących za alternatywną blogosferą kubańską. Ale zarazek WordPress i Blogger już weszły pod skórę. We wtorek wielu mieszkańców Taguayabón zadzwoniło do mnie, by zapewnić: „Chcemy zacząć publikować w internecie”.

 

* Motory Suzuki kojarzone są z obecnością oficerów Służby Bezpieczeństwa.

 

tłumaczenie: Karolina Popović

Zawoalowane wyznanie

tortuga

 

„Trzeba będzie rozwiązać to w inny sposób” powiedział Jorge swojemu bratu, gdy dowiedział się o likwidacji obiadów w wielu zakładach pracy. Jego posada kucharza w strefie państwowej sprawiła, że z ledwością utrzymuje się z symbolicznej pensji, którą otrzymuje co miesiąc. Dzięki wynoszeniu środków żywnościowych i późniejszej ich sprzedaży na czarnym rynku udało mu się zamienić swój maleńki domek na inny, większy. Kupił odtwarzacz DVD, który pozwala mu uniknąć nudnego programu telewizyjnego, a nawet zabrał swoje dzieci do Varadero w zeszłe wakacje. Jego interes był prosty: zajmował się dostarczaniem ryżu do budki, gdzie oferowano jedzenie na wynos, dostarczał olej – który wynosił z magazynu – człowiekowi pracującemu na własny rachunek, a sprzedawczyni kanapek płaciła mu za ten chleb, który nigdy nie trafiał na tacki pracowników.

 

Teraz wszystko zdaje się być skończone dla tego sprytnego handlarza szarej strefy. W wielu ministerstwach zaczyna się rozdawać po 15 pesos kubańskich, by pracownicy sami organizowali sobie posiłki w porze obiadu. Suma zaskoczyła wielu, w szczególności tych, którzy dostają mniej niż ona wynosi za ośmiogodzinny dzień pracy. Jeżeli pieniądze przeznaczone na posiłek osiągną taką wysokość, to państwo kubańskie przyzna, że aby pokryć koszty wyżywienia i transportu powinno płacić przynajmniej trzy razy tyle za każdy dzień pracy.

 

Jorge myśli już o zmianie pracy w ramach tej samej firmy i przejąć posadę administratora. Aż do zeszłego tygodnia była to posada ze zbyt wielką odpowiedzialnością i małym „znaleźnym”, ale nagle okazała się być atrakcyjną pozycją. W jego rękach będzie leżało zaświadczanie, ile dni przepracował pracownik, by otrzymał on pieniądze na jedzenie. Ma już zaplanowane skupianie się na nieobecnościach pracowników i dzielenie ilości posiłku między siebie a pracownika, który nie przyszedł. Chętnie zamieni worki z fasolą i mąką na spis nazwisk i karty, na których zaznacza się obecność. Może w przyszłym roku będzie mógł wziąć swoją rodzinę na oddaloną plażę Baracoi.

tłumaczenie: Karolina Popović