Persepolis

persepolis

 

Kiedy byłam mała, podobały mi się książki z „figurami” i to bycie przyciąganą przez teksty z towarzyszącymi im obrazkami pozostało mi do dziś. Największą przyjemność sprawia mi, gdy natykam się na dobrze napisaną historię wraz z ilustracjami wykonanymi przez samego autora. Właśnie ta kombinacja ujęła mnie w Persepolis, książce Iranki Marjane Satrapi. Zanurzyłam się w jej pierwszych stronach, by przywołać moje czasy jako czytelnika komiksów, ale nie liczyłam się z tym, że ta wizja Iranu tak na mnie wpłynie.

 

Ponieważ wszystko dociera dość późno na moją wyspę, najpierw dowiedziałam się o zielonym ruchu w Teheranie, a potem mogłam przybliżyć się do historii tej kobiety, która dorastała wśród nietolerancji i zakazów. Młoda Marjane nie przestaje zadawać sobie pytań, dokładnie tak jak ja przez ponad dwadzieścia lat. Gdyby nie czarny welon na włosach i stała obecność religii, pomyślałabym, że Persepolis opowiada historię Kuby w której żyję. Szczególnie w odniesieniu do napięcia, ciągłego wspominania zewnętrznego wroga i martyrologii wokół poległych.

 

Pokazałam Teo kilka stron książki i wbił on wzrok w miejsce, w którym Marjane rozmyśla o politycznym billboardzie. Zdanie głosiło, że „Umrzeć jak męczennik to wstrzyknąć krew w żyły społeczeństwa”, a dziewczyna narysowała ciało, krzyczące podczas transfuzji dla nienasyconej Nacji. Mój syn, nie pozostający z tyłu w kwestionowaniu wszystkiego, znalazł w nim podobieństwa do hasła „Jesteśmy gotowi poświęcić nawet ostatnią kroplę naszej krwi”, powtarzane tu tak często. Nie mogłam kontrolować swojej graficznej wyobraźni i wyobraziłam sobie Kubańczyka, zraszającego ojczystą ziemię po tym, jak wyciśnięto go do maksimum.

sangre

tłumaczenie: Karolina Popović

Claudia i bieżący temat wartości

claudia_lia_yo1

 

Blogerka z Octavo Cerco kończy dziś 26 lat.

 

Gdy drugi raz spotkałam Claudię Cadelo, dźwigałyśmy – każda za swój koniec – kawałek prześcieradła z imieniem Gorkiego. Było to na koncercie na Trybunie Antyimperialistycznej, gdzie śpiewałyśmy chórem w celu uwolnienia solisty grupy Porno dla Ricarda. Nasze krzyki były krótkie i zgaszone, przez uderzenia, które nas trafiły i ogromne głośniki, które niosły niezłomny głos Pablo Milanésa. Ta dziewczyna, stojąca u mego boku, otworzyła nieco później uczciwy i swobodny blog, który śledzi dziś wiele osób na Kubie i poza nią.

 

To, co najbardziej lubię w Claudii to fakt, że przyznaje się do strachu, do tego, że podskakuje słysząc hałasy i obawia się długich ramion służby bezpieczeństwa. Kto nie? W kraju, w którym tylu prezentowało się jako bohaterowie, przyznanie się do strachu z wyprzedzeniem jest czymś zbyt szczerym, by było zaakceptowanym. Panuje błędne wyobrażenie, że wartość zawiera się w naramiennikach, latach w więzieniu, bliznach, a nie w pociągłej twarzy spokojnej kobiety, która nie ma uraz, tylko pytania. Ta wrażliwa blogerka, ze swojego strachu, obala te stereotypy każdego dnia.

 

Dziś będziemy świętować urodziny Claudii w naszym domu. Podróżą blogerów, debatami, jakimś filmem dokumentalnym a także odrobiną rumu. Wzniosę toast za tą dziewczynę, która pisze swoje opinie, te prawdy, które wielu dojrzałych i silnych samców odważa się szeptać na ucho jedynie swoim żonom.

tłumaczenie: Karolina Popović

Coś się osiąga

 

Pamiętacie świadectwo z siódmej klasy mojego syna Teo? Dziś przyszło nowe, z kursu, który teraz się kończy i to ma na sobie oblicze José Martí. Nie przestaję zadawać sobie pytania, czy moje krytyki, dotyczące projektu poprzedniego świadectwa, wpłynęły choć w minimalnym stopniu na zmianę zdjęcia, towarzyszącego zdaniu: „Dla _________________ za satysfakcjonujące ukończenie nauki w ósmej klasie”.

 

Przypadek czy celowe działanie, nie ma to znaczenia, wiem tylko, że Mistrz jest dużo bliższy modelu, którego chcę dla mojego syna. Spodziewam się ujrzeć jego oblicze, które łączy i nie wyklucza, również na następnym świadectwie.

diploma_octavo_grado

Tegoroczne świadectwo

diploma_septimo_grado

Zeszłoroczne świadectwo

 

tłumaczenie: Karolina Popović

Złapani przez falę

la_ola 

Nie udało mi się zobaczyć podczas pokazów kina niemieckiego kontrowersyjnego filmu „Fala”. Jednak kilka dni potem zdobyłam kopię z hiszpańskimi napisami dzięki podziemnej sieci dystrybucji. Obejrzeliśmy go w domu z kilkoma przyjaciółmi, a nasza debata trwa do dziś, bo jest zbyt wiele podobieństw, by to, o czym jest film, było dla nas czystym przypadkiem.

