Numantia*

ultimos_dias_numancia.jpg
Pionierka wykrzykuje skoro świt hasła w swojej szkole. Wypieki na twarzy i żyła pulsująca na czole potwierdzają jej okrzyki. Między powtarzanymi przez nią zdaniami pojawia się potworna metafora: „Ta wyspa prędzej utonie, niż pozbawiona zostanie z chwały, w jakiej żyje”. Na murze Komitetu Obrony Rewolucji wypisane są słowa, zajmujące całą górną część: „Jeśli robię postępy, podążajcie za mną, jeśli zwlekam, popchnijcie mnie, jeśli się cofam, zabijcie mnie”. To samo zaprezentowane było w gazecie z tej soboty, gdy Najwyższy Lider napisał w jednym ze swoich przemyśleń: „po poświęconych życiach i takim wysiłku włożonym w obronę wolności i sprawiedliwości nie można teraz zaoferować Kubie kapitalizmu”.    

Wraca mi w pamięci Numantia i opieram się jej tremendyzmowi. Kiedyś wierzyłam w tę historię, gdy jako dziewczynka biegłam do schronu w dźwięku syren zapowiadających inwazję, która nigdy nie nastąpiła. Mam wiadomość za posłańców zniszczenia – skorupa wyspy się nie rozpadnie dlatego, że mamy ten czy inny rząd, system tego typu czy innego. Drzewa nie padną, kamienie, będące świadkami pogromu pierwotnych mieszkańców nie zmienią położenia i nawet morze niczego nie zauważy. Proszę więc, byście nie straszyli mnie kataklizmami i apokalipsą. Jestem już na to za stara.

Wszystko to przeminie, już przemija. Numantia pojawi się tylko w umysłach niektórych, dla innych przyszłość będzie dłuższa niż to, co zostało za nami.

*Numantia – miasto w Hiszpanii, zdobyte i zniszczone przez Rzymian w 133 r. p.n.e. – przyp. tłum.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Bez nóg i z trofeum

bitacoracom.jpg

Przed wieloma dniami, kiedy zorientowałam się, że Generacja Y jest finalistą w konkursie bitácoras.com, napisałam list do organizatorów tego wydarzenia. Dowiedziałam się dziś o nagrodzie przyznanej przez jury i słowa napisane w tamten wtorek wydaja się adekwatne, by świętować zwycięstwo:

Dojdę czy nie, wygram lub nie, czuję się jak niepełnosprawny* biegacz, któremu uda się dobiec do mety, chociaż dopiero wtedy, gdy wszyscy inni już ją minęli. W moim przypadku kluczem nie jest pójście naprzód, lecz pokonanie moich własnych demonów, które tyle razy mi powtarzały „Zostaw to”, „Nie warto”, „Niczego nie możesz zrobić”.

Tak przyjaciele, przekroczyliśmy linię. Ja idąc naprzód, wy przez podnoszenie mnie na duchu, a niektórzy poprzez obelgi, działające jako motywacja. Szkoda, że stadion jest na poły pusty, brakuje bowiem tych, którzy nie mają dostępu do strony wewnątrz Kuby. To im dedykuję tę nagrodę, by nauczyli się wygrywać swoje własne maratony.

* Wyjaśniam, że niepełnosprawny nie bierze udziału w paraolimpiadzie, inni mają pełnosprawnych uczestników.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Łódki

 Dla odprężenia, bo widzę, że ten blog zaczyna przejawiać tendencję do dramatyzowania, wstawiam wideoklip Orlanda Luisa Pardo. Chodzi o rosyjskiego piosenkarza i autora tekstów Włodzimierza Wysockiego. Członek Porna dla Ricarda, Ciro García stworzył wersję, która wraz ze zdjęciami Orlanda zachęca do podcięcia sobie żył. Proszę, nie wykrwawiajcie się na blogu.

Uściski dla wszystkich, rozkoszujcie się tematem „Łódki”. Jeśli chcecie wiedzieć więcej na temat projektu Cira, odwiedźcie stronę Niebieski Ślimak.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Uratować mrówki

hormigas.jpg
Moja matka chadzała z naręczem ubrań do pralni, gdzie szczotka i mydło bieliły koszule i polerowały spodnie. Alarm włączał się w głowach mojej siostry i mojej na widok zagrożenia naiwnych mrówek, które krążyły pod jeszcze zamkniętym zbiornikiem. Tak więc zaczynał się wyścig, by ratować nierozsądne mrówki, nieświadome pogromu, jaki wywoływała moja mama wodą i pianą. Szalone dziewczynki, mówili sąsiedzi widząc nas podczas zbierania miniaturowych insektów, których oni nie dostrzegali na szarym cemencie.

