Rozpuszczone włosy

pelo_suelto5.jpg

Wielu Kubańczyków jest niepocieszonych akcją policyjną, która zamknęła liczne linie produkcyjne plastikowych talerzy, łyżeczek i sprzączek. Po niedawnej „ofensywie przeciw łamiącym dyscyplinę socjalną” i zaatakowaniu „nurków” policja zamknęła 13 warsztatów i 10 tajnych magazynów, gdzie produkowano przedmioty o wielkim zapotrzebowaniu rynkowym. Nielegalni producenci nie sprzedawali narkotyków i nie zajmowali się przemytem broni, po prostu zajmowali się wytwarzaniem misek, klamerek i spinek do włosów. Wydaje się, że bardziej intensywne ściganie prywatnych wytwórców jest częścią nowych zmian, tak skierowanych na zagranicę. Tak czy inaczej, w ramach protestu wobec tego barbarzyństwa przez następne dni będę nosić rozpuszczone włosy. Jest to forma powiedzenia sobie „Yoani, przyzwyczaj się do braku akcesoriów, które pozwoliły okiełznać twoją grzywę”. Szybko poszłam kupić aluminiowy przyrząd do nakładania pianki i nową szczotkę, które pewnie znikną niedługo po tej konfiskacie.

My, zatroskani nabywcy plastikowych akcesoriów wolelibyśmy, żeby zamiast takich akcji policji niezależni producenci mieli możliwość zalegalizowania swojej pracy. Jeżeli ONAT (Ministerstwo Finansów – przyp. tłum.) by ich uznał, płaciliby podatki i mieliby dostęp do rynku hurtowego, gdzie mogliby się zaopatrzyć w materiały potrzebne do produkcji. W krótkim czasie nikt nie chciałby płacić wygórowanych cen za podobne produkty w sklepach dewizowych i państwo nie musiałoby ich importować z tak daleka. A nagminni szpicle nie musieliby informować, kto produkuje serwisy do kawy, żelazka i zakrętki do słoików. Nie mówiąc o moich włosach, na których zapięta by była ładna spinka z rodzimej produkcji, kupiona z własnej inicjatywy od szanowanego producenta.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Chiquita

chiquita1.jpg

Dzięki przyjaciołom, których zdobyłam dzięki temu blogowi, wpadła mi w ręce powieść „Chiquita”, zdobywczyni tegorocznej „Premio Alfaguara”(prestiżowa nagroda literacka, przyznawana corocznie za najlepszą powieść hiszpańskojęzyczną – przyp. tłum.). Prawdopodobnie jestem właścicielką jednego z niewielu egzemplarzy znajdujących się na tej wyspie, co obliguje mnie do szybkiej lektury i przekazania jej kolejce przyjaciół, którzy na książkę czekają. Pięćset stron, napisanych przez Antonia Orlando Rodrigueza jest atrakcyjnych nie tylko ze względu na opowiadaną historię, ale także przez krąg tajemnic wokół samej książki. Jak choćby to, że oficjalne media kubańskie do tej pory nie poinformowały o zdobyciu przez naszego rodaka tak ważnej nagrody.

Mogę się założyć, że wśród tłumu dziennikarzy i paparazzich, jaki otoczył zdobywcę nagrody po ogłoszeniu werdyktu, nie było żadnego przedstawiciela agencji informacyjnej wysłanego z Kuby. Nie zaskoczyła mnie ta cisza, na podstawie tej samej kapryśnej selekcji nie wspomnieli mi, kiedy uczyłam się o literaturze kubańskiej w liceum, o dziełach Cabrery Infante, Dulce Maríi Loynaz i Gastóna Baquero. Pominięcie jest jedną z najpowszechniejszych taktyk stosowanych przez cenzurę, tak oto według niej „Chiquita” nie istnieje. Funkcjonariusze ustalili, że skoro napisana została na emigracji, nie może należeć do tego ścisłego terytorium „kultury kubańskiej”.

Jeśli ktoś czyta biografię liliputki Espiridiony Cenda, nie odnajduje w niej motywów tematycznych ani stylistycznych, dla których wybrano tę książkę. Wyeliminowanie jej z wiadomości, debat intelektualnych i czasopism krytycznych jest oparte na przyczynach pozaliterackich. Fakt, że jej autor nie należy do instytucji kulturalnych wyspy, że zdarzyła mu się jakaś niewygodna wypowiedź o kubańskim rządzie i zgłosił swoją książkę na międzynarodowy konkurs bez wymaganej autoryzacji UNEAC i Ministerstwa Kultury, wyklucza go z bycia uznanym w swym własnym kraju.