 

Wiele z elementów, które film pokazuje jako charakterystykę autokracji nie zaskakuje mnie. Byłam harcerką w mundurku – ostatecznie cieszę się, bo poza czerwoną spódniczką i białą koszulą ze szkoły miałam tylko jedną zmianę ubrania – i powtarzałam co dzień gest, który, gdyby porównać go do pofalowanego ramienia fali, nadaje temu ostatniemu podobieństwo do zabawy delikatnych dzieci. Ręka mi się napinała i wskazywała na czoło wszystkimi złączonymi palcami, kiedy obiecywałam, że pewnego dnia będę jak Argentyńczyk, który zmarł przed piętnastoma laty. To militarne pozdrowienie celowało w moją głowę jak broń, niczym auto – groźba, obligująca mnie do dotrzymania hasła „Pionierzy komunizmu, będziemy jak Che”.

 

Ja też wierzyłam, że urodziłam się na wybranej wyspie, w wyższym systemie socjalnym, prowadzona przez najlepszego z możliwych liderów. Ci, którzy nami rządzili, nie byli „Aryjczykami”, ale sami określali się jako „rewolucjoniści”, a to wydawało się być bardziej ewolucyjnym stadium – najwyższym szczeblem – ludzkiego rozwoju. Nauczyłam się maszerować, wciągnęłam się w niekończące się lekcje przysposobienia wojskowego i umiałam używać AK (Awtomat Kałasznikowa, potocznie znany jako kałasznikow – przyp. tłum.) zanim skończyłam piętnaście lat. W międzyczasie hasła nacjonalistyczne, które wykrzykiwaliśmy, udawały, że chowają ucieczkę z kraju moich małych przyjaciół i naszą zależność od Wschodu.

 

Ale nasza autokracja przyniosła niespodziewane skutki, bardzo dalekie od fanatyzmu i uwielbienia. Zamiast żołnierzy ze zmarszczonym czołem ukazała ludzi apatycznych, obojętnych, ludzi z maskami, uciekających na łódkach, powątpiewających i młodzież zafascynowaną rzeczami materialnymi. Ma też swoją grupę nietolerancyjnych, którzy tworzą Brygady Natychmiastowej Odpowiedzi – ale poczucie przynależności do kolektywnego projektu, będącego lekcją dla świata, ulotniło się jak fałszywa esencja taniego perfum. Pozostali nam jednakże autokraci, profesor Wenger został z twarzą skierowaną w stronę auli krzycząc i zmuszając nas do podniesienia się raz i drugi z krzesła.

 

Ale nasz eksperyment nie jest tym, który trwa przez tydzień i angażuje kilkoro uczniów z klasy. Nasza obecna sytuacja to bycie złapanym przez falę, bycie połkniętym i uduszonym przez nią, bez możliwości dotknięcia kiedykolwiek plaży.

tłumaczenie: Karolina Popović

Nienazywalne

la_colmena

 

Mam zaczerwienione miejsce po ugryzieniu komara i wstałam wczoraj z obolałym ciałem. Pierwsze, co pomyślałam, to to, że zaraziłam się dengą (potencjalnie śmiertelna wirusowa choroba odzwierzęca występująca u ludzi i niektórych małp – przyp. tłum.), która jak w poprzednich latach zaczęła się rozprzestrzeniać w dzielnicach mojego miasta. Na szczęście nie miałam gorączki, więc przed południem wykluczyłam możliwość choroby z powodu tego wirusa, znanego również jako „łamacz kości”. Nie mogę jednak wykluczyć możliwości złapania go, bo blisko mojego domu jest wiele przypadków, a w te deszczowe dni liczba komarów wzrasta.

 

To, co najbardziej przykuwa uwagę w związku z obecnością tej choroby między nami to brak informacji o liczbie zarażonych i wspomnienia słowa „denga” w mediach. Jeśli zgłosisz się do szpitala ze wszystkimi jej objawami, otrzymasz kurację, w której nie wymawia się tych sześciu liter, składających się na przeklęte słowo. W telewizji podają, jak przeciwdziałać Aedes aegypti (komar wywołujący żółtą febrę – przyp. tłum.), ale nikt nie wyjaśnia, że to wszystko odnosi się do obecności dengi między nami. Bez statystyk i danych, my, mieszkańcy, rekonstruujemy liczbę zarażonych na podstawie pogłosek, docierających do nas przez rodzinę i przyjaciół. Alarm się wzmaga, bo zawsze można podejrzewać, że jest więcej przypadków niż dotarło to do naszych uszu.

 

Cisza wokół dengi odpowiada permanentnej intencji nie przyznawania się do czegoś, co szkodziłoby obrazowi kraju. Powiedzieć, że w naszym tropikalnym „raju” ta choroba zrobiła się już endemiczna z powodu tak częstego powtarzania się i że turyści powinni być przestrzeżeni przed jej rozprzestrzenianiem przekracza granice uczciwości, na jaką pozwalają sobie nasze władze. Jednak nie uznawanie jej nie zmniejsza gorączki ani obaw chorych i ich rodzin. Przeciwnie. Mogą nadać dendze nazwę albo schować ją w żargonie jak „gorączka, bóle w stawach i wysypka”, ale to nie zmniejsza ryzyka; nie pomaga nam zapomnieć, że gdy przychodzą lipiec i sierpień jest ona nieodłącznym towarzyszem naszego życia.

tłumaczenie: Karolina Popović