Donos – dyskusja – wyznanie

te_estoy_cazando.jpg

Przestrzegają mnie, że na biurku któregoś z biur leży “moja teczka”. Raport pełen dowodów popełnionych wykroczeń, opasłe dossier o wszystkich przypadkach złamania przeze mnie prawa w ostatnich latach. Sąsiedzi namawiają mnie, żebym nosiła okulary przeciwsłoneczne i wyłączała telefon, gdy chce porozmawiać o prywatnych sprawach. Niewiele, bardzo bardzo niewiele – uświadamiają mi – można zrobić, żeby nie zapukali pewnego dnia skoro świt do mych drzwi.

Czekając na to, chcę oświadczyć, że nie chowam broni pod łóżkiem. Bez wątpienia popełniałam systematyczne i ohydne wykroczenie: wierzyłam, ze jestem wolna. Nie mam też żadnego konkretnego planu, by zmienić tą sytuacje, ale skarga zmieniła się we mnie w triumfowanie, a to podlega – definitywnie – karze. Nigdy nie umiałam nikogo spoliczkować, jednakże nie mogłam zaakceptować systematycznego ataku na moje “obywatelskie ja”. A To ostatnie jest karalne najsurowiej.

Ponadto chciałam “ukraść” – przy wielu okazjach – to, co jak sądziłam do mnie należy: wyspę, jej sny, jej dziedzictwo.

Niech się Państwo nie łudzą; nie jestem takim znowu niewiniątkiem. Jest w moim dorobku pełno występków: systematycznie kupowałam rzeczy na czarnym rynku, komentowałam po cichu – i krytykowałam – rządzących nami, wieszałam psy na politykach i poddawałam się pesymizmowi. Na domiar złego popełniłam niedopuszczalne wykroczenie, wierząc w przyszłość bez “nich” i w inna wersje historii od tej, której mnie uczyli. Wykonywałam nakazy bez przekonania, prałam publicznie brudy i – ogromna zbrodnia – łączyłam zdania i słowa bez pozwolenia.

Oświadczam – i przyjmuję karę, jaka na mnie spadnie – że nie mogłam jednocześnie przeżyć i przestrzegać wszystkich praw.

Dzień Matki albo jedna matka na dzień

lo_escuchamos_todo.jpg

(Tekst napisany w niedziele, 11 maja i w oczekiwaniu na połączenie z internetem, które nastąpiło dopiero dziś)

Mój syn staje się mężczyzną i domaga się swojej własnej przestrzeni. Obecnie jego terytorium jest malutkie: jeden pokój, chaos kogoś, kto nie uznaje nudnego porządku rzeczy i anarchiczne stwierdzenie „chce robić to, co mi się podoba”. Już mogę wyobrazić sobie starcie, kiedy żądanie autonomii rozszerzy się na jego miasto i państwo. Kiedy zdobyte prawo do powieszenia na ścianie swoich plakatów przemieni się w potrzebę by ujawnić „jakąś niewygodną” preferencję.

Nadejdzie dzień, w którym nie wystarczy mu uczesanie, moda i muzyka, by poczuł się inny. Stanie się więc agitatorem, reakcjonistą albo ekstremistą, przy całkowitym wsparciu – dobrze Państwo słyszą – swojej matki. Ani myślę wyrzucać go z domu, zdradzać jego działania, krytykować jego czyny albo tłumaczyć mu – dla ratowania mojej odpowiedzialności – że “nie po to go wychowałam”.

Ostatecznie on tez musiał ze mną wytrzymać i wspierać mnie. Niech będzie kim zechce: włóczęgą, podpalaczem, protestującym, nawet kimś zupełnie obojętnym, będzie mnie miał u boku. Trzeba by go zapytać, czy zrobi to samo dla mnie. O ile któregoś dnia ten blog, moja historia, moje ekscesy, nie zaciążą zbytnio na jego życiu.

Stolica wszystkich(?) Kubańczyków

bicitaxi.jpg

Mam dwadzieścia minut by dotrzeć z Parku Centralnego do malej galerii – położonej w pobliżu Plaza Vieja – gdzie mój przyjaciel wystawia swoje obrazy. Jeśli spróbuję kontynuować piechotą, stracę cześć wykładu inauguracyjnego i malarz stylu prymitywnego nigdy mi tego nie wybaczy. Łapię rowerową taksówkę i oferuje dziesięć pesos, jeśli pojedzie z maksymalną prędkością. Rowerzysta patrzy na mnie, ciesząc się, że musi targać mało kilogramów i zaczyna nucić reggaeton który mówi „żonie baseballisty podoba się kij, żonie rzeźnika mięso… a żona strażaka prosi mnie o ogień…”.

Już ruszyliśmy i podczas trasy czuje się jak zamożna matrona niesiona w lektyce. Redukuję poczucie winy myślą, że gdybym to nie była ja, biedny szofer musiałby ciągnąć parę grubasów, którzy też do niego machali. Nie zdążyłam się jeszcze pozbyć wyrzutów sumienia, kiedy ten puszcza kierownicę i pyta mnie: „Jesteś z Hawany?”Potwierdzam moje pochodzenie, a on mówi mi z pożądaniem w oczach „Jestem z Guantanamo. Szukam kogoś, kto za mnie wyjdzie, żebym mógł się wpisać do rejestru dowodów tożsamości. Jesteś wolna?”

Bezpośredniość oferty odebrała mi mowę. Chce mu wyjaśnić, że już mam męża, że nie posiadam własności, gdzie mogłabym go zameldować i uratować przed deportacją. Wpadam na pomysł, by mu wyjaśnić, że moja dzielnica znajduje się blisko tego budynku – w formie niedokończonej wieży – gdzie urzęduje władza, co czyni ekstremalnie trudnym zameldowanie kogoś nowego. Wszystkie te argumenty, mające na celu odrzucenie tak bezpośredniej oferty matrymonialnej krótkim „Nie mogę”.

Mężczyzna patrzy na mnie tak, jakbym doniosła na niego do centrum wydalania „nielegalnych” gdzie już kiedyś zdążył być. Tego samego miejsca, z którego co tydzień wyjeżdżają omnibusy, by wywieźć po uprzednim pouczeniu tych, którzy są w Hawanie „bez papierów”. Sposób, w jaki na mnie patrzy, powoduje, że czuje się winna, że urodziłam się w tym przewrażliwionym i ekskluzywnym mieście, kokietującym międzynarodową turystykę i marszczącym czoło na widok rodaków z innych prowincji.

Jestem o krok od zmiany zdania i wzięcia z nim ślubu, ale dojeżdżamy do miejsca wystawy i mój przyjaciel malarz ratuje mnie przed obrączkami.

Druga nagroda

Jakby było tego mało, wczoraj dali mi nową nagrodę. Ten, który otrzymałam, ma tytuł filmu z soboty: “złapana blogger” i polega na tym, że nie pozwalają mi pojechać do Madrytu na ceremonię wręczenia Nagrody Ortegi y Gasseta. Ci, którzy mi to uniemożliwili, nie chcieli podać imienia i nazwiska, chociaż w tym blogu określamy ich jako „oni”. Są to ci, którzy w swoim mundurze militarnym sterują naszymi prawami obywatelskimi i nie dają wyjaśnień, tylko rozkazy.

Nie sądziłam, że zasługuję na taka uwagę, ale skoro funkcjonariusze nalegają, akceptuję to nowe wyróżnienie. Zapominają, że w cyberprzestrzeni mój głos możne podróżować bez ograniczeń, wychodzić i wracać bez proszenia o pozwolenie… Nieważne, czy zatrzymają mój paszport. Od roku mam inny, który w miejscu obywatelstwa ma wpisane krótkie słowo: “blogger”.

Praca dla wolontariuszy

Chciałabym namówić przyjaciół i komentatorów blogu do współpracy przy tłumaczeniu na angielski ostatnich wpisów. Teksty w tym języku możecie dołączyć do strefy komentarzy do tego wpisu o pracy dla wolontariuszy.

Nie ma za to dyplomów ani nagród w postaci sprzętu AGD dla tych, którzy przetłumaczą największą ilość wpisów; tylko wdzięczność bloggerki i tych, którzy nie znają hiszpańskiego.

Male badanie porównawcze

pan_pan.jpg

Wiecznym sceptykom, tych, którzy są przekonani, ze rzeczy się nie zmieniają, chciałam pokazać zdjęcia chleba z przydziału z lipca zeszłego roku oraz tego, który otrzymałam dziś.

Fundamentalna różnica miedzy ”egzemplarzem” z góry i z dołu nie tkwi tylko w wyglądzie. Między oboma znajdują się zarządcy piekarni zwolnieni za zredukowanie zasobów, parę spotkań w celu rozliczenia rachunków, pełnych skarg na jakość tego produktu i jeden krok do przodu wobec stwierdzenia faktu, ze bez dwóch zdań „zapomnieliśmy receptury na chleb”.

Niemowlę ze smoczkiem

yo_con_cartel.jpg

To niewygodne dzieciństwo obywatelskie, w którym muszę prosić o pozwolenie na prawie wszystko, nie zmienia się wraz z osiągnięciem dojrzałości. Wcześniej moi rodzice pilnowali, żebym nie połykała śrubek albo żebym nie wkładała palców do gniazdka, teraz kontrola pochodzi ze strony państwa. Pod “ochrona” tego surowego opiekuna nie ma wiele miejsca na gierki ani na wykłócanie się; jeszcze mniej na to, by wyjść samemu.

Ostatnio postrzegam siebie jako niemowlę w pieluchach, czekając na pozwolenie na wyjazd do Madrytu i odebranie Nagrody Ortegi y Gasseta. Pozwolenie na lot w sobotę 3 maja – w dniu wolności prasy – jest “wstrzymane” przez tajemniczy Urząd ds. Imigracji i Spraw Zagranicznych, który nie udziela mi żadnych wyjaśnień. Dla tej mającej władzę instytucji wciąż jestem niemowlakiem, któremu się nie mówi, że dostanie zastrzyk.

Jaka mam ochotę, żeby dorosnąć… stać się dorosłą i móc wychodzić i wracać kiedy chcę!