Z czasem i tysiącem mrówek, których nie zdążyłam uchronić przed katastrofą, zrozumiałam, że to, co małe, zawsze zostanie wymiecione. Rewolucje i wojny niszczą to, co małe, to, co nie pojawia się w statystykach i wielkich księgach historii. Drobiazgi, które poświęcają swe życie społeczeństwu, umierają, gdy otwiera się zbiornik okrutnych zmian i wojennych konfliktów.

Utracony w pamięci smak owocu, popołudnie spędzone w dzielnicy na szczerych rozmowach, byk biegający po łące bez obawy przed byciem w nielegalny sposób poświęconym, chłodna lemoniada, która nie wymagała stania w godzinnej kolejce. To też tworzy część mrowiska, chociaż te „praczki”, chcące wyczyścić i odkurzyć ten kraj sprawiają, że są to tylko radości małych robaczków.    

Jestem wciąż tą samą dziewczynką, drżącą przed tym, że wszystko pozmieniają, z brakiem zaufania do tych, którzy chcą „wyszczotkować” tradycyjne struktury. Bardziej ufam małości mrówek, ich stałemu przemieszczaniu się i ich powolnemu zajmowaniu przestrzeni. One, choć wymiatane przez strumień wody, same zamkną kiedyś pojemniki.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Sęp

aura.jpg

Huragan Paloma (gołąb – przyp. tłum.) potwierdza teorię, że nazwy mają mało lub nie mają nic wspólnego z duszą przedmiotów. Jego niepozorny zasięg, kategoria czwarta, ma więcej z padlinożercy polującego na ranne zwierzę niż z trzepotu białych skrzydeł. Do cyklonów zawsze doczepiają się delikatne określenia, które potem powiększają słownictwo związane z katastrofą. Odchodzą i zostawiają nam imiona jak Ivan, Charlie, Denis czy Gustav, by można było za ich pomocą określić to, co wydaje się nam jednakowo destrukcyjne. Dlatego też naszych polityków i ich atłasowe plany ekonomiczne określano mianem burzy tropikalnej lub huraganu o skali pięciu, który zabrał ze sobą tyle domostw.

Ale dziś sarkazm w nadawaniu nazw jest bardziej okrutny. Paloma krąży nad zranioną wyspą, nakierowuje swój dziób na regiony, które wciąż jeszcze naznaczone są ranami pozostałymi po huraganach z sierpnia i września. Ma głowę w kształcie podobnym do głów sępów, powszechnych jak absurd, a czerń jej piór nie wróży niczego dobrego.   

Gdy chodzi o naturę, lepiej jest nie starać się jej zrozumieć. Ona ma swój chaos i swoje szaleństwo. Póki co dotknął nas jej nieporządek, jej szaleństwo. Paloma przeleci, zostawiając nam wyspę w tym samym miejscu, z trochę większym zniszczeniem i trochę bardziej oddalonymi snami.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Produkcja krótkiego cyklu

socialismo_pare.jpg

Iluzoryczne rozwiązania, które kiedyś nazwano „dziesięciomilionowym zbiorem”, „kordonem Hawany” czy „planem żywieniowym” przekształciły się dziś w utopie jak rewolucja energetyczna, rozwój firm, ropa w wodach Zatoki czy eksport kapitału ludzkiego. W nich wszystkich pojawia się ten sam dziecinny obłęd, by uleczyć jednym jedynym lekarstwem agonię kubańskiej ekonomii. 

Pamiętam wiele z tych chimer, zakończonych porażką, ale szczególnie silnie przeżyłam tę z eliminowaniem głody poprzez uprawę bananów micro jet. Byłam w szkole średniej na obozie zwanym Republika Ludowa Rumunii, chociaż w okolicach 1991 roku już wykonano egzekucję na Ceausescu i Elenie. Pracowałam na okolicznej plantacji bananów, która służyła nam także za motel do uprawiania miłości i wychodek czystszy niż ten w schronisku. W zagłębieniach ziemi pełno było małych szlauchów, stąd nazwa micro jet, które pryskały wodą przez cały czas. Bananowce dawały ogromne i mdłe owoce, których skóry pękały przez nieproporcjonalny wzrost wnętrza. Owo wodniste danie na naszych talerzach nie zdołało zaspokoić głodu ani wyciągnąć kraju z kryzysu.

