W cieniu “drzewka migdałowego”*

1_09.jpg

“Do Hawany?” krzyczy do mnie kierowca taksówki, jakby róg Boyeros i Tulipán, gdzie się zatrzymałam, nie należał do miasta, w którym się urodziłam i w którym mieszkam. Odpowiadam gestem palca skierowanego w lewą stronę i potwierdzam: „Tak, do Fraternidad”, ponieważ podoba mi się codzienna celebracja rosnącej w parku Ceiby (nazwa rożnych gatunków wysokich drzew, które można napotkać w strefie tropikalnej, jak Meksyk, Ameryka Środkowa i Poludniowa, Bahamy, Belize, Karaiby, Zachodnia Afryka i Środkowowschodnia Azja – przyp. tłum.), gdzie pod ziemią znajduje się „skarb” pogrzebany przez Machado (Gerardo Machado, jeden z trzech, obok Fulgencia Batisty i Fidela Castro, dyktatorów Kuby, zagorzały przeciwnik komunistów – przyp. tłum.), który skazuje nas na wieczne narodowe nieszczęście.

Wsiadłam do almendrón i usadowiłam się między pasażerami, patrzącymi w kierunku przystanku autobusowego, który zostawiliśmy za sobą; wydaja się odczuwać ulgę, że są „tu” a nie „tam”. Dziesięć pesos pobrzękuje w mojej kieszeni, ale wspomnienie nowego autobusu z małymi okienkami utwierdza mnie w przekonaniu, że podjęłam najlepszą decyzję jaką mogłam. Samochód ma licencję i miejsce dla ośmiu pasażerów, dwojga razem z kierowcą trzech w środku i trzech z tyłu, gdzie kiedyś był bagażnik. Mi przypada siedzenie pokrzywdzonych, które trzeba złożyć za każdym razem, gdy ktoś dociera do swojego celu. Nie szkodzi, nie ma nic gorszego niż „gniecenie się” w wielbłądzie (potoczna nazwa autobusu, a właściwie kontenera ciągniętego przez kabinę ciężarówki, by zobaczyć jak wygląda taki autobus, proponuję wpisać w wyszukiwarce Google „camello, Cuba” – przyp. tłum.).

Przejeżdżamy obok jednego z patroli policji, które zarabiają głównie właśnie na transportach prywatnych. Mamy szczęście, nie zatrzymują nas. Kierowca opowiada swoje ostatnie spotkanie z „glinami”, które kosztowało go dziesięć chavitos (potoczna nazwa pesos convertibles – przyp. tłum.). Pasażerowie wyrażają opinie, opowiadają historie mrożące krew w żyłach i powoli wszyscy zbliżamy się do tematu, w którym każdy ma coś do powiedzenia. Wszystko to przypomina spotkanie „anonimowych neurotyków”, wyjawiających przyczyny swojego niezrównoważenia.

Nawiązała się nić porozumienia i współpracy. Magiczna przestrzeń Chevroleta z lat 40. sprawiła, że mówimy o naszym niezadowoleniu. Tematy przychodzą jeden po drugim, przechodząc przez wyboje na ulicy, utrudnianie życia prywatnym wytwórcom, nadmierne powtarzanie pewnych tematów w państwowej telewizji a kończą się w punkcie zawartym w zdaniu, które moja sąsiadka z siedzenia obok rzuca mi prosto w twarz: „Tak, ale nikt niczego nie robi!”.

Dojeżdżamy do jednej ze stron Kapitolu i efekt się kończy. Samochód ustawia się na postoju taksówek i słyszę „Dwadzieścia, do Santiago de las Vegas!”, pani obok mnie kompletnie mnie ignoruje i oddala się w innym kierunku. Przyglądam się ogrodzonemu drzewu Ceiba, które kiedyś zasadzono tu w ziemi ze wszystkich republik tego kontynentu i mruczę przez zaciśnięte zęby: „I dobrze, że je dla nas zrobiliście”.

* po hiszpańsku “almendrón”, tu: potoczna nazwa amerykańskiego samochodu z lat 40. – przyp. tłum.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s