Torquemadas (aluzja do pierwszego hiszpańskiego inkwizytora – przyp. tłum.) kultury tracą swój czas: w dzisiejszym świecie wszystko wiadomo. Ogromna kolejka oczekujących na mój egzemplarz „Chiquity” mówi mi, że jeśli kryterium wyboru byliby czytelnicy, Antonio Orlando Rodriguez pojawiłby się na pierwszych stronach naszych gazet i na półkach każdej księgarni. Espiridiona Cenda byłaby zaś bohaterką naszych czasów i mentalna karłowatość cenzorów nie zdołałaby odebrać nam historii tej „żywej kubańskiej lalki”.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Ręka, która rzuca bierki

palitos_chinos.jpg

Jak w jednej z tych gier w bierki, gdzie rzuca się z góry pęk cieniutkich, wielokolorowych pałeczek, tak porozrzucano i nas – moich kolegów i mnie – na tym globie ziemskim. Z tych, którzy studiowali w tej samej auli, wymieniali się pomysłami i dzielili projekty, można by teraz utworzyć siec filologów, absolwentów Uniwersytetu w Hawanie, rozsianych po całym świecie.

Marlen, z Matanzas, mieszka na drugim brzegu i pisze doktorat, podczas gdy Nelson, który jako pierwszy z nas otrzymał dyplom, mieszka już prawie od sześciu lat w Stanach Zjednoczonych. O poecie Jose Felix wiem tyle, że śpiewał przy akompaniamencie gitary w hiszpańskich barach, a o Walfridzie, obytym w semantyce, że jest z narzeczoną w Madrycie. Wielu ze studentów lat wyższych niż mój rocznik, jak Sahily i Yamilé, żyje w Big Apple lub którymś z krajów Ameryki Łacińskiej. Lista emigrantów zbiega się, poza nielicznymi wyjątkami, z listą zapisanych w okresie moich studiów na Fakultet Sztuki i Literatury.

Bierka, która reprezentuje mnie, już przetoczyła się z jednego kontynentu na drugi, ale szalona siła grawitacji wróciła ją do korzeni. A to wszystko bez resentymentu wobec tych, którzy upadli daleko. Nas wszystkich rzuciło po świecie wiele okoliczności. „Ręką rzucającą bierki” były w przypadku niektórych potrzeby ekonomiczne, brak perspektyw lub po prostu niemożność nieustannego życia pod jednym dachem z rodzicami i dziadkami. Innych wywiodło na emigrację duszenie się brakiem wolności, ochota krzyczenia na rogu, choćby nikt miał nas nie usłyszeć.

Utrata wszystkich tych lingwistów, krytyków sztuki i pisarzy jest nieodwracalną szkodą dla kubańskiej kultury. Jednakże nie słyszę na kongresach kultury, zebraniach UNEAC, a w szczególności z trybun politycznych wyraźnych slow o znaczeniu tej masowej emigracji moich kolegów. Żadna ręka nie zdaje się być gotowa, by zjednoczyć owe „bierki” i zaproponować tym „uciekającym filologom” możliwości posiadania własnego dachu nad głową, spełnienia ich marzeń zawodowych albo dania im swobody krzyczenia na każdym rogu.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Nurkowanie w mętnych wodach

Myślę, że należę do tej nielicznej grupy Kubańczyków poniżej 40. roku życia, którzy codziennie czytają  prasę krajową. Moi przyjaciele, widząc to tak ekscentryczne hobby, powiedzieli, że to może być najkrótsza droga do nabawienia się wrzodów żołądka. Mi jednak podoba się wyszukiwanie w prasie wzrostu popularności tej czy innej figury sceny politycznej, wiadomości, które pojawiają się na pierwszych stronach, by potem popaść w zapomnienie i przede wszystkim owych przemilczeń, których pełne są nasze dzienniki.

Nie uwzględniłam na przykład, co podkreślają gazety, że trudności ekonomiczne i w sferze usług są owocem braku dyscypliny społecznej, wandalizmu i braku kontroli. To stwierdzenie zdejmuje odpowiedzialność z wysokiej hierarchii kraju czy rządzącego modelu ekonomicznego i politycznego.  Problemy istnieją, jak nam wyjaśniają, ponieważ nie umieliśmy zastosować wytycznych, ale nie z winy niemożności realizacji „dzieła” w aktualnym scenariuszu.

Na poszukiwanie owych „niezdyscyplinowanych” i wandali rzuciły się organy policyjne, jedna z akcji zaprowadziła ich do „nurków”, zbieraczy pierwotnej materii, jedzenia i przedmiotów w śmietnikach. Bez zbierających plastikowe butelki, kartony i metaliczne odpadki na wysypisku, te odpadki utylizacyjne zgubiły by się w rozrzutności, niezgodnej z naszymi ograniczonymi zasobami. Te ręce, zanurzające się w szkodliwy mosiądz czynią w formie niezależnej to, co instytucje nie mogą zorganizować przez centralizm. 
Ale „nurkowie”, według nowej ofensywy, rzucają zły obraz na miasto. Mogą zostać uchwyceni przez przesłonę aparatu jakiegoś turysty i zepsuć wymarzoną tezę, że „na Kubie nikt nie zbiera śmieci”. Ich obecność mówi o ludziach bez swojego miejsca, o warunkach ubóstwa, o nielegalnie przebywających, którzy wolą „szukać śmieci w mieście niż pracować na wsi za symboliczne wynagrodzenie”.  Gazeta „Granma” tak opisuje kare dla “(…)tych, którzy zbierają odpadki trwałe”, jednoczenie grożąc wyrzuceniem z miasta tych, którzy należą do podwójnej kategorii „nurka” i „nielegalnego”:

fragmento.gif

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Cztery drogi i tylko jeden zmysł

cuatro_caminos4.jpg

Wielki żółto – czerwony rynek na ulicy Monte przypomina od paru tygodni zdyscyplinowaną przestrzeń dla spotkań intelektualnych, a nie miejsce sprzedaży owoców i warzyw. Akcja policyjna wyeliminowała wszystkich nielegalnych sprzedawców, którzy zajmowali miejsce na rynku i wprowadziła porządek w chaos wnętrza, gdzie łatwo było stracić portfel. Przy okazji przeprowadzany jest też remont generalny, który równie dobrze może potrwać pół roku jak i całą dekadę.

Mimo bałaganu jaki towarzyszył Mercado de Cuatro Caminos (Rynkowi Czterech Dróg), miał on swój udział jako najlepszy w mieście punktkupna produktów agrarnych. Tu udało mi się dostać cytryny po tygodniach poszukiwań i tutaj raz w miesiącu robiłam zapasy moich ulubionych orzeszków ziemnych. Jego wnętrze zdobiły nawet egzotyczny imbir i zaginiona guanabana (flaszowiec miękkociernisty – przyp. tłum.), zaskakując nas czasem utraconym smakiem caimito czy canistel. Prawdziwe muzeum tego, co kiedyś produkowała ta ziemia i czego mój syn już nie poznaje, przyzwyczajony do bananów i batatów.

Wejście do tego przepastnego centrum handlowego też było jedyne spośród dziewiętnastu hawańskich okręgów. Aglomeracja nieformalnych sprzedawców oferowała też niektóre „tropione” produkty jak ser czy leche evaporada (rodzaj mleka podobnego do kondensowanego, ale wytwarzanego w inny sposób, bez użycia cukru – przyp. tłum.). Eksponowano tam też odrobinę tego, co dostępne było na rynku racjonowanym, wielu sprzedawało swój przydział subwencyjny, aby zaspokoić inne potrzeby, jak podwyższona faktura za prąd czy buty dla dzieci. Z tego nielegalnego handlu wszyscy wychodzili z zyskiem, poza państwem, któremu wymykała się ta działalność handlowa bez podatku i kontroli.

Teraz nic już nie zagraża torebce na uporządkowanym Mercado de Cuatro Caminos, ale nie ma pasty do zębów po dziesięć pesos za tubkę albo środka do zmywania naczyń po dwadzieścia za sztukę. Towarów oferowanych przez improwizujących sprzedawców nie można już znaleźć po tych samych cenach w żadnym punkcie, obraz odprężenia również już nie istnieje. Formuła dyscypliny, wymagań i kontroli nie wydaje się cieszyć zdezorientowanych kupujących, tęskniących za rynkiem sprzed obławy.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Bez korespondencji

correo.jpg

Odkąd się przeprowadziłam – przed piętnastu laty – do tego ogromnego socjalistycznego bloku, nie otrzymałam jeszcze ani jednego listu zwykłą drogą pocztową. Przyczyna nie leży w tym, że moi przyjaciele o mnie zapomnieli lub że email zdetronizował tradycyjne formy komunikacji, ale w tym, że Kubańczycy nie wierzą w pocztę.

Tyle procedur, petycji i opłat, które można by załatwić za pomocą poczty, znajduje się wciąż jeszcze na etapie naszego osobistego pojawiania się w biurze i stania w kolejce do urzędników. Wizją przyszłości zdaje się być ów dzień, gdy będziemy mogli otrzymać fakturę za światło, wodę czy gaz za pośrednictwem poczty i nawet sam Asimov nie byłby w stanie nas przekonać, że jakaś paczka może zostać nam dostarczona bez uprzedniego jej otwarcia.

W środku moich podejrzeń co do pustej skrzynki pocztowej, w środę 28 mają ukazał się w „Granmie” artykuł dotyczący „nienaruszalności korespondencji” sformułowanej w Konstytucji Republiki. Dziennikarz redagujący notę zapewnia, że „prawo Obrony Narodowej określa, iż w obliczu sytuacji wyjątkowych – wojny lub stanu wojennego, powszechnej mobilizacji i stanu wyjątkowego – niektóre prawa i gwarancje konstytucyjne mogą być uregulowane w odmienny sposób”.

Przez lata na Kubie utwierdziła się myśl, że nikt nie umie dochować sekretów państwa i osobista korespondencja była najbardziej naruszaną z form wyrazu prywatności. Mam tysiące przykładów listów, które zostały otwarte, przeczytane i wykorzystane przeciw odbiorcy, bez usprawiedliwienia tej czynności zagrożeniem konfliktem wojennym. Jedna przyjaciółka, która korespondowała ze swoim kolegą, który uciekł do Stanów Zjednoczonych, dostała reprymendę od swoich szefów, kiedy niedyskretny sąsiad przeczytał jeden z listów i natychmiast zawiadomił tych z „ochrony” swojego zakładu pracy.

Powrót do prywatności, tej strefy wyłączności, której rząd nie może penetrować, bo należy ona do obywatela, zajmie wieki. Nie tylko wymaga, by list dotarł na czas i bez uszkodzeń, ale i potwierdzenia tego, że to, co w nim napisane, jest wyłączną własnością nadawcy i odbiorcy. Pewnego dnia korespondencja będzie jak słowa powiedziane „na ucho” a poczty sprawią, że te szepty nie będą mogły być „podsłuchane” przez inne osoby.

buzon.jpg

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Wspomnienie „bolo”

matriochka.jpg

Lektura książki „Siódmy sekretarz” Michela Hellera przywiodła mi na myśl wiele wspomnień z „sowieckiego etapu” tej wysepki. W tym okresie nie miałam nawet piętnastu lat i mam omamy zmysłowe wobec owego kolonializmu. Pamiętam cukierki i wiktuały pozyskiwane za pośrednictwem nieformalnego rynku, na którym królowały żony sowieckich techników. Zaskakujące, że nie nie nazywaliśmy ich zgodnie z nomenklaturą ZSRR ani też „towarzyszami”, ale że używaliśmy rzeczownika, którego fonetyka nie pozwalała na wdawanie się w szczegóły. Oni byli „bolos (skrót od bolszewik – przyp. tłum.)”: niezgrabni, gruboskórni, kawałek drewna bez obróbki; masywni i bez wdzięku; zdolni do wyprodukowania pralki, zużywającej prąd przeznaczony dla całego domu, ale która – po dziś dzień – działa w niemałej ilości kubańskich gospodarstw domowych.      

Wielu z naszych rodziców studiowało lub pracowało w ZSRR, ale my nie znaliśmy barszczu ani nie lubiliśmy wódki, tak więc to, co „sowieckie” wydawało się nam przestarzale, sztywne i beznadziejne. To, co nas w nich paraliżowało, to siła emanująca z ich gestów, przekonanie, że to oni utrzymują nasz karaibski „raj”.

Ta mieszanka strachu i drwiny, że rządzą nami ‚bolos” utrzymuje się do dziś. Jeśli turysta spacerujący po mieście nie chce być nagabywanym przez oferujących tabak, seks i rum, musi tylko mruknąć coś w stylu „towarzysz”, „niet panimaju” i przestraszony sprzedawca rozpływa się w powietrzu.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html