Po huraganach pojawiła się nowa iluzja w stylu namoczonych bananów z czasów mojego dorastania. Określają ją za pomocą eufemizmu „Produkcją krótkiego cyklu” i zachęcają do siania szczypioru, czosnku i botwiny zamiast innych upraw, które wymagają więcej czasu i pielęgnacji. Za pomocą tej strategii rolniczej stara się zapełnić w szybki sposób puste stoiska na rynku i uspokoić poirytowane społeczeństwo kubańskie. Wszystkie te zęby, które wolałyby gryźć jukę w miejsce liścia oregano będą więc musiały pocieszyć się tymi owocami braku zwłoki.

Boję się, że to czasowe rozwiązanie zamieni się w stan permanentny i kapryśnego ananasa, który wymaga miesięcy między zasianiem a konsumpcją, zastąpi się trzema cyklami pekińskiej kapusty. Wybaczcie mi brak zaufania, ale bogaty katalog katastrof ekonomicznych i rolniczych nie pozwala mi wierzyć, że tym razem się uda.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Coś mogłoby się zacząć w ten wtorek

coche_caballo.jpg

Ulica nie jest ta sama, inne są też sąsiadki, plotkujące zazwyczaj w kolejkach na rynkach – dziś porusza się odwieczny temat. Podniesione brwi i wskazywanie na północ, przepowiednie, kogo wybiorą w wyborach w USA. Nie przypominam tu sobie takiego poruszenia wyborami prezydenckimi na Kubie w lutym zeszłego roku.

Szewc z mojego budynku już wybrał kandydata a staruszka sprzedająca kwiaty ma przyczepiony do bluzki znaczek z podobizną Obamy. Nudna liczba dwóch prezydentów w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat zaostrza naszą ciekawość w stosunku do wyborów prezydenckich za granicą. Wiemy też, że decyzja amerykańskich wyborców będzie miała znaczenie tu wewnątrz, i to nie tak przenośne jak uderzenie skrzydeł motyla w Amazonii. Przekazy pieniężne, które pozwalają tysiącom kubańskich rodzin dotarcie do końca miesiąca, nadchodzą w większości z drugiego brzegu, gdzie zamieszkuje ta część z naszej wyspy, której przekleństwa „robaki”, „sprzedawcy ojczyzny” i „mafia” nie zdołały wykluczyć z naszych kręgów emocjonalnych i rodzinnych. Sam dyskurs polityczny naszych władz straciłby na oddziaływaniu, gdyby nie umieścić Stanów Zjednoczonych jako wroga. Nigdy tak jak dziś los Kuby nie był w tak oczywisty sposób oddzielony i jednocześnie tak zależny od tego, co wydarzy się w odległości dziewięćdziesięciu mil.

Tak oto wszyscy czekamy na to, kto wyjdzie zwycięsko z tego wtorku 4 listopada. Ci, którzy mają dzieci mogące odwiedzić ich tylko raz na trzy lata, ufają, że kandydat demokratów złagodziłby podróże na wyspę. Inni dowodzą, że twarda ręka republikanów zdoła przeforsować otwarcia (sic!), na które czekaliśmy przez dekady. Wobec pełnej rezerwy prognozy, jaką wykazuje się wewnątrz naszego kraju, są tacy, którzy zapewniają, że rezultat z dzisiejszego dnia definitywnie ruszy lub kompletnie zahamuje pociąg zmian na Kubie.

Ja osobiście wolałabym, byśmy ciągnęli go własnymi siłami, ale mało kto chce zmienić zawód proroka na ciężkie zadanie sprawienia, by rzeczy się zmieniały. Nawet w momencie, w którym piszę ten post, kapryśny wehikuł zmian zdaje się być zakotwiczony na krawędzi ulicy. Mam tysiące wątpliwości, czy wydarzenia tego wtorku wprawią go w ruch. 

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html