Wróciłam i zostałam

1_25.jpg

Mniej więcej w tym samym okresie przed trzema laty spakowałam w Zurychu walizki i z moim ośmioletnim wówczas synem postanowiłam wrócić i zostać we własnym kraju. Aż dotąd może to przypominać prostą historię powrotu emigranta do ojczyzny, tyle, że my oboje opuszczaliśmy Zurych na zawsze. Nie będę wyjaśniać tego, co zawiera ten przekręcony koncept, który zaczyna się wypełniać po jedenastu miesiącach pobytu za granicą, ponieważ wszyscy, będący tu i na zewnątrz, doskonale to znamy (chodzi o przepis, według którego Kubańczyk, który przebywa za granicą dłużej niż jedenaście miesięcy bez poprzednich ustaleń, nie ma prawa powrotu na Kubę – przyp. tłum.).

Po podjęciu decyzji o powrocie na wyspę kupiliśmy bilety w dwie strony, wysłaliśmy nasze paszporty do konsulatu w Bernie, by wbili nam wprowadzony ostatnio znaczek potwierdzający ważność paszportu i wzięliśmy samolot z międzylądowaniem w Paryżu. Na kubańskim lotnisku znane powszechnie pytania o powód podroży, na które mój syn i ja odpowiedzieliśmy według wyuczonego schematu „przyjechaliśmy na dwa tygodnie, żeby odwiedzić rodzinę”. W zaledwie 20 kilogramach bagażu na głowę zapakowane były wszystkie nasze rzeczy osobiste, tak, by nikt nie odkrył, że chodziło o podroż bez powrotu.  

Minęły dwa tygodnie, wypisane na biletach i z pewnością nasze nazwiska rozbrzmiewały przez głośniki lotniska José Martí, ale nigdy nie przybyliśmy, by zająć wykupione miejsca. Zaczęło się więc poszukiwanie informacji, by poznać ryzyko i możliwe skutki naszego „napadu, by zostać”. Każda osoba, której pytałam, czy wiedziała coś o podobnym przypadku i czy mogłaby posłużyć mi jako przewodnik, gdy będę działać, otwierała szeroko oczy i mówiła „zwariowałaś”. Tak, było to szaleństwo nietypowe, rzadko widziane i udokumentowane… ale delirium aż do końca.

Moi znajomi wierzyli, że robię sobie żarty, moja mama nie chciała zaakceptować faktu, że jej córka nie mieszkała już w Szwajcarii, kraju mleka i czekolady, a moi sąsiedzi myśleli, że wróciłam z Europy jako Mata Hari. Rozwiązanie przyszło ze strony kogoś, na kogo natknęłam się przypadkiem: „Jedyne, co musisz zrobić, to zniszczyć swój paszport, bez paszportu nie mogą wsadzić cię na siłę do samolotu”. Po dokonaniu tego czynu mogłam doświadczyć przez kilka miesięcy, jak to jest żyć bez dokumentów we własnym kraju.

Dokładnie 12 sierpnia 2004 stawiłam się w urzędzie imigracyjnym prowincji, by powiedzieć „Oto ja, chociaż nie mam dokumentów, które by to potwierdziły, przybyłam, by tu zostać”. Było ogromną niespodzianką, gdy mi powiedzieli, bym poszła na koniec kolejki dla tych, którzy „wracają” i powiedziała podporucznikowi Sarahí, by dał mi wzór wniosku potrzebnego do ubiegania się o dowód osobisty. Tak oto nagle napotkałam innych „szalonych” jak ja, każdego z okrutną historią powrotu. Pewien pan, który powracał z Hiszpanii wraz z żoną i córką po pięciu latach pobytu powiedział mi: „Nie martw się, nie będą starali się zmusić ciebie do powrotu, ale musisz się wzbraniać. Najgorsze jest to, że będziesz zatrzymana na dwa tygodnie, ale więzienie jest tuż obok a materace są jednymi z najlepszych”. Odetchnęłam z ulgą… przynajmniej miałam zagwarantowane miejsce noclegu.

Wpisali mi w aktach notkę „została” i doradzili mi, bym „nigdy więcej nie ruszała się z kraju” oraz wyjaśnili, że wychodzą mi naprzeciw, bo mam pod opieką syna. Nie udało mi się wypróbować sławnych materaców, bo nie mogli dołączyć do mnie niepełnoletniego, ani zostawić go na ulicy. Kluczem do tego, że wszystko „poszło” szybciej, był fakt, że nigdy nie posiadałam niczego, co mogło być skonfiskowane wraz z moim wyjazdem (kto z „Generacji Y” ma jakąkolwiek własność na Kubie?) i że mogłam liczyć na możliwość ponownego dołączenia do grona rodzinnego, które wcześniej opuściłam. Co tydzień musiałam stawiać się w urzędzie imigracyjnym na rutynową kontrolę, tak aż do października tego samego, 2004 roku, gdy wydali nam nowe dokumenty tożsamości. Przydział kartek na produkty racjonowane dostaliśmy ponownie w połowie grudnia… wszystko było znowu jak dawniej.        

Nie chcę za pomocą tej historii wyjaśnić tego, co wielu do tej pory uznaje za akt szaleństwa, ale powiedzieć tym, którzy kiedykolwiek myśleli o tym, by to zrobić, że jest to możliwe. Nie jest ani tak niewykonalne, ani tak nietypowe, jak starają się to nam przedstawić skomplikowane dekrety i przepisy. Przez wiele miesięcy surfowałam w Zurychu po internecie w poszukiwaniu potwierdzenia, że „można”, znalazłam tylko słowa zaskoczenia, podejrzliwości i negacji. Tak oto myśląc o innych szalonych ludziach, którzy jak ja rozważają ideę powrotu i zostania tu, napisałam tę „kronikę pewnego powrotu”